niedziela, 11 grudnia 2016

Rozdział 2

Ale żeby porównać ich do ziemniaków?

 
 
                Historia magii wyjątkowo minęła Lily bardzo szybko. Okazało się, że Ruby ma jeszcze większy talent do wymyślania niestworzonych rzeczy, niż wcześniej jej się wydawało. Esej z zielarstwa autorstwa przyjaciółki byłby genialny, gdyby choć jedno zdanie było prawdziwe. Jednak dając je do przeczytania takiemu Peterowi miałoby się pewność, że uwierzy w każde słowo. Tak fenomenalnie było ono napisane. Wystarczyło zmienić słowa z tych złych – na dobre. Jedyna trudność w poprawianiu go polegała na tym, że Lily musiała być cały czas maksymalnie skupiona czy sama nie ulega urokom pisanych kłamstw przyjaciółki. Uwinęła się nawet szybciej niż myślała, bo chwilę po rozpoczęciu przerwy obiadowej skończyła, a Ruby aż do zielarstwa przepisywała uradowana wypracowanie. Co jakiś czas rzucała tylko jedzeniem w Syriusza, który próbował ściągnąć od niej zakończenie.
                Po obiedzie pożegnali się z Vicky, która wyciągając z włosów kawałki ziemniaka, ruszyła na numerologię, mamrocząc pod nosem coś o niedojrzałych palantach. Gryfoni poszli w stronę cieplarni śmiejąc się z Syriusza, który opowiadał jakieś dowcipy.
               
                James leżał w Skrzydle Szpitalnym i czekał aż znów w końcu zaśnie. Od godziny dręczyły go okrutne dreszcze, przez co przebudzał się co kilka minut. Pani Pomfrey była u niego raz, by podać mu kolejną dawkę eliksiru pieprzowego, co sprawiło tylko tyle, że się pocił jeszcze bardziej. Zamknął oczy i skupił się na swoim oddechu. A przynajmniej próbował, bo chwilę później jego myśli odpłynęły. Jego przyjaciele na pewno są już po obiedzie i teraz siedzą na eliksirach. Nie… dzisiaj jest piątek, więc na zielarstwie. Na pewno się gotują, bo w cieplarni w czerwcu zawsze panuje gorączka i zaduch. Zaraz potem przypomniał sobie o quidditchu i jutrzejszym meczu, co sprawiło tylko tyle, że poczuł się jeszcze gorzej. On, James Potter, zawiedzie drużynę, z powodu głupiej choroby. Jeszcze gdyby chodziło o jakieś poważne obrażenia, ale choroba? Westchnął cicho i w końcu zasnął.
                Obudził go jakiś szmer. Otworzył powoli oczy i z przerażeniem odkrył, że widzi podwójnie. Musiał zrobić jakąś dziwną minę, bo dziewczyna stojąca nad nim, zaczęła się śmiać.
- Cześć James, już nas nie poznajesz? – Phoebe wyszczerzyła zęby i dopiero wtedy do niego dotarło.
- Myślałem już, że ze mną gorzej i zaczyna mi się dwoić przed oczami, ale na szczęście to tylko wy. – zaśmiał się cicho i spróbował usiąść, ale nie miał siły. Syriusz i Remus mu pomogli i podali okulary.
- Fatalnie wyglądasz. Chyba nie uda Ci się zagrać jutro. – powiedziała Ruby ze współczuciem.
- Coś ty, jutro będę świeży jak poranek. – poczochrał sobie włosy i kątem oka zauważył, że rudowłosa dziewczyna pokręciła głową.
- Nawet ledwo żywy pozostajesz sobą, Potter. – odezwała się rozbawiona Lily, a chwilę później wszyscy chcieli mu opowiedzieć, co się działo na zielarstwie.
Wesołą wrzawę przerwał huk otwieranych drzwi. Gryfoni spojrzeli w tamtą stronę i ujrzeli Vicky, która była zła jak osa. Szybkim krokiem przemierzyła trasę do łóżka Jamesa i opadła na nie zrzucając torbę na stopy pacjenta.
- Czy do Hufflepuffu przydzielają jakieś ziemniaki? – wybuchła. – Ja rozumiem, że może nie jestem miss świata, nie jestem też najmądrzejsza w Hogwarcie, ale do cholery czy ja przyciągam jakichś samych niedorozwojów? Każdy chłopak z którym umawiałam się w tej szkole, okazywał się prędzej czy później jakimś psychopatą. – mówiła tak szybko, że ledwo nadążali – Ale dzisiaj ten… ten.. ten PUCHON, przekroczył wszelkie granice mojej wyobraźni. Wyobraźcie sobie, że siedzę sobie spokojnie na numerologii. Skupiam się i po raz kolejny odczytuję liczbę cyklu życia, bo potrzebowaliśmy tego do dalszych ćwiczeń, a tu nagle ląduje przede mną kartka. Myślę sobie, jakiś liścik i oczywiście to był liścik. A treść brzmiała następująco: „umówisz się ze mną?”. Widziałam, że ten wypłosz się na mnie patrzy, a nie wygląda nawet na takiego, jaki jest, więc odpisałam, że chętnie i przez sekundę, przez jedną, krótką sekundę pomyślałam, że może okaże się on miłym chłopakiem i w końcu coś mi się ułoży. Ale wtedy on musiał odpisać. I wiecie co przeczytałam na tym cholernym pergaminie? Nie wiecie? To ja wam powiem. „Okej, to dzisiaj wyślę sowę do mamy czy mogę i  myślę, że w weekend możemy się spotkać. Ale przyjdę z kolegą, bo się trochę wstydzę. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko.” Mam. Nadzieję. Że. Nie. Masz. Nic. Przeciwko. – ostatnie słowa wypowiedziała tak cicho, że było to bardziej przerażające, niż gdyby zaczęła krzyczeć na wszystkich.
                Nikt nie odważył się odezwać i w spokoju próbowali przetrawić te informacje. Jednak w końcu siostry Marshall nie wytrzymały i wybuchły głośnym śmiechem, a chwilę później dołączyła do niej reszta Gryfonów. Howells patrzyła na nich z nienawiścią w oczach i czekała, aż się uspokoją, wbijając w materac długie paznokcie.
- Słyszałem wiele określeń na Puchonów, ale żeby porównać ich do ziemniaków? – w końcu wykrztusił z siebie Syriusz, czym wywołał kolejny napad śmiechu u przyjaciół.
- Tylko tyle do Ciebie dotarło z tego co mówiłam? – oczy Vicky zrobiły się małe jak szparki, a oświetlenie w pomieszczeniu lekko zamigotało.
- Jak tak bardzo Ci brakuje randek, to mogę się z Tobą umówić. – wyszczerzył się arystokrata, a Lily zakryła całą twarz w dłoniach, bo łzy śmiechu niekontrolowanie popłynęły z jej oczu.
- Przed chwilą powiedziałam, że mam dość niedorozwojów, a Ty proponujesz mi randkę, Black?
                Jeszcze przed kilkanaście minut nie mogli się uspokoić i wszyscy się zgodzili, że Vicky jest skazana na życie z milionem kotów i zostanie nauczycielką w Hogwarcie.
- A propos kotów! – wykrzyknęła Phoebe – Widziałam, że Filch ma nową przyjaciółkę. Zwracał się do niej Pani Mason, więc może tak się nazywała jego żona.
- Ty masz jakąś obsesję. Skąd Ci się wzięło, że miał kiedykolwiek żonę? – Ruby spoglądała na siostrę jak na wariatkę
- Musiał mieć i coś musiało się stać, bo dlaczego byłby taki niemiły?
- Bo jest starym zgredem i tylko próbuje utruć wszystkim życie. Szczególnie nam. Chociaż sam nie wiem czy to jednak nie jest urozmaicanie. Wesoło z nim czasem mamy. – James się zamyślił.
                Nikt z uczniów nie lubił Argusa Filcha, a on nienawidził ich. Jednak Hogwart bez gburowatego woźnego to nie byłby ten sam Hogwart.

                Lily rozsiadła się wygodnie w fotelu i patrzyła jak Remus i Vicky rozkładają szachy, a Phoebe i Ruby grają w eksplodującego durnia. Peter gdzieś zniknął, a Syriusz pojawił się w Pokoju Wspólnym Gryffindoru chwilę później. Spojrzał na Howells i pokręcił głową. Już dawno wszyscy się przyzwyczaili, że Krukonka spędza czasem wieczory nie w swoim domu. Zazwyczaj zostawała od razu na noc i po prostu spała z którąś z przyjaciółek, bo łóżka były tak duże, że spokojnie można było się w dwie osoby wyspać.
- A ty gdzie idziesz? – zapytała Evans, bo widziała, że trzyma w ręce miotłę.
- Na trening. Muszę trochę poćwiczyć, bo jak James nie wydobrzeje…
- A nie wydobrzeje. – wtrąciła Ruby obserwując uważnie odsłaniające się karty.
- … to mam go zastąpić w jutrzejszym meczu. Ostatni raz grałem w wakacje, bo Rogacz prosił mnie, bym z nim trochę potrenował. Ciężko to widzę.
Po tych słowach zniknął za portretem Grubej Damy.


- Vicky, wstawaj, dzisiaj mecz Gryfonów. – Howells otworzyła oczy i jęknęła przeciągle.
Między niebieskimi kotarami łóżka przedzierało się słońce i świeciło prosto w jej lewe oko. Krukonka usiadła na brzegu łóżka i przeciągnęła się. Jej współlokatorki też wyglądały na zmęczone, dwie snuły się po dormitorium jak cienie, a dwie jeszcze leżały. Vicky kilkakrotnie już zastanawiała się czemu tak naprawdę nie może się dogadać  z dziewczynami, z którymi dzieli sypialnię od tylu lat.
                Pandora Ifans była słodka, ale bardzo dziwna. Drobna, blondwłosa czarownica fascynowała się zaklęciami, a jej pasją była astronomia. Od pierwszego roku powtarzała, że marzy, by nazwać swoją córkę Luna. Howells lubiła ją, ale krępowało ją świdrujące spojrzenie dużych oczu dziewczyny, do którego nie mogła się przyzwyczaić. Do tego Pandora większość czasu spędzała na wymyślaniu nowych zaklęć i nie kwapiła się do integracji z innymi uczniami.
- Widziałyście gdzieś moją różdżkę? Na dzisiejszy mecz muszę zmienić barwy mojego szala na barwy Gryffindoru… - Ifans zniknęła pod łóżkiem i chwilę później pojawiła się znów, ale bez zguby.
- Może zostawiłaś ją w łazience? – podsunęła Alicja Dale, rozczesując swoje długie, ciemne włosy.
Z nią Vicky się dogadywała bardzo dobrze i do początku czwartego roku spędzały ze sobą dużo czasu. Alicja jednak zaczęła się wtedy spotykać z Christianem Bellem z Gryffindoru i poświęcała mu każdą wolną chwilę, uczyli się również razem, także od tamtej pory widywały się tylko w dormitorium i na lekcjach.
                Patricia Johnson i Margaret Flower, które dopiero zaczynały się powoli budzić, były nierozłączne od pierwszej podróży do Hogwartu. Zaprzyjaźniły się i sprawiały wrażenie, jakby nie chciały stałego towarzystwa kogoś innego. Zawsze były bardzo miłe, nie unikały rozmowy, a gdy robiły sobie wspólne wieczory w dormitorium, to bawiły się z nimi, ale czuć było dystans. Na dłuższą metę wolały trzymać się w dwie.
                Howells czasem żałowała, że nie przydzielili jej do Gryffindoru. Tam miała przyjaciół i tak naprawdę do ich domu przynależała, ale Tiara zdecydowała, że powinna trafić do Ravencalw. Krukoni są wspaniałymi ludźmi, ale nie potrafiła znaleźć z nimi wspólnego języka. Miała kilku znajomych, z którymi spędzała czas, gdy nie dzielili lekcji z Gryfonami, ale nie można było tego nazwać przyjaźnią.
                Gdy już się cała wyszykowała, zaczekała na współlokatorki i razem poszły na śniadanie. W Sali Wejściowej ktoś nagle zasłonił jej oczy, a w jej nozdrza wkradł się intensywny, ale przyjemny, męski zapach. Pomacała dłonie chłopaka, jednak nie rozpoznała ich.
- Nie mam pojęcia kim jesteś. – westchnęła i z utęsknieniem czekała, aż będzie mogła zjeść jajecznicę.
- No wiesz co, nawet nie próbowałaś zgadnąć. – James zawiedziony opuścił ręce, a Krukonka szybko się odwróciła.
- Co ty tu robisz?! Nie powinieneś być w Skrzydle Szpitalnym? Nie wyglądasz na zdrowego. – zmierzyła go oceniającym wzrokiem i skrzyżowała ręce na piersi.
- Pomfrey dała mi końską dawkę jakiegoś jej nowego eliksiru i trochę mi lepiej. Powiedziała, że na kilka godzin powinno wystarczyć, bym dał radę zagrać w meczu, ale potem czeka mnie kilka dni kuracji i odpoczynku. – tłumaczył ścigający Gryffindoru, gdy szli w stronę przyjaciół, który patrzyli na niego zaskoczeni.
- A fy czo? – zapytała Ruby z pełnymi ustami.
- Nie mogłem sobie odpuścić meczu. Jak wczorajszy trening, Łapo? – zapytał Potter, nakładając sobie kilka tostów. Był głodny jak wilk.
- Tragicznie. Cieszę się, że jednak jakoś możesz zagrać, bo ja się kompletnie nie nadaję. Może jakbym więcej poćwiczył… Nie zdawałem sobie sprawy na jak wysokim poziomie gracie. Z trybun nie wygląda to aż tak zaawansowanie. Jeśli nadążasz za Bellem i tą młodą Clearwater, to podziwiam. – Syriusz był trochę urażony, że nie jest tak dobry w quidditcha, by móc zastąpić Jamesa, ale nie dziwił się, bo drużyna cztery dni w tygodniu trenuje, nieważne czy jest słońce, czy deszcz lub śnieg.
- Ile ta Clearwater ma lat? Wygląda na dwanaście… - Phoebe spojrzała pytająco na Rogacza.
- Trzynaście. Ale jest naprawdę dobra. Ma dziewczyna talent.
                Pojawienie się Jamesa na śniadaniu podniosło morale drużyny i dało nadzieję Gryfonom, Krukonom i Puchonom, że może uda się uchronić Puchar Quidditcha przed łapami Ślizgonów. Jednak jego przyjaciele widzieli, że nadal jest z nim ciężko i jeśli szukający szybko nie złapie znicza, to będzie źle.

                Syriusz, Remus, Peter, Phoebe, Ruby, Vicky i Rubeus Hagrid, gajowy Hogwartu, zajęli już miejsca wśród morza ludzi w barwach Gryffindoru. Hagrid trzymał wielką flagę z głową lwa, a Syriusz i Remus wypuścili fajerwerki, które aż do pojawienia się graczy na boisku, miały po kolei wymieniać nazwiska członków drużyny.
- A gdzie jest Lily? – spytał gajowy Hogwartu, rozglądając się ze zmarszczonymi brwiami.
- Gdzieś musiała się zgubić, bo szła z nami aż do stadionu. – Ruby też zaczęła wypatrywać przyjaciółki.

                Tymczasem Lily Evans stała pod drzwiami szatni Gryfonów, bijąc się z myślami. Nie była pewna czy chce zrobić to, co planowała, ale pragnęła pomóc drużynie. Cały czas rozdarta w końcu zebrała się w sobie i weszła do środka. Zespół siedział w ciszy po przemowie ich kapitana i nikt nie zwrócił na nią uwagi. Chwilę później wstali, chwycili miotły i ruszyli do wyjścia. Na samym końcu był wysoki, czarnowłosy chłopak w okularach. Jedną ręką zrobił na swojej głowie jeszcze większy bałagan, a w brzuchu Rudowłosej coś się ścisnęło. Była zaskoczona reakcją swojego organizmu, w końcu to Potter. Podeszła do niego i dotknęła lekko ramienia, a ten odwrócił się. Na jej widok bardzo się zdziwił, ale nic nie powiedział. Widziała w jego oczach pytanie i wzięła głęboki oddech. Raz hipogryfowi śmierć.
                Wspięła się na palce i przyłożyła usta do jego ucha.
- Jeśli zdobędziecie ten Puchar, to umówię się z Tobą po wakacjach, Potter. – wyszeptała, a następnie szybko odwróciła się na pięcie i wybiegła, by zająć miejsce na trybunach.
                Nie chciała, żeby zobaczył na jej policzkach rumieńce.


2 komentarze:

  1. Jily to życie <3 Chcę ich więcej w następnych rozdziałach! Chociaż oczywiście uwielbiam Vicky i dobrze o tym wiesz :)
    Ziemniak wygrywa wszystko. Hufflepuff? Jeszcze nigdy nie byłem tak zajebiście zawiedziony :p Ale Newt był Puchonem, więc w sumie nie są tacy źli :P (ale nadal bym się nie przyznała, gdyby tam mnie przydzielili xd)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jily miał być głównym wątkiem, ale w następnych rozdziałach okazało się, że mi nie wyszło... Będą się oczywiście pojawiać (staram się teraz coraz więcej o nich pisać!), ale inne shipy też się pojawią.
      Gryffindor - odwaga, Slytherin - ambicja, Ravenclaw - inteligencja, Huffleuff - potato <3 najlepszy obrazek świata.
      Newt to w ogóle jest cinnamon roll character, a bycie Puchonem tylko dodaje mu uroku :D

      Usuń