Październik mijał
powoli, a grupka przyjaciół coraz bardziej się od siebie odsuwała. Huncwoci
przeżywali pierwszy w swojej karierze kryzys przyjaźni. Remus odmawiał
przebywania z Syriuszem, a Peter i James rozpaczliwie próbowali ich ze sobą
pogodzić. Mecz Gryfoni-Krukoni zbliżał się wielkimi krokami, więc Rogacz coraz
więcej czasu spędzał na boisku. Gdy akurat nie trenował albo nie dokładał
wszelkich starań by Huncwoci znów byli sobą, spędzał sporo czasu z Lily.
Wiedział, że inaczej się do niej nie zbliży, więc zaczął się z nią uczyć.
Pomagał jej w transmutacji i obronie przed czarną magią, a ona cierpliwie
sprawdzała jego wypracowania z eliksirów. Z radością zauważał, że coraz
częściej na niego ukradkiem spogląda, a gdy ją na tym przyłapywał, czerwieniła
się po cebulki włosów. Ona sama była zaskoczona jakie ciepło ogarnia całe jej
ciało, gdy dosiada się do niej wieczorem i odrabiają zadania domowe.
Ruby i Phoebe
większość czasu spędzały z Remusem, a czasem dołączały do nich Lily i Vicky.
Obie siostry Marshall były załamane faktem, że nie mogą znaleźć miłości swojego
życia, bo ilość nauki skutecznie uniemożliwia im randkowanie. Świadomość, że
związek Evans-Potter był bardziej rzeczywisty niż kiedykolwiek, jeszcze
bardziej sprawiała, że dziewczyny były zdeterminowane by się z kimś w końcu
umówić.
Howells cały
czas narzekała na swoje smocze jajo, które „chyba nie ma zamiaru się wykluć w
tym stuleciu”. Przesiadywała przy kociołku całe godziny i na głos czytała
podręczniki, bo sama musiała się uczyć, a do tego miała nadzieję, że dzięki
temu smoczek będzie rozpoznawać jej głos i na jej polecenie spali żywcem
Syriusza. Rzadko wpadała już na Regulusa, głównie przez to, że większość czasu
spędzała z jajem. Przez pewien czas celowo na oczach Łapy rozmawiała z Regiem,
ale w końcu doszła do wniosku, że to zbyt szczeniackie. Chociaż brakowało jej
młodszego Blacka tak, że aż miała ochotę czasem pobiec do lochów i czekać na
niego nawet kilka godzin, jeśli byłaby taka potrzeba, nigdy tego nie zrobiła.
Lupin poświęcał
całego siebie nauce, chociaż z każdym dniem coraz bardziej się denerwował, że
nigdzie nie znajdzie pracy. Kto w końcu chciałby zatrudnić takiego potwora?
Fenrir Greyback odebrał mu wszystko w zaledwie kilka sekund. Dobrze, że miał
chociaż przyjaciół… Myśli o Syriuszu sprawiały mu ból i wiedział, że ten
żałuje, bo powtarzał mu to do znudzenia, wręcz zasypiał i budził się do jego
przeprosin. Było tylko kwestią czasu, jak się pogodzą.
3 listopada
przyszedł nagle, jakby niespodziewanie. Niby kolejny zwykły czwartek w
Hogwarcie, ale czymś jednak się wyróżniał. Syriusz spał na swoim łóżku z
czterema kolumienkami, słońce świeciło mu na twarz, a oddech miał spokojny.
Wtedy na jego głowę z wielką siłą opadła poduszka.
- Wszystkiego najlepszego, Łapciu! – krzyczał James przy wtórze
głośnych śmiechów Remusa i Petera.
- Sto lat! – Pettigrew rzucił w niego pudełkiem wypełnionym
słodyczami.
- Dzięki, Glizdku. – Syriusz wyszczerzył zęby i od razu wyciągnął z
pudła jedną czekoladową żabę.
Potter i Peter
zaczęli się ubierać, a Lupin siedział na swoim łóżku, przyglądając się swoim
dłoniom. Black zerkał na niego co jakiś czas, nie wiedząc jak się zachować.
Brakowało mu przyjaciela i miał nadzieję, że niedługo wszystko wróci do normy.
Remus odchrząknął, wstał i podszedł do niego.
- Wszystkiego najlepszego, Łapo – wyciągnął do niego rękę.
Syriusz popatrzył
na nią chwilę, chwycił i przyciągnął chłopaka do siebie, mocno obejmując.
- Brakowało mi cię, Luniaczku. – powiedział, gdy w końcu go puścił.
- Tak, mi ciebie też. Ale nadal uważam cię za debila. Dlatego nie
dostaniesz prezentu. – Remus walnął go w ramię i poszedł do łazienki.
Syriusz zaśmiał się, co bardzo przypominało
szczekanie psa.
- Wiem, Luniaczku, wiem.
Na śniadaniu co
chwilę ktoś wykrzykiwał w jego stronę życzenia urodzinowe, przez co z ust nie
schodził mu uśmiech. Chociaż jedna Krukonka nadal go zawzięcie ignorowała, to
miał nadzieję, że może coś się tego dnia zmieni. Jadł właśnie kolejnego tosta,
gdy po jego obu stronach usiadły identyczne dziewczyny i pocałowały go w oba
policzki.
- Wszystkiego najlepszego! – wykrzyknęły równocześnie siostry
Marshall.
- Dziękuję, Ślicznotki. – również je ucałował, na co uśmiechnęły się
pięknie.
- Wszystkiego najlepszego, Matołku. – Lily uśmiechnęła się ciepło,
siadając naprzeciwko.
- Dzięki, Evans!
Nagle przed nim
zmaterializował się jakiś pakunek. Otworzył go i jego oczom ukazał się zegarek.
- Otwiera się. – Phoebe pokazała mu odpowiedni przycisk. – Tarcza
odskakuje, a w środku masz pudełeczko, oczywiście nie takie małe, jest
zaczarowane. Nikt nie dotykał wcześniej tego zegarka, jego twórca wykonywał go
w rękawiczkach. Ma pamięć ciała, jak złote znicze. Więc jak go dotkniesz, tylko
ty będziesz mógł go otworzyć. To od naszej trójki.
Patrzył na
prezent z otwartymi ustami, nie wiedząc co ma powiedzieć, więc tylko
podziękował i od razu założył zegarek na rękę. Nagle usłyszeli donośny głos,
który przebił się przez gwar.
- Wszystkiego najlepszego, braciszku!
Syriusz spojrzał w tamtą stronę i ujrzał Regulusa,
salutującego mu z kpiącym uśmieszkiem.
- Dzięki, Zarazo! – odkrzyknął, na co młodszy Black się roześmiał i
opuścił Wielką Salę.
Chwilę później od
stołu Ravenclawu wstała pewna brunetka i skierowała swoje kroki w stronę
Gryfonów. Nie miała ani trochę ochoty tam iść, ale musiała pamiętać, że mimo
wszystko zaopiekował się nią w wakacje.
- Wszystkiego najlepszego, Pacanie. – Vicky uderzyła Syriusza z
otwartej ręki przez głowę, po czym rzuciła na jego stolik kartkę urodzinową i
czekoladowego smoka.
Twarz Blacka
rozjaśnił uśmiech i gdy odwrócił się do niej, ona już szła w stronę wyjścia.
- Dziękuję, Vicky! – krzyknął za nią, na co ta machnęła tylko ręką.
Spojrzał na
kartkę, która ukazywała jego postać, którą spalał dorosły czarny hebrydzki
smok. Parsknął śmiechem, otworzył ją i przeczytał życzenia: „Żebyś w końcu
sobie wyhodował mózg. Bo inaczej to się z tobą stanie.”.
- Chyba nadal cię nie lubi. – Ruby patrzyła zszokowana na ruszający
się obrazek.
- Ale chociaż przestała udawać, że nie istnieję.
Wieczorem
siódemka Gryfonów siedziała w Pokoju Wspólnym i popijała kremowe piwo, które
Huncwoci przynieśli po lekcjach z Hogsmeade. Dziewczyny siedziały na kanapie,
Remus z Jamesem grali w szachy, Peter tradycyjnie jadł, a Syriusz tylko
przyglądał im się z fotela.
- Jak ci minęły urodziny? – zapytała w końcu Phoebe, którą znudziło
patrzenie na grających chłopaków.
- Całkiem nieźle. Vicky nawet się do mnie odzywała na opiece nad
magicznymi stworzeniami.
- Może jest chora. – zamyślił się Lupin, przez co dostał od jubilata
poduszką. – Hej!
- A może w końcu się pogodzimy. Męczą mnie te ciągłe kłótnie. A
właśnie! Rogaczu, nie dostałem nic od ciebie! – zaraz po tych słowach coś
ciężkiego ugodziło go w twarz.
- Dostałeś.
- Wal się. – rozpakował paczkę i oczy mu się zaświeciły. – Łoaaa!
Na jego kolanach
leżała książka o mugolskich motocyklach. Zafascynowany zaczął ją pobieżnie
przeglądać.
- No, to się nazywają urodziny! – mruknął z zadowoleniem i odgryzł
czekoladowemu smokowi ogon.
Pierwszy weekend
listopada przyniósł ze sobą wiatr, deszcz i temperaturę zdecydowanie zbyt
niską, żeby siedzieć na trybunach boiska do quidditcha albo co więcej grania na
nim. Mimo to, cały zamek w sobotę obudził się w atmosferze ogólnego
podniecenia, bo oto sezon miał się rozpocząć. Mecze drużyn Gryffindoru i
Ravenclawu zawsze przynosiły wiele emocji, bo obie drużyny były zaskakująco
dobre. W tym roku nerwy były jeszcze większe, bo obie drużyny miały mieć prawie
połowę składów nową i nikt jeszcze nie widział ich w akcji. Zarówno Gryfoni,
jak i Krukoni zadbali o to, by ich treningi były zamknięte, więc cały Hogwart
wstrzymywał oddech w oczekiwaniu na to starcie.
Obie drużyny
wchodząc i wychodząc z Wielkiej Sali zostały nagrodzone gromkimi brawami. W
szkole rozgrywki quidditcha były wydarzeniem ważnym dla wszystkich, a przy
okazji pozwalały zapomnieć chociaż na chwilę o codziennych obowiązkach.
Gdy James szedł
przez błonia razem z resztą drużyny, dostrzegł przed sobą rudą głowę, która
również zmierzała w stronę stadionu. Uśmiechnął się pod nosem i gdy wyprzedzali
ją, Phoebe, Ruby, Vicky i Pandorę odezwał się na tyle głośno, żeby wszyscy
dookoła mogli go usłyszeć:
- Evans, nie życzysz mi powodzenia? – był już przed dziewczynami, więc
odwrócił się i szedł tyłem, uśmiechając się pięknie i czekając na jej reakcję.
Lily zwyczajowo
zarumieniła się, a oczy jej rozbłysnęły.
- Powodzenia, Potter.
Evans stała
podekscytowana koło przyjaciół i wpatrywała się w miejsce, skąd miała za chwilę
wyjść drużyna Gryfonów.
- Zaraz zwariuję! – krzyknęła Phoebe. – Dlaczego pierwszy mecz jest
zawsze taki emocjonujący!
- Wyobraźcie sobie co by było, gdyby grali ze Slytherinem! – zaśmiała
się Ruby, a Syriusz spojrzał na nią z niesmakiem.
- Ten dom to największa zaraza Hogwartu…
- Zamknij się, Black. – warknęła Vicky i mimowolnie zerknęła w stronę
trybuny zajmowanej przez Ślizgonów.
Nigdzie go nie widziała, ale nie miała też czasu
się przyjrzeć, bo wokół niej rozległ się ogłuszający wrzask i spojrzała na
boisko, gdzie już pojawiły się obie drużyny. Jej wzrok przyciągnęła od razu
śmiejąca się do siebie i radośnie machająca do wszystkich para.
- Kto to jest, ta dziewczyna koło Jamesa? – Remus krzyknął i wskazał w
odpowiednim kierunku.
- To ta Emily Clearwater! – odkrzyknął Syriusz, a twarz Lily stężała.
– Wyrobiła się przez wakacje! A James cały czas powtarza, że jest najlepsza!
- A ta co teraz dobiegła? – Ruby właczyła się do rozmowy.
- A to jest nowa ścigająca! Sandra Silverstone! Rok niżej od nas!
- Bardzo ładne sobie te ścigające dobrał. – powiedziała przez zęby
Evans tak cicho, że ledwo ją dosłyszeli.
- Nie martw się, Lils! One są typowymi sportsmenkami. Nic, tylko ciągle gadają o quidditchu.
- To ją uspokoiłeś. – zaśmiała się Phoebe, a Lily od razu zgromiła ją
wzrokiem.
Nie była
zazdrosna. Co to, to nie. Ale widok Jamesa w otoczeniu dwóch tak ładnych
dziewczyn, w dodatku pasjonujących się tym, co on… Nie napawał jej entuzjazmem.
Regulus Black
stał na trybunach razem z całą szkołą, ale nie poszedł tam, żeby oglądać mecz.
Obserwował Vicky Howells, jak stoi koło jego brata i gorąco kibicuje…
wszystkim. Z każdego gola cieszyła się jak dziecko, a on nie potrafił ukryć
uśmiechu. Merlinie, co to jest za wariatka. Zaraz jednak się chmurzył, bo
wiedział, że stoi nie koło niego, tylko koło Syriusza. Słyszał głos Cindy koło
siebie, ale nie miał ochoty skupiać się na tym, co mówi. Niechętnie odwrócił
wzrok i spojrzał na boisko, bo zauważył, że cała widownia wstrzymała oddech. No
tak, James Potter strzelił gola, a Flynn Hayes, szukający Gryfonów leciał ramię
w ramię z szukającą Krukonów, Mandy Golduck.
Dla Jamesa kilka
rzeczy wydarzyło się jednocześnie, a później nagle wszystko zniknęło. Po
pierwsze, strzelił drugiego gola pod rząd, podczas gdy Hayes i Golduck ganiali
za zniczem. Po drugie zauważył, jak Lily Evans podskakuje na trybunach
wywijając nad głową szalikiem Gryffindoru. Po trzecie ogłuszył go ryk widowni,
gdy Hayes złapał znicza. Po czwarte, sekundę po tym wszystkim poczuł okropny
ból z tyłu głowy. I wtedy nagle opadł w ciemność.
Na boisku zaległa
cisza. Nikt się nie odezwał, tylko wszyscy z zapartym tchem obserwowali
lecącego ku ziemi Pottera. McGonagall zareagowała instynktownie i w ostatniej
chwili powstrzymała go przed upadkiem.
Czuł
przeszywający ból w czaszce. Wiedział, że leży na ziemi i miał nadzieję, że
znów zemdleje, żeby tylko przeszło. Wtedy coś przesłoniło mu słońce i otworzył
oczy, a nad sobą ujrzał twarz Lily Evans.
- Wszystko w porządku? – zapytała wystraszona.
- Wygląda na to, że teraz już tak. – uśmiechnął się lekko i ponownie
stracił przytomność.
