niedziela, 4 grudnia 2016

Rozdział 1

A ty co tutaj robisz, Black?



James Potter stał przed lustrem w łazience chłopięcego dormitorium. Dłonie mocno zaciskał na umywalce, a jego oddech był nieregularny, niespokojny. Od kilku dni męczyła go choroba i młoda, szkolna pielęgniarka Poppy Pomfrey twierdziła, że póki nie zrezygnuje z treningów quidditcha, jej eliksiry na niewiele się zdadzą. Twarz Jamesa wykrzywił grymas, a chwilę później kaszel podjął się kolejnej próby zmuszenia go, by wypluł z siebie płuca.
- Jak ja do cholery mam w takim stanie zagrać… - mruknął masując kciukami skronie.
Coś ostro załomotało w drzwi.
- Znowu gadasz do siebie, Stary? Czy zaciągnąłeś tam jakąś młodą Gryfonkę? – Syriusz zaśmiał się z własnego dowcipu.
Nie rozbawił on jednak Pottera, którego myśli natychmiast pomknęły ku pewnej małej, rudej dziewczynie, która za nic w świecie nie pozwoliłaby zamknąć się z nim w jednej łazience.
- Czasem naprawdę nie mam na Ciebie sił, Łapo… Wszystko w porządku, James? Może zostań dzisiaj w dormitorium. – w głosie Remusa pobrzmiewała troska.
Potter westchnął i otworzył drzwi. Jego przyjaciele stali przed nim, a gdy zobaczyli jego stan, na ich twarzach momentalnie odbił się niepokój.
- Wyglądasz okropnie. Musisz koniecznie iść do Skrzydła Szpitalnego. – Lunatyk powoli przełączał się na tryb ojcowania.
- Zgadzam się. Powiemy McGonagall, że jesteś w fatalnym stanie i na pewno nie będzie problemów, byś dzisiaj odpuścił sobie lekcje.
- Nie. – James był stanowczy, jak tylko on potrafi. – Jak pójdę tam dzisiaj, to Pomfrey nie wypuści mnie na wieczorny trening, co jeszcze bym przeżył, ale nie pozwoli mi iść też na sobotni mecz. A MUSZĘ zagrać.
- Co z tego, że zagrasz, jak do niczego się drużynie nie przydasz? – Syriusz patrzył na niego powątpiewająco, a Remus zawzięcie kiwał głową. – Najwyżej Cię zastąpię. A na treningu dzisiaj to na pewno. Żadnych ale! – fuknął, gdy tylko Potter otworzył usta. – Musisz odpocząć. Jak jutro nadal będziesz w takim złym stanie – będę grał za Ciebie, a jak Ci się polepszy, no to oczywiście sam polecisz po zwycięstwo.
- To ostatni mecz, jak nie wygramy ze Ślizgonami 300 punktami, to nie zdobędziemy Pucharu. – James opadł bez sił na swoje łóżko z czterema kolumienkami, a jego słowa zawisły w powietrzu.
                Każdy w Hogwarcie wiedział, że w żyłach Jamesa Pottera płynie quidditch. Był wybitnym ścigającym i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Już w pierwszym roku swojej kariery w ogromnym stopniu przyczynił się do zdobycia przez Gryfonów Pucharu Quidditcha, który wcześniej przez trzy lata był w posiadaniu Krukonów, a jeszcze wcześniej – Ślizgonów. W następnych latach niezmiennie można było go podziwiać w gabinecie profesor Minerwy McGonagall. Wychowanek Gryffindoru nie zamierzał pozwolić, by drogocenna nagroda musiała zostać przeniesiona do lochów, gdzie rezydował Horacy Slughorn, opiekun Slytherinu.
James Potter nie lubił ponosić porażek. Był urodzonym zwycięzcą, a gdy coś nie toczyło się po jego myśli, uporem i zawziętością w końcu doprowadzał do tego, by było tak, jak on tego chciał. Wszystko w życiu mu się udawało. Z jednym rudym wyjątkiem.

               
                Lily Evans czekała w pokoju wspólnym na swoje przyjaciółki. Gdy wychodziła z dormitorium dziewczyny toczyły zażartą bitwę o łazienkę. Ona sama wstała wcześniej, bo obiecała Ruby, że sprawdzi jej wypracowanie z zielarstwa, a przed snem nie miała już na to ochoty. Usiadła wygodnie w fotelu i zaczęła czytać.
Z każdym kolejnym akapitem była coraz bardziej załamana i zastanawiała się jakim cudem jej kochanej pannie Marshall od tylu lat udawało się zdawać ten przedmiot. Gdy skończyła czytać, załamała ręce.
- To potrwa dłużej niż sądziłam… - mruknęła sama do siebie.
Oparła głowę o miękką poduszkę i zamknęła oczy. Piątek. Po śniadaniu dwie godziny transmutacji, następnie dwie godziny historii magii, obiad i zielarstwo. W jej myślach pojawiła się nadzieja. Profesor Binns będzie dalej opowiadał o wojnach trolli i wampirów, a nawet poprawianie mądrości Ruby było ciekawsze od tego.
                Ruby i Phoebe w końcu zeszły po schodach. Tego dnia identycznie uczesały swoje długie, blond włosy, przez co siostry były prawie nie do rozróżnienia. Prawie, bo Phoebe miała przy prawym kąciku ust maleńką bliznę, pamiątkę po lekcji latania na miotle na pierwszym roku. Młoda panna Marshall zderzyła się wtedy z Jamesem Potterem. Niestety, jego okulary nie wytrzymały wypadku, a kawałek szkła ugodził dziewczynę w twarz. Do teraz wszyscy uwielbiali tę opowieść i nie mogli nadziwić się jakiego można mieć pecha. Phoebe śmieje się jednak, że lepiej by ona była Jokerem, niż James miał stracić oko.

Całą trójką wkroczyły do Wielkiej Sali i ruszyły by zająć miejsca koło Syriusza, Jamesa i Remusa. Lily spojrzała w prawo i zobaczyła jak wysoka Krukonka macha do niej. Pokiwała na nią z uśmiechem, by do nich dołączyła, a sama zajęła miejsce obok Ruby.
- Cześć chłopaki, gdzie Peter? – zapytały równocześnie panny Marshall, sięgając po jajecznicę.
Huncwoci, bo tak o sobie mówili, wymienili spojrzenia zaskoczeni. Petera nie było z nimi już w dormitorium i najbardziej prawdopodobne było, że zgłodniał i poszedł wcześniej na śniadanie. Jednak gdy sami wyszli z wieży Gryffindoru kompletnie o nim zapomnieli.
- Eeeee… - Remus rozglądał się ze zmarszczonymi brwiami po Sali, ale nigdzie nie mógł dostrzec czwartego Huncwota. – Nie wiem. Nie było go w wieży, jak wstaliśmy. Pewnie spotkamy się pod klasą.
Dziewczyny wzruszyły ramionami i zaczęły jeść. Chwilę później dołączyła do nich Vicky – Krukonka, która wcześniej machała do Lily. Usiadła naprzeciwko dziewczyn koło Lupina, zgarnęła czekoladową babeczkę z talerza i zaczęła przyglądać się siostrom. Po dłużej chwili pokręciła głową i postanowiła zaczekać, aż się odezwą, by przypasować do nich imiona. Nigdy nie mogła zapamiętać, którą znokautowały okulary.


                James ledwo mogąc oddychać usiadł koło Syriusza i wyciągnął książkę do transmutacji. Lekcja się zaczęła, a on nie potrafił skupić się na tym, co mówiła McGonagall, bo całą siłą woli starał się nie umrzeć. Remus odwracał się co jakiś czas i patrzył na niego ze współczuciem, a Syriusz oparł głowę na dłoniach i wpatrywał się w jakiś odległy punkt nad ramieniem Vicky.
- …….. panie Potter? – niewyraźnie przebiło się do niego jego nazwisko, jakby głowę miał zanurzoną pod wodą.
Wzdrygnął się i rozejrzał nieprzytomnym wzrokiem po klasie. Wszystkie oczy Gryfonów, Krukonów i McGonagall były wpatrzone w niego. Przełknął ślinę przez bolące gardło.
- Czy mogłaby pani profesor powtórzyć pytanie? – wycharczał z trudem.
- Pytałam czy dobrze się pan czuje, panie Potter. Ale słyszę już, że nie. Proszę natychmiast iść do Skrzydła Szpitalnego. Panie Black, niech pan idzie z nim. Przecież on sam po schodach nie wejdzie! – głos wychowawcy Gryffindoru był z pozoru twardy, ale słychać było w nim nutę troski.
                Minerwa McGonagall zdawała sobie sprawę z tego, co oznacza dla niej i dla jej domu niedyspozycja Jamesa Pottera – pożegnanie się na najbliższy rok z Pucharem Quidditcha. Miała szczerą nadzieję, że chłopak wydobrzeje do meczu ze Ślizgonami, ale wiedziała, że jeśli nie odpocznie, to nie ma na to najmniejszej szansy.
Gdy jako młoda dziewczyna uczęszczała do Hogwartu i sama piastowała pozycję jednego z trzech ścigających, też była uparta i gotowa do wszelkich poświęceń, byle nie zawieść drużyny. Doskonale rozumiała, co czuje jej wychowanek, ale nie miała zamiaru nadkładać jego zdrowia, nad wygraną w rozgrywkach.
Bo dla Minerwy McGonagall były rzeczy ważne i ważniejsze.


                Syriusz szedł obok Jamesa mocno obejmując go prawą ręką w pasie, a lewą trzymając nadgarstek jego lewej ręki, którą wcześniej zarzucił sobie na ramiona.
- Łapa, ty debilu, puść mnie! Przecież mogę iść sam. – warczał Potter co chwilę, ale był tak słaby, że mimo swojej rozpaczy nie miał siły uciec duszącemu się ze śmiechu przyjacielowi.
W końcu, gdy dotarli pod drzwi Skrzydła Szpitalnego Black go puścił i weszli do środka. Pani Pomfrey wystawiła głowę ze swojego gabinetu i na ich widok niezadowolona pokiwała głową. Cały czas mruczała pod nosem coś o upartych nastolatkach, gdy przygotowywała łóżko dla Jamesa i nie przestała, nawet gdy ten potulnie się położył i czekał na dalsze instrukcje.
- Może pan wracać na lekcje, panie Black. – pielęgniarka zmierzyła Gryfona lodowatym spojrzeniem.
- Przyjdziemy później. – szepnął na odchodnym do przyjaciela i poszedł w stronę wyjścia.
Poppy Pomfrey nie lubiła, gdy ktoś jej się sprzeciwiał, gdy chodziło o kwestie leczenia. Była bardzo dobrą uzdrowicielką i przemądrzali uczniowie, a czasem nawet nauczyciele, doprowadzali ją do szału, kiedy wydawało im się, że mogą nie stosować się do jej zaleceń. Każdy prędzej czy później wracał skruszony, zazwyczaj w gorszym stanie.
Lubiła jednak Huncwotów. Chłopcy często do niej trafiali i zawsze potrafili ją rozśmieszyć. Czasem przychodzili z takimi obrażeniami, że nie mogła się nadziwić, że jeszcze żyją, po tylu wypadkach. Rzadko kiedy mówili jej prawdę, skąd się nabawili takich urazów, z czego doskonale zdawała sobie sprawę, ale sama chyba wolała nie wiedzieć.
Westchnęła. Stała w swoim gabinecie i przyglądała się składnikom w apteczce. Musi uwarzyć nowy eliksir, dzięki któremu chłopak cudownie ozdrowieje na jutrzejszy finał quidditcha. Nie próbowała się nawet oszukiwać, że nie ucieknie jej na boisko. Sama po cichu liczyła na to, że Gryffindor pokona Slytherin, bo chłopacy z drużyny węża zawsze byli bezczelni, gdy trafiali pod jej opiekę. Jednak takiego paskudzctwa jakie wyhodował sobie młody Potter nie dało się znanymi jej sposobami wyleczyć z dnia na dzień, organizm musiał się zregenerować, ale na pewno mogła zrobić coś, dzięki czemu da radę zagrać jeden mecz, by później w spokoju poleżeć pod jej czujnym okiem.
To musi być coś jak połączenie eliksiru wzmacniającego i eliksiru pieprzowego. Nie lubi podawać dwóch eliksirów równocześnie, dlatego po podaniu Potterowi drugiego z nich i zarządzeniu, że ma natychmiast iść spać, usiadła przy swoim biurku i zaczęła powoli układać recepturę na nowy eliksir.

                Gdy Syriusz wszedł do klasy nie minęło nawet 20 minut od jego wyjścia z Potterem. Lily kątem oka zobaczyła jak ten po cichu przemyka do swojej ławki i z powrotem wróciła do notowania. W połowie lekcji w końcu mogli odłożyć pióra i chwycić za różdżki. Tego dnia mieli zamieniać sowy w papierośnice. Ona i Phoebe nigdy nie były tak wybitne z transmutacji jak James czy Ruby, dlatego zawsze dużo wysiłku je kosztowało zanim nauczyły się nowych zaklęć. Wpatrywała się w wielkie oczy ptaka i zdawało jej się, że widzi w nich kpinę. Uniosła różdżkę i wypowiedziała formułkę, robiąc przy tym odpowiedni gest. Oczywiście nic się nie stało. Sowa zahukała z pogardą i zatrzepotała lekko skrzydłami. Po 15 minutach ze złością odłożyła różdżkę i skrzyżowała ręce na piersi.
- Co za tragedia! Nawet to głupie ptaszysko widzi, że jestem beznadziejna. –warknęła i pokręciła mocno głową.
Jej włosy uderzyły w puchacza Petera, który siedział za nią i zwierzę zerwało się przestraszone. Wylądowało na głowie chłopaka, który wrzasnął przeraźliwie. Wszyscy ryknęli śmiechem, a Ruby chichocząc pomogła mu uspokoić ptaka. Nagle koło Lily ktoś usiadł. Spojrzała w prawo i uniosła brwi.
- A ty co tutaj robisz Black?
- Ćwiczyłem z Vicky i Luniaczkiem, ale niechcący trafiłem w jej sowę, równocześnie z nią i zamieniła się w lewej połowie w papierośnicę, a w prawej nadal jest sową i nie mogliśmy tego odczarować. Vicky walnęła mnie podręcznikiem w głowę, wiec wolałem się zmyć. – pokazał swoje równe białe zęby.
Phoebe parsknęła śmiechem, a zaraz potem machnęła różdżką tak mocno, że dźgnęła ptaka w dziób, ale zanim zdążył zareagować zmienił się w piękną papierośnicę. Krzyknęła uradowana i zaczęła nią wymachwiać nad głową. McGonagall nagrodziła ją 15 punktami i poszła dalej oglądać wysiłki uczniów.
- A jak się czuje James? – zapytała Ruby kilka minut później, gdy jej też udało się poprawnie wykonać zadanie.
- Jak wychodziłem to leżał ledwo żywy na łóżku, a Poppy rozwodziła się nad jego brakiem odpowiedzialności. – Syriusz niedbale machnął nadgarstkiem, co sprawiło tyle, że jego papierośnica miała skrzydła i dziób, który pohukiwał z oburzeniem. – Cóż, moje przynajmniej trochę zaczyna coś przypominać, bo Evans dzisiaj nie idzie za dobrze.
- Bo mnie rozpraszasz, kretynie. – warknęła przez zaciśnięte zęby, gdy kolejny raz jej zaklęcie nie podziałało.
- To nie moja wina, Złotko, po prostu nie jesteś we wszystkim taka dobra, jakbyś chciała. – śmiech Syriusza przypominał szczeknięcie psa.
- Może pójdziemy po zielarstwie odwiedzić Jamesa? – zaproponował szybko Peter, który wyczuwał w powietrzu zapowiedź kłótni i bardzo chciał jej zapobiec.
- O, dobry pomysł. Na pewno się ucieszy jak WSZYSCY pójdziemy. – klasnęła Phoebe , patrząc znacząco na Lily.
Evans westchnęła. Nie miała nic przeciwko odwiedzeniu Pottera w Skrzydle Szpitalnym, ale szczerze miała dość dziecinnego zachowania jej przyjaciół. Prawdę mówiąc, nawet zaczęła darzyć chłopaka trochę cieplejszym uczuciem, niż przez ostatnie lata i myślała, że może jest w stanie się z nim nawet zaprzyjaźnić.
                Lily Evans jako jedyna z ich paczki przez pięć lat z całego serca nienawidziła Pottera. Uważała go za aroganckiego, bezczelnego głupka, który znęca się nad słabszymi. Nie mogła zaprzeczyć, że jest przystojny, ale nie zawróciło jej to w głowie, bo od pierwszego roku wyżywał się na jej najlepszym przyjacielu Severusie Snapie. Ona i Sev byli nierozłączni jeszcze przed pójściem do Hogwartu, dlatego była do niego bardzo przywiązana. A ten napuszony wypłosz cały czas mu dokuczał. Jej przyjaźń ze Snapem definitywnie się zakończyła, gdy po zeszłorocznych SUMach nazwał ją szlamą. Szlama to wulgarne określenie na czarodzieja pochodzącego z rodziny mugoli. James słysząc to wpadł w szał i stanął w jej obronie, jednak nawet wtedy stosunek Lily do niego się nie zmienił. Dopiero teraz, na szóstym roku zauważyła, że chłopak nie jest już tym samym niedojrzałym gówniarzem, którego poznała w pociągu Express Hogwart. Trochę wydoroślał i przestał rzucać zaklęciami na prawo i lewo, czym zyskał  sympatię Gryfonki.
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko do przyjaciół i pokiwała głową, na znak zgody. Ruby odwróciła się od razu do Remusa i Vicky i poinformowała o ich planie. Oboje się zgodzili i wrócili do walki z sowami szepcząc coś do siebie. Obojgu udało się wyczarować piękne papierośnice z wizerunkiem sowy kilka minut później, a Lily zrobiła to tuż przed zakończeniem lekcji.
Tylko Peterowi jak zwykle się nie udało.


2 komentarze:

  1. Kocham Jamesa i Syriusza tak bardzo, że sobie tego nie wyobrażasz! *.* Moje serce mnie boli, kiedy pomyślę o wszystkich okrucieństwach jakie dla nich przygotowałaś...No i oczywiście Lily, która nie jest idealna ani okropnie irytująca :p A tak btw to jedno z naprawdę nielicznych ff, w których ktoś zachorował xd Czytam dalej! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakie okropieństwa?! Wypraszam sobie, czeka ich bardzo szczęśliwe życie... w końcu :) haha, chciałabym, żeby byli bardziej... "ludzcy", każdy przecież w końcu choruje :D

      Usuń