poniedziałek, 27 listopada 2017

Rozdział 15

Niech wracają gnić w lochach.

- Potter podobno cały czas jest w szpitalu.
- Słyszałam, że mają go przewieźć do Świętego Munga.
- Uszkodziło mu mózg!
- Kto wysłał tego tłuczka?
- W Mungu i tak podobno nie dadzą rady go wyleczyć…
                Regulus słuchał tej paplaniny i miał już dość. Leżał na kanapie w Pokoju Wspólnym Slytherinu, z zamkniętymi oczami i głową na kolanach Cindy Wright. Ile można rozwodzić się nad wypadkiem? Pottera trafił tłuczek, wielka sprawa. Zaraz będzie zdrowy jak ryba, ale oczywiście plotki już krążą po szkole. Podniósł się, a oczy Cindy i jej przyjaciółek od razu skierowały się na niego. Zirytowało go to trochę, ale postanowił tego w żaden sposób nie komentować.
- Idę do biblioteki. – stwierdził po prostu i poszedł do dormitorium po książki.
                Gdy wrócił, grupka dziewczyn i chłopaków już stała gotowa. Popatrzył na nich z uniesionymi brwiami, czekając na wyjaśnienia.
- Stwierdziliśmy, że pójdziemy z tobą. – Cindy uśmiechnęła się pięknie.
- Musimy odrobić zadania i tak. – Lisa odrzuciła swoje długie, blond włosy na plecy, a Amycus wpatrywał się w nią jak w obrazek.
- Carrow, co się tak gapisz? – Regulus uśmiechnął się lekko widząc, że Alecto szybko zerka na brata.
- Lisa i tak by na ciebie nawet nie spojrzała, pacanie. – syknęła do niego jadowicie, nie zauważając, że blondynka spogląda na chłopaka z widoczną sympatią.
                Black ruszył w stronę drzwi wyjściowych w nadziei, że nie zauważą i będzie miał spokój, ale Cindy od razu się zerwała i pobiegła za nim, a reszta za nią. Szli z lochów na piąte piętro, a Regulus cały czas pluł sobie w brodę, że nie może się ich pozbyć. W końcu stanął przed drzwiami biblioteki i odwrócił się do nich.
- Tam jest dużo ludzi, którzy naprawdę lubią się uczyć. – popatrzyli na niego z uniesionymi brwiami. – Nie wolicie odrabiać lekcji w lochach?
- Och, daj spokój. – Wright warknęła poirytowana i weszła pierwsza do pomieszczenia.
                Nie rozumiała, dlaczego od jakiegoś czasu Regulus zachowywał się tak dziwnie. Ciągle gdzieś się wymykał, chodził na spacery po szkole, kręcił się w okolicach biblioteki. Nie mogła pozwolić, żeby wymknął jej się z rąk, w końcu próbowała go usidlić od dwóch lat. Musiała dowiedzieć się, co tak nagle wpłynęło na Blacka.

                Vicky siedziała przy jednym ze stolików w bibliotece razem z Remusem i Phoebe. Była w trakcie pisania wypracowania na obronę przed czarną magią, gdy drzwi się otworzyły. Podniosła głowę i widząc grupkę Ślizgonów wróciła do eseju. Usiedli przy stoliku obok nich, a dziewczyny, które się pojawiły, były bardzo głośne i skutecznie uniemożliwiały skupienie się. Howells potrząsnęła głową i zobaczyła, że Marshall wpatruje się w grupę z nienawiścią.
- Co oni do cholery… przyszli sobie pogadać?! – Phoebe cała się zatrzęsła. – Mam cztery wypracowania do napisania. Niech wracają gnić w lochach.
- Wiesz, każdy może tu przyj… - Remus urwał, widząc skierowany na niego wzrok blondynki.
- Myślałam, że Regulus jest bardziej odpowiedzialny i byłby w stanie zapanować nad tą bandą, ale cóż. – z irytacją podrapała się po bliźnie, a Vicky spojrzała na Ślizgonów tak szybko, że aż ją kark rozbolał.
                Faktycznie. Był. Patrzył znudzony na najgłośniejszą z dziewczyn i lekko się uśmiechał. Wszystko w Howells się zagotowało i miała ochotę wyrwać jej wszystkie włosy. Przecież jak będzie tak krzyczeć, to nigdy nie odrobi tych zadań! Odchrząknęła.
- Phoebe, Remus, spójrzcie. – powiedziała bardzo głośno. – Bydło wypuścili z lochów i nie potrafią się zachować w cywilizowanym świecie.
                Gryfoni spojrzeli na nią zaskoczeni, ale już po chwili schowali nosy w książki, żeby nie zacząć się głośno śmiać. Ślizgoni natomiast umilkli i wlepili w nią pełen pogardy wzrok.
- Mówisz o nas, Kujonko? – warknęła Cindy, a Regulus miał ochotę uderzyć głową w stół.
- Nie, skąd. – głos Vicky był przesycony sarkazmem.
- A ja myślę, że chyba jednak tak. – Wright zrobiła się cała czerwona, a Phoebe zaczęła się trząść od ledwie powstrzymywanego śmiechu.
- Przepraszam, co robisz? – zapytała uprzejmie Krukonka, odwracając się w jej stronę.
- Coś ty taka niemiła, Howells? – Regulus wyszczerzył zęby, obejmując ramieniem Cindy, która spojrzała na niego szybko.
- Skąd ją znasz, Regi?
                Vicky miała kamienną twarz, ale w środku skręcało ją ze śmiechu przez to zdrobnienie.
- Oblała mnie kiedyś kremowym piwem w Hogsmeade. – nie spuszczał z niej wzroku.
- Tyle dobra zmarnowanego na ciebie… Regi. – Vicky uśmiechnęła się szeroko, widząc jak jego twarz tężeje.
- Hej! – Cindy wyglądała, jakby chciała wstać z miejsca. – Tylko ja mogę tak na niego mówić.
- Och, wybacz. Twój chłopak musi mieć z tobą naprawdę przykre życie.
                Ślizgonka patrzyła na nią z wyraźną nienawiścią. Dotknęła policzka Regulusa zmuszając go, by na nią spojrzał.
- Zrób coś, ona mnie obraża.
- Sama sobie świetnie radzisz. – Black za nic nie odpuściłby sobie takiego widowiska.
                Vicky wróciła do swojego eseju, stwierdzając, że nie ma więcej ochoty na dyskusje, jednak chwilę później grupka ze Slytherinu znów zaczęła być głośno.
- Nie no, to chyba jakiś żart. – podniosła głowę i znów na nich spojrzała. – Po cholerę tu przyszliście?
- Możemy siedzieć gdzie chcemy. – oczywiście od razu odezwała się Cindy.
- Przestań kłapać dziobem, tutaj ludzie chcą się uczyć. – Phoebe też już traciła panowanie nad sobą.
- Ej, odwal się, co?
- Co tu się dzieje?! – nagłe pojawienie się pani Pince skutecznie wszystkich uciszyło.
- Nic takiego, tylko Ślizgoni krzyczą i nie pozwalają nam się uczyć. – Remus machnął lekceważąco ręką.
- WON MI STĄD! ALE JUŻ! – krzyknęła bibliotekarka i wygoniła Regulusa z resztą bandy.
- Nareszcie spokój. – mruknęła zadowolona Vicky.
                Phoebe i Lupin wymienili znaczące spojrzenia i biorąc przykład z przyjaciółki, wrócili do swoich prac. Chociaż Krukonka wydawała się być bardzo skupiona, to myślała jednak o grupce, która jeszcze przed chwilą siedziała obok nich. Pierwszy raz zdała sobie tak naprawdę sprawę z tego, że Regulus jest Ślizgonem, a jego znajomi to dupki. O koleżankach już nie wspominając. Cindy Wright była ucieleśnieniem dziewczyny ze Slytherinu. No, może tylko rozumu jej brakowało. Jeszcze nigdy Vicky nie czuła takiej dumy, że została przydzielona do Ravenclaw.

- Phoebe, czemu Ruby nie ma z nami? – zapytała Howells zdając sobie nagle sprawę z nieobecności jednej z bliźniaczek. Marshall prychnęła.
- Nawet mnie nie denerwuj. – warknęła.
                Remus spojrzał na nie z zainteresowaniem. Blondynka westchnęła.
- Ma randkę. – jęknęła.
                Vicky zamrugała szybko oczami, a Lupin uśmiechnął się lekko.
- Z kim?
- Z Milesem Turnerem…
- Z Hufflepuffu?! – Krukonka patrzyła na Phoebe z niedowierzaniem.
- Dokładnie tak… Całkiem fajny…
- Ale z Hufflepuffu!
- I co z tego? – Lupin czuł się bardzo zagubiony.
- Jak to co?! Ona szuka chłopaka czy ziemniaka? – Vicky patrzyła na nich z politowaniem, gdy w połowie leżąc na stole, zwijali się ze śmiechu.


                Dwie godziny później siedziała już sama nad podręcznikami. Phoebe i Remus poszli jakiś czas wcześniej, nie mogąc już wytrzymać natłoku wiedzy. W końcu ona również odłożyła pióro i przetarła zmęczone oczy dłonią. Spróbowała odczytać godzinę na zegarze wiszącym na ścianie, ale wszystko jej się rozmazywało. To znak, że ma dość. Albo że naprawdę potrzebuje okularów. Spakowała swoje rzeczy i wyszła z biblioteki. Na korytarzu ktoś już na nią czekał.
- No w końcu, ile można się uczyć. – Regulus uśmiechał się szeroko, a z poluzowanym krawatem i opierając się o ścianę, wyglądał niesamowicie pociągająco.
- Co tutaj robisz, Regi? – zakpiła Vicky, wymijając go.
- Czekam na pewną bardzo nieznośną Krukonkę. – już szedł obok niej, z rękami w kieszeniach.
- Twoja dziewczyna ci na to pozwala?
- Cindy nie jest moją dziewczyną. – chwycił ją za ramię, zmuszając, żeby się zatrzymała.
- Och, wybacz. – podeszła do niego, obejmując go w taki sposób, że zrobiło mu się gorąco. – Ja też przytulam swoich znajomych cały czas. Widziałeś jak z Remusem byliśmy do siebie przyklejeni?
                Odsunęła się od niego i ruszyła dalej. Stał tak chwilę, nie mogąc pozbierać myśli. Gdy w końcu ochłonął, była już przy końcu korytarza. Pobiegł za nią.
- A co, jesteś zazdrosna? – uśmiechnął się, a ona wywróciła oczami.
- Tak, strasznie.
- O mnie?
- Nie, o tego gnoma, który mi się zalęgnął w ogrodzie, podczas gdy tam nie mieszkałam.
                Skręciła tak nagle, że Black prawie się przewrócił, podążając za nią.
- Mogę ci pomóc się go pozbyć. – zaoferował się. – Skoro sama sobie nie radzisz.
- Spokojnie. Już go nie ma. Chyba, że przyszedł jakiś nowy. – zamyśliła się. – Normalnie rodzice by się tym zajęli. – posmutniała. – Będę miała dużo pracy jak wrócę.
                Coś się w nim ruszyło, widząc jej minę. Usta ułożyła w drżący dziubek, a oczy zaszły jej mgłą i już chciał ją przytulić, gdy potrząsnęła mocno głową i spojrzała na niego, zatrzymując się.
- Lepiej wracaj do Cindy. – powiedziała poważnie.
- Rozbija się, a jest całe? – zapytała kołatka w kształcie orła.
Nawet nie zauważył, że są już pod Pokojem Wspólnym Ravenclaw.
- Namiot. – odpowiedziała i spojrzała pod jego stopy. – Asgard! – chwyciła kota na ręce. – Nie ocieraj się o niego, bo Cindy zauważy sierść i nasz znajomy będzie miał kłopoty. – po czym odwróciła się na pięcie i zniknęła za drzwiami.
               

                Syriusz leżał na łóżku w dormitorium Jasmine. Dziewczyna kreśliła palcem kółka na jego piersi i wpatrywała się w niego zauroczona. Była naprawdę bardzo ładna. Bardzo, bardzo ładna. Ale nawet ona nie była w stanie odciągnąć jego myśli od Vicky. Wpadał powoli w paranoję rozmyślając czy aby przypadkiem nie widzi się z jego bratem, czy razem nie spacerują, czy… odepchnął od siebie te wizje.
- O czym myślisz? – zapytała Jasmine sprowadzając go na ziemię.
Spojrzał jej w oczy i uśmiechnął się po huncwocku.
- O tym, jak bardzo mi się podobasz. – nachylił się, żeby ją pocałować, jednak ona odsunęła się lekko.
- No nie wiem, masz jakiś dziwnie nieobecny wzrok. – mruknęła powątpiewająco.
- Wydaje ci się. – wpił się w jej usta, żeby dalej nie drążyła tematu.
W pewnym momencie poczuł jak zaczęła rozpinać guziki jego koszuli i w pierwszym odruchu chciał jej przerwać, ale przecież chyba może się trochę zabawić?







Przepraszam za długą nieobecność. 
Przy zakładaniu bloga obawiałam się, że może pojawić się moment, gdy poczuję na sobie jakąś presję, że trzeba publikować nowe rozdziały w regularnych odstępach czasowych, no i oczywiście zjadła mnie...
Opowiadanie piszę cały czas, o to nie ma się co martwić. 
Postaram się więcej nie znikać bez żadnych wyjaśnień.
Na pewno nie zostawię tego opowiadania bez zakończenia, mam duży plan i ambicję, by go zrealizować.


poniedziałek, 5 czerwca 2017

Rozdział 14

Ten dom to największa zaraza Hogwartu...

                Październik mijał powoli, a grupka przyjaciół coraz bardziej się od siebie odsuwała. Huncwoci przeżywali pierwszy w swojej karierze kryzys przyjaźni. Remus odmawiał przebywania z Syriuszem, a Peter i James rozpaczliwie próbowali ich ze sobą pogodzić. Mecz Gryfoni-Krukoni zbliżał się wielkimi krokami, więc Rogacz coraz więcej czasu spędzał na boisku. Gdy akurat nie trenował albo nie dokładał wszelkich starań by Huncwoci znów byli sobą, spędzał sporo czasu z Lily. Wiedział, że inaczej się do niej nie zbliży, więc zaczął się z nią uczyć. Pomagał jej w transmutacji i obronie przed czarną magią, a ona cierpliwie sprawdzała jego wypracowania z eliksirów. Z radością zauważał, że coraz częściej na niego ukradkiem spogląda, a gdy ją na tym przyłapywał, czerwieniła się po cebulki włosów. Ona sama była zaskoczona jakie ciepło ogarnia całe jej ciało, gdy dosiada się do niej wieczorem i odrabiają zadania domowe.
                Ruby i Phoebe większość czasu spędzały z Remusem, a czasem dołączały do nich Lily i Vicky. Obie siostry Marshall były załamane faktem, że nie mogą znaleźć miłości swojego życia, bo ilość nauki skutecznie uniemożliwia im randkowanie. Świadomość, że związek Evans-Potter był bardziej rzeczywisty niż kiedykolwiek, jeszcze bardziej sprawiała, że dziewczyny były zdeterminowane by się z kimś w końcu umówić.
 Howells cały czas narzekała na swoje smocze jajo, które „chyba nie ma zamiaru się wykluć w tym stuleciu”. Przesiadywała przy kociołku całe godziny i na głos czytała podręczniki, bo sama musiała się uczyć, a do tego miała nadzieję, że dzięki temu smoczek będzie rozpoznawać jej głos i na jej polecenie spali żywcem Syriusza. Rzadko wpadała już na Regulusa, głównie przez to, że większość czasu spędzała z jajem. Przez pewien czas celowo na oczach Łapy rozmawiała z Regiem, ale w końcu doszła do wniosku, że to zbyt szczeniackie. Chociaż brakowało jej młodszego Blacka tak, że aż miała ochotę czasem pobiec do lochów i czekać na niego nawet kilka godzin, jeśli byłaby taka potrzeba, nigdy tego nie zrobiła.
                Lupin poświęcał całego siebie nauce, chociaż z każdym dniem coraz bardziej się denerwował, że nigdzie nie znajdzie pracy. Kto w końcu chciałby zatrudnić takiego potwora? Fenrir Greyback odebrał mu wszystko w zaledwie kilka sekund. Dobrze, że miał chociaż przyjaciół… Myśli o Syriuszu sprawiały mu ból i wiedział, że ten żałuje, bo powtarzał mu to do znudzenia, wręcz zasypiał i budził się do jego przeprosin. Było tylko kwestią czasu, jak się pogodzą.

                3 listopada przyszedł nagle, jakby niespodziewanie. Niby kolejny zwykły czwartek w Hogwarcie, ale czymś jednak się wyróżniał. Syriusz spał na swoim łóżku z czterema kolumienkami, słońce świeciło mu na twarz, a oddech miał spokojny. Wtedy na jego głowę z wielką siłą opadła poduszka.
- Wszystkiego najlepszego, Łapciu! – krzyczał James przy wtórze głośnych śmiechów Remusa i Petera.
- Sto lat! – Pettigrew rzucił w niego pudełkiem wypełnionym słodyczami.
- Dzięki, Glizdku. – Syriusz wyszczerzył zęby i od razu wyciągnął z pudła jedną czekoladową żabę.
                Potter i Peter zaczęli się ubierać, a Lupin siedział na swoim łóżku, przyglądając się swoim dłoniom. Black zerkał na niego co jakiś czas, nie wiedząc jak się zachować. Brakowało mu przyjaciela i miał nadzieję, że niedługo wszystko wróci do normy. Remus odchrząknął, wstał i podszedł do niego.
- Wszystkiego najlepszego, Łapo – wyciągnął do niego rękę.
                Syriusz popatrzył na nią chwilę, chwycił i przyciągnął chłopaka do siebie, mocno obejmując.
- Brakowało mi cię, Luniaczku. – powiedział, gdy w końcu go puścił.
- Tak, mi ciebie też. Ale nadal uważam cię za debila. Dlatego nie dostaniesz prezentu. – Remus walnął go w ramię i poszedł do łazienki.
Syriusz zaśmiał się, co bardzo przypominało szczekanie psa.
- Wiem, Luniaczku, wiem.

                Na śniadaniu co chwilę ktoś wykrzykiwał w jego stronę życzenia urodzinowe, przez co z ust nie schodził mu uśmiech. Chociaż jedna Krukonka nadal go zawzięcie ignorowała, to miał nadzieję, że może coś się tego dnia zmieni. Jadł właśnie kolejnego tosta, gdy po jego obu stronach usiadły identyczne dziewczyny i pocałowały go w oba policzki.
- Wszystkiego najlepszego! – wykrzyknęły równocześnie siostry Marshall.
- Dziękuję, Ślicznotki. – również je ucałował, na co uśmiechnęły się pięknie.
- Wszystkiego najlepszego, Matołku. – Lily uśmiechnęła się ciepło, siadając naprzeciwko.
- Dzięki, Evans!
                Nagle przed nim zmaterializował się jakiś pakunek. Otworzył go i jego oczom ukazał się zegarek.
- Otwiera się. – Phoebe pokazała mu odpowiedni przycisk. – Tarcza odskakuje, a w środku masz pudełeczko, oczywiście nie takie małe, jest zaczarowane. Nikt nie dotykał wcześniej tego zegarka, jego twórca wykonywał go w rękawiczkach. Ma pamięć ciała, jak złote znicze. Więc jak go dotkniesz, tylko ty będziesz mógł go otworzyć. To od naszej trójki.
                Patrzył na prezent z otwartymi ustami, nie wiedząc co ma powiedzieć, więc tylko podziękował i od razu założył zegarek na rękę. Nagle usłyszeli donośny głos, który przebił się przez gwar.
- Wszystkiego najlepszego, braciszku!
Syriusz spojrzał w tamtą stronę i ujrzał Regulusa, salutującego mu z kpiącym uśmieszkiem.
- Dzięki, Zarazo! – odkrzyknął, na co młodszy Black się roześmiał i opuścił Wielką Salę.
                Chwilę później od stołu Ravenclawu wstała pewna brunetka i skierowała swoje kroki w stronę Gryfonów. Nie miała ani trochę ochoty tam iść, ale musiała pamiętać, że mimo wszystko zaopiekował się nią w wakacje.
- Wszystkiego najlepszego, Pacanie. – Vicky uderzyła Syriusza z otwartej ręki przez głowę, po czym rzuciła na jego stolik kartkę urodzinową i czekoladowego smoka.
                Twarz Blacka rozjaśnił uśmiech i gdy odwrócił się do niej, ona już szła w stronę wyjścia.
- Dziękuję, Vicky! – krzyknął za nią, na co ta machnęła tylko ręką.
                Spojrzał na kartkę, która ukazywała jego postać, którą spalał dorosły czarny hebrydzki smok. Parsknął śmiechem, otworzył ją i przeczytał życzenia: „Żebyś w końcu sobie wyhodował mózg. Bo inaczej to się z tobą stanie.”.
- Chyba nadal cię nie lubi. – Ruby patrzyła zszokowana na ruszający się obrazek.
- Ale chociaż przestała udawać, że nie istnieję.

                Wieczorem siódemka Gryfonów siedziała w Pokoju Wspólnym i popijała kremowe piwo, które Huncwoci przynieśli po lekcjach z Hogsmeade. Dziewczyny siedziały na kanapie, Remus z Jamesem grali w szachy, Peter tradycyjnie jadł, a Syriusz tylko przyglądał im się z fotela.
- Jak ci minęły urodziny? – zapytała w końcu Phoebe, którą znudziło patrzenie na grających chłopaków.
- Całkiem nieźle. Vicky nawet się do mnie odzywała na opiece nad magicznymi stworzeniami.
- Może jest chora. – zamyślił się Lupin, przez co dostał od jubilata poduszką. – Hej!
- A może w końcu się pogodzimy. Męczą mnie te ciągłe kłótnie. A właśnie! Rogaczu, nie dostałem nic od ciebie! – zaraz po tych słowach coś ciężkiego ugodziło go w twarz.
- Dostałeś.
- Wal się. – rozpakował paczkę i oczy mu się zaświeciły. – Łoaaa!
                Na jego kolanach leżała książka o mugolskich motocyklach. Zafascynowany zaczął ją pobieżnie przeglądać.
- No, to się nazywają urodziny! – mruknął z zadowoleniem i odgryzł czekoladowemu smokowi ogon.
               

                Pierwszy weekend listopada przyniósł ze sobą wiatr, deszcz i temperaturę zdecydowanie zbyt niską, żeby siedzieć na trybunach boiska do quidditcha albo co więcej grania na nim. Mimo to, cały zamek w sobotę obudził się w atmosferze ogólnego podniecenia, bo oto sezon miał się rozpocząć. Mecze drużyn Gryffindoru i Ravenclawu zawsze przynosiły wiele emocji, bo obie drużyny były zaskakująco dobre. W tym roku nerwy były jeszcze większe, bo obie drużyny miały mieć prawie połowę składów nową i nikt jeszcze nie widział ich w akcji. Zarówno Gryfoni, jak i Krukoni zadbali o to, by ich treningi były zamknięte, więc cały Hogwart wstrzymywał oddech w oczekiwaniu na to starcie.
                Obie drużyny wchodząc i wychodząc z Wielkiej Sali zostały nagrodzone gromkimi brawami. W szkole rozgrywki quidditcha były wydarzeniem ważnym dla wszystkich, a przy okazji pozwalały zapomnieć chociaż na chwilę o codziennych obowiązkach.
                Gdy James szedł przez błonia razem z resztą drużyny, dostrzegł przed sobą rudą głowę, która również zmierzała w stronę stadionu. Uśmiechnął się pod nosem i gdy wyprzedzali ją, Phoebe, Ruby, Vicky i Pandorę odezwał się na tyle głośno, żeby wszyscy dookoła mogli go usłyszeć:
- Evans, nie życzysz mi powodzenia? – był już przed dziewczynami, więc odwrócił się i szedł tyłem, uśmiechając się pięknie i czekając na jej reakcję.
                Lily zwyczajowo zarumieniła się, a oczy jej rozbłysnęły.
- Powodzenia, Potter.

                Evans stała podekscytowana koło przyjaciół i wpatrywała się w miejsce, skąd miała za chwilę wyjść drużyna Gryfonów.
- Zaraz zwariuję! – krzyknęła Phoebe. – Dlaczego pierwszy mecz jest zawsze taki emocjonujący!
- Wyobraźcie sobie co by było, gdyby grali ze Slytherinem! – zaśmiała się Ruby, a Syriusz spojrzał na nią z niesmakiem.
- Ten dom to największa zaraza Hogwartu…
- Zamknij się, Black. – warknęła Vicky i mimowolnie zerknęła w stronę trybuny zajmowanej przez Ślizgonów.
Nigdzie go nie widziała, ale nie miała też czasu się przyjrzeć, bo wokół niej rozległ się ogłuszający wrzask i spojrzała na boisko, gdzie już pojawiły się obie drużyny. Jej wzrok przyciągnęła od razu śmiejąca się do siebie i radośnie machająca do wszystkich para.
- Kto to jest, ta dziewczyna koło Jamesa? – Remus krzyknął i wskazał w odpowiednim kierunku.
- To ta Emily Clearwater! – odkrzyknął Syriusz, a twarz Lily stężała. – Wyrobiła się przez wakacje! A James cały czas powtarza, że jest najlepsza!
- A ta co teraz dobiegła? – Ruby właczyła się do rozmowy.
- A to jest nowa ścigająca! Sandra Silverstone! Rok niżej od nas!
- Bardzo ładne sobie te ścigające dobrał. – powiedziała przez zęby Evans tak cicho, że ledwo ją dosłyszeli.
- Nie martw się, Lils! One są typowymi sportsmenkami.  Nic, tylko ciągle gadają o quidditchu.
- To ją uspokoiłeś. – zaśmiała się Phoebe, a Lily od razu zgromiła ją wzrokiem.
                Nie była zazdrosna. Co to, to nie. Ale widok Jamesa w otoczeniu dwóch tak ładnych dziewczyn, w dodatku pasjonujących się tym, co on… Nie napawał jej entuzjazmem.

                Regulus Black stał na trybunach razem z całą szkołą, ale nie poszedł tam, żeby oglądać mecz. Obserwował Vicky Howells, jak stoi koło jego brata i gorąco kibicuje… wszystkim. Z każdego gola cieszyła się jak dziecko, a on nie potrafił ukryć uśmiechu. Merlinie, co to jest za wariatka. Zaraz jednak się chmurzył, bo wiedział, że stoi nie koło niego, tylko koło Syriusza. Słyszał głos Cindy koło siebie, ale nie miał ochoty skupiać się na tym, co mówi. Niechętnie odwrócił wzrok i spojrzał na boisko, bo zauważył, że cała widownia wstrzymała oddech. No tak, James Potter strzelił gola, a Flynn Hayes, szukający Gryfonów leciał ramię w ramię z szukającą Krukonów, Mandy Golduck.

                Dla Jamesa kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie, a później nagle wszystko zniknęło. Po pierwsze, strzelił drugiego gola pod rząd, podczas gdy Hayes i Golduck ganiali za zniczem. Po drugie zauważył, jak Lily Evans podskakuje na trybunach wywijając nad głową szalikiem Gryffindoru. Po trzecie ogłuszył go ryk widowni, gdy Hayes złapał znicza. Po czwarte, sekundę po tym wszystkim poczuł okropny ból z tyłu głowy. I wtedy nagle opadł w ciemność.

                Na boisku zaległa cisza. Nikt się nie odezwał, tylko wszyscy z zapartym tchem obserwowali lecącego ku ziemi Pottera. McGonagall zareagowała instynktownie i w ostatniej chwili powstrzymała go przed upadkiem.

                Czuł przeszywający ból w czaszce. Wiedział, że leży na ziemi i miał nadzieję, że znów zemdleje, żeby tylko przeszło. Wtedy coś przesłoniło mu słońce i otworzył oczy, a nad sobą ujrzał twarz Lily Evans.
- Wszystko w porządku? – zapytała wystraszona.
- Wygląda na to, że teraz już tak. – uśmiechnął się lekko i ponownie stracił przytomność.


niedziela, 23 kwietnia 2017

Rozdział 13

Prędzej Peter zostanie Ministrem Magii, niż poproszę Pottera o pomoc.

                Uczniowie siódmego roku bardzo boleśnie odczuwali, że nieuchronnie zbliżają się do nich OWUTEMy. Nauczyciele zadawali im tyle, że nie mieli nawet chwili dla siebie. Chociaż Regulus ile tylko mógł przechadzał się po Hogwarcie, wmawiając sobie, że niczego konkretnego nie szuka, nie miał szans spotkać się z Vicky, bo ta, jako Krukonka z krwi i kości, poświęcała większość swojego czasu na naukę.
                Phoebe i Ruby zaczynały już do siebie mamrotać, a Lily nawet po korytarzach chodziła z nosem w książce, prowadzona pod ramię przez Remusa, który machał różdżką, ćwicząc odpowiednie ruchy nadgarstkiem. Jedynymi osobami w całej szkole nie przejmującymi się nauką zdawali się być pozostali Huncwoci. Peter ogólnie miał gdzieś wszystko, oprócz jedzenia i coraz częściej znikał w kuchni, wracając z kilkoma dodatkowymi kilogramami. A James i Syriusz… To byli James i Syriusz. Na lekcjach grali w szachy, w Pokoju Wspólnym w Eksplodującego Durnia, a na przerwach w gargulki. Dodatkowo, Potter miał kilka razy w tygodniu treningi quidditcha, a gdy akurat nie grał w coś z Blackiem, to planował nowe strategie meczowe. Nikt nie wiedział kiedy i gdzie piszą wypracowania, ale radzili sobie całkiem nieźle, co doprowadzało do szału prefekt naczelną.
- Wzięlibyście się w końcu za naukę! – wrzasnęła pewnego piątkowego, październikowego popołudnia.
                Black i Potter spojrzeli na nią niewzruszeni i wrócili do rozgrywki tego, w co akurat grali.
- Ile można. Wszyscy się uczą tylko wy macie to w nosie! Przydałaby się Vicky, ale nie! Jeden z was musi być kretynem i skutecznie utrzymywać ją z daleka od nas! – powoli traciła panowanie nad sobą. – Idę jej poszukać.
                Po tych słowach wyszła z Pokoju Wspólnego, a Black szybko wybiegł za nią. Nic nie powiedziała, tylko spojrzała na niego ze złością. Szli tak dość długo, aż w końcu na piątym piętrze dostrzegli kogoś spacerującego po korytarzu.
- Hej! – krzyknęła Lily, zaskakując tym nieco Syriusza.
                Regulus odwrócił się w ich stronę i uniósł pytająco brwi.
- Wiesz może gdzie jest Vicky? – zapytała Gryfonka, a Ślizgon skrzywił się nieznacznie.
- A skąd ja niby mam wiedzieć, gdzie jest Howells? To podobno wy jesteście jej… przyjaciółmi. – spojrzał pogardliwie na starszego brata, który zacisnął dłonie w pięści.
- Ostatnio często się widujecie… - Lily urwała, bo chłopak prychnął.
- Ostatnio w ogóle się nie widujemy. Nie widziałem jej od tygodni. A teraz wybaczcie, ale mam ciekawsze rzeczy do roboty niż rozmowa z… - tu zmierzył ich od stóp do głów. – Gryfonami.
                Odwrócił się i odszedł zostawiając Lily i Syriusza samych. Spojrzeli po sobie, a wtedy ktoś koło nich odchrząknął. Vicky stała z tak wysokim naręczem książek, że prawie nic nie widziała.
- Możecie się odsunąć? – mruknęła. – Idę do biblioteki, a wy stoicie na środku przejścia.
- Co ty tam niesiesz? – zaśmiała się Evans, biorąc od niej część tomów.
Black chciał zrobić to samo, ale szatynka mu nie pozwoliła.
- Czytałam parę rzeczy na mój projekt z opieki nad magicznymi stworzeniami. Mam zadany strasznie trudny esej. – Krukonka zachowywała się jakby chłopaka w ogóle koło nich nie było.
- Daj te książki, pomogę ci je nieść. – Syriusz rozpaczliwie próbował zwrócić na siebie jej uwagę.
- Przejdziesz się ze mną, Lily? – Vicky nadal go ignorowała.
- Chętnie. Wiesz… - Evans obejrzała się przez ramię i gdy zobaczyła, że Gryfon zniknął odetchnęła z ulgą. – Brakuje nam ciebie. Może byś się pogodziła z nim?
                Howells zamrugała szybko oczami.
- Nie jesteśmy pokłóceni, tylko on zachowuje się jak matoł.
- Okej, Vicky, potrzebuję cię. – jęknęła Lily, a na co Krukonka parsknęła śmiechem. – Nie daję rady z transmutacją, a prędzej Peter zostanie Ministrem Magii, niż poproszę Pottera o pomoc.
- Okej, okej. Jutro możemy przyjść tutaj po śniadaniu. Weź dziewczyny i Remusa. – oczy dziewczyny dziwnie się zaświeciły, gdy doszły do wejścia do biblioteki.
                Pod drzwiami stał oparty o ścianę Regulus i uśmiechał się zawadiacko.
- Proszę, proszę… Największa kujonka w tej szkole przyszła do swojego królestwa. – zakpił, a Lily aż sapnęła zaskoczona.
- Co, łazisz tutaj cały czas w nadziei, że mnie spotkasz? – zapytała Howells mrużąc oczy, ale widać było jak wesoło błyszczą.
- Nie. Ale skoro już tu jestem, daj te książki, to je odniosę, żebyś sobie nie zrobiła krzywdy. – i nie czekając na reakcję zabrał od niej wszystkie ciężkie tomy, otworzył i przytrzymał jej drzwi.
- Eeee… to ja już sobie pójdę. – wyjąkała cicho Evans, oddała książki Vicky i odeszła, nie do końca wiedząc, czego była właśnie świadkiem.
                Wróciła do Pokoju Wspólnego, gdzie wszyscy na nią czekali.
- I co? – zapytała Phoebe.
Black musiał im już powiedzieć, że ją znaleźli.
- Jutro po śniadaniu w bibliotece się wszyscy możemy spotkać i razem uczyć. – odetchnęli z ulgą. – Ale nie do końca rozumiem co się wydarzyło później.
                Spojrzeli na nią z zaciekawieniem, a Syriusz wiedział już, że mu się to nie spodoba.
- Pod biblioteką spotkałyśmy Blacka. Regulusa. – popatrzyła szybko na Łapę. – Wyglądał jakby czekał na nią i chociaż starał się tego nie okazywać bardzo się ucieszył na jej widok. Ona na jego chyba też.
- Przecież na siebie lecą. – Ruby spojrzała na nich jak na idiotów, bo zrobili zdziwione miny – Od razu widać. - i wróciła do pisania wypracowania do Meadowes.


                Następnego dnia tuż po śniadaniu ósemka przyjaciół rozsiadła się przy jednym ze stołów w bibliotece. Od jakichś czterech godzin Syriusz ignorował wściekłe spojrzenia Vicky, bo cieszył się, że przynajmniej może kontrolować, że nie ma przy niej jego brata. Nie mógł się jednak skupić na pisaniu wypracowania, bo co chwilę zerkał na nią, a jej włosy były jakoś ładniej ułożone niż zawsze, oczy bardziej hipnotyzujące, a usta pełniejsze.
- Słyszeliście, że ci cali śmierciożercy znów zaatakowali? – odezwał się nagle Remus, a wszyscy spojrzeli na niego ze strachem. – Nie było jeszcze informacji chyba w Proroku, ale rodzice mi wysłali sowę.
- Czy Ministerstwo nic z tym nie robi? – warknął James, odkładając pióro.
- Chyba próbują, ale nawet tam są zwolennicy Lorda Voldemorta. – Black wzruszył ramionami. – Prawie cała moja rodzina go popiera, więc nie zdziwiłbym się, gdyby próbowali bagatelizować niektóre rzeczy.
- Ale to okropne! – Lily patrzyła na nich jak spłoszona łania. – Przecież oni mordują mugoli!
- Dla nich mugole są warci tyle co nic.
- A co z czarodziejami urodzonymi w mugolskich rodzinach? - Ruby włączyła się do rozmowy. – Albo gdy są półkrwi?
- Jeśli chodzi o mugolaków, to chyba dla nich żadna różnica czy oni, czy mugole. Ale co do półkrwi to nie wiem. – Potter się zamyślił.
- Jak się z tym czujesz, Black, że twoi rodzice popierają takiego zwyrodnialca? – Vicky spojrzała na niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- No cóż. Nie powiem, że mnie to zachwyca i że ich uwielbiam, ale ja przynajmniej mam rodziców.
                Przy stoliku zapadła głucha cisza. Phoebe zakryła usta dłonią, Ruby i Lily chwyciły Howells za ręce, a Huncwoci patrzyli na przyjaciela jakby widzieli go pierwszy raz na oczy. Krukonka miała twarz zupełnie wypraną z emocji i dopiero po chwili do Syriusza dotarło, że przesadził.
- Vicky, ja… - wyjąkał i urwał, bo podniosła się z krzesła.
- Jesteś dla mnie wart dokładnie tyle, ile ten cały lord. – głos nawet jej nie zadrżał, co zdziwiło wszystkich, łącznie z nią samą.
                Zgarnęła swoje książki do torby, schowała wypracowanie i pióro, po czym zasunęła krzesło i odeszła od stołu.
- Merlinie słodki, Syriusz, coś ty powiedział? – wyszeptała Lily patrząc na wychodzącą przyjaciółkę.
- Jak matkę kocham, jeśli zaraz za nią nie pobiegniesz i jej nie przeprosisz na kolanach… - Remus zamknął oczy i zaczął głęboko oddychać, bo nie mógł opanować drżenia całego ciała.
- To ja mu pomogę. – James wskazał na Lupina.
                Black szybko się zerwał i zostawiając swoje rzeczy, wybiegł z biblioteki. Rozejrzał się po korytarzu i zobaczył ją idącą w stronę łazienki. Podbiegł do niej i chwycił za rękę, którą od razu wyrwała jak oparzona.
- Nie dotykaj mnie. – wychrypiała, a jak się odwróciła to całą twarz miała zapłakaną i opuchniętą.
- Vicky, proszę… Nie, przepraszam! – padł przed nią na kolana, a ona odsunęła się z obrzydzeniem. – Nie wiem co mi odwaliło, naprawdę. To było…
- Świńskie? Chamskie? Ciosem poniżej pasa? – straciła panowanie nad emocjami i zaczęła krzyczeć.
- Tak, wszystko to co mówisz…
- Nie przerywaj mi, padalcu! Ufałam ci. Myślałam, że mogę na ciebie liczyć, a co robisz od końca wakacji?! Nie wiem co się z tobą dzieje, ale wiem, że nie chcę już mieć z tobą do czynienia. Nigdy. Więcej. – wybuchła płaczem i odwróciła się, by odejść, ale znów chwycił ją za rękę na tyle mocno, że nie mogła jej zabrać.
- Nie dam ci teraz odejść. – rozpacz w jego głosie sprawiła, że rozpłakała się jeszcze bardziej.
- Puść mnie, Syriuszu. – próbowała pomóc sobie drugą ręką, ale nie zwolnił uścisku.
- Proszę cię, zrobię wszystko, żebyś mi wybaczyła. Za dzisiaj i za wszystko wcześniej. – czuł, że jeszcze chwila, a sam się rozpłacze.
Nie, Syriusz Black nie płacze. Ale ona…
- Zostaw mnie… - łkała cicho, w ogóle nie słysząc jego słów.
- Zostaw ją. – głośny, stanowczy głos rozległ się za plecami Syriusza.
                Oboje spojrzeli w tamtą stronę i ujrzeli ciskającego gromy z oczu Regulusa. Patrzył na brata z pogardą i ciężko mu było ustać spokojnie, by czegoś mu nie zrobić.
- Powiedziałem, zostaw ją. Jeśli zaraz tego nie zrobisz, to nie ręczę za siebie. – był tak opanowany i władczy, że Syriusz od razu go posłuchał.
                Vicky stała bez ruchu jeszcze chwilę, szlochając, ale gdy tylko uświadomiła sobie, że nic jej już nie trzyma, pobiegła prosto do Regulusa i wpadła mu w ramiona. Przytuliła się do niego ufnie i rozpłakała jeszcze bardziej. Ten objął ją delikatnie i pogłaskał po głowie. Patrząc bratu w oczy pocałował ją w czoło i dopiero wtedy odezwał się do niego ponownie.
- Nie zbliżaj się do niej. – po tych słowach odwrócił się z nią i odeszli, zostawiając wstrząśniętego Syriusza, cały czas klęczącego na podłodze.

                Regulus wszedł z Vicky do jednej z pustych klas i siedząc pod ścianą, czekał, aż się uspokoi. Całą koszulę miał już mokrą od łez i chyba jeszcze nigdy nie czuł takiej nienawiści do swojego starszego brata jak w tamtym momencie. Nawet gdy uciekł z domu i zostawił go samego na Grimmauld Place 12.
- Ciiiii… Spokojnie. Jestem przy tobie. – szeptał, głaszcząc ją po włosach i ku jego przerażeniu rozpłakała się jeszcze bardziej, więc przestał w ogóle mówić.
                Po kilkunastu minutach w końcu chyba skończyły jej się łzy i tylko cicho pochlipywała, a pięć minut później dostała czkawki.
- Ojej. – czknęła i schowała twarz w jego szyi, na co parsknął śmiechem.
- Co ja z tobą mam, Howells. – poczuł, że się delikatnie uśmiechnęła i odetchnął z ulgą, że znowu się nie rozpłakała.
- Dziękuję i przepraszam, że musiałeś to oglądać. – wyglądała na naprawdę zażenowaną, gdy ocierała twarz skrawkiem rękawa.
- Byłem w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. – pogratulował sobie w duchu pomysłu, by przejść się w okolice biblioteki. – A teraz opowiesz mi co mój bezmózgi brat ci zrobił?
                Spojrzał na nią i od razu przeklął się w duchu, bo jej usta znowu ułożyły się w rozpaczliwy dziubek.

                Gdy pół godziny później już się uspokoiła i opowiedziała mu całą sytuację, Regulus maszerował szybko w tę i z powrotem przed nią. Mamrotał coś pod nosem i zachowywał się jakby jej wcale nie było. Czuł się, jakby miał za chwilę eksplodować. Miał ochotę pobiec od razu do brata i jak zwykły mugol przyłożyć mu tak mocno, że ich rodzona matka by go nie poznała. A później jeszcze jakąś przyjemną klątwą by go potraktował…
- Reg… - na jej szept drgnął lekko i spojrzał na nią.
- Chcesz, żebym go zabił? – uklęknął przed nią, a ona roześmiała się zestresowana.
- To jest twój brat.
- Ale skrzywdził cię. – znów w nim zawrzało.
- Sprowokowałam go. Niepotrzebnie się odezwałam. – westchnęła cicho, patrząc na swoje kolana, a on szybko chwycił jej twarz w dłonie i zmusił by spojrzała mu w oczy.
- To nie jest ważne. Nie miał prawa mówić czegoś takiego.
                Uśmiechnęła się do niego smutno i chwyciła mocno za dłonie, po czym ściągnęła je ze swoich policzków. Wstali cały czas trzymając się za ręce. Znów się do niego przytuliła.
- Dziękuję, Reg. – wyszeptała mu do klatki piersiowej.
- Odprowadzić cię do twojej Wieży? – zamknął oczy, zastanawiając się, czym pachną jej włosy.
- Nie… - spojrzała na niego i westchnęła. – Nie obraź się na mnie, wiem, że jesteś inny niż Syriusz, ale aktualnie nie chcę mieć chociaż przez chwilę żadnego Blacka obok siebie.
                Ścisnęła lekko jego rękę, podniosła torbę i wyszła z klasy. Opadł na krzesło i jeszcze przez chwilę wpatrywał się w drzwi, za którymi zniknęła.

                Syriusz stał w łazience dla dziewczyn na pierwszym piętrze i ściskał dłońmi z całej siły umywalkę. Włosy i kołnierzyk koszuli miał mokre, a oczy zamknięte. Oddychał głęboko i zastanawiał się jaki będzie najlepszy sposób, żeby umrzeć.
- Najlepiej, żeby mocno bolało. – warknął sam do siebie i zacisnął powieki jeszcze mocniej.
                Usłyszał głośny pisk i podniósł głowę. Po jego lewej stronie unosił się duch dziewczyny w okularach, patrzący na niego zalotnie.
- Cześć, Syriuszu. – pomachała do niego i zachichotała.
- Witaj, Marto. – mruknął i znów zamknął oczy.
                Poczuł jak leci za jego plecami i tym razem usłyszał jej głos z prawej strony.
- Tak właśnie wydawało mi się, że ktoś przyszedł. A później usłyszałam twój głos. – ponownie zachichotała.
- Tak, przyszedłem tu, bo chciałem być sam. Tutaj nikt nie przychodzi.
                Marta ułożyła usta w dziubek i skrzyżowała ramiona.
- Oczywiście, bo brzydka, Jęcząca Marta jest NIKIM! – wrzasnęła piskliwie.
- Marto, naprawdę, nie mam ochoty rozmawiać. – spojrzał na nią i nawet ona dostrzegła ból w jego oczach.
Od razu złagodniała.
- Dawno nie odwiedzaliście mnie z Jamesem. Już nie jesteście niegrzecznymi chłopcami? – niezdarnie spróbowała zmienić temat.
                Odkręcił kurek i ponownie włożył głowę pod bieżącą wodę. Stał tak przez chwilę, a jak się podniósł, Merlin go nie wysłuchał i Marta cały czas tam była. Nigdy nie miał takiej nadziei, że się obrazi i odleci popłakać w kolanku toalety.
- Co ci jest, Syriuszu? – spróbowała dotknąć jego ramienia, przez co przeszył go lodowaty dreszcz.
- Nie zrozumiesz i tak. – machnął ręką.
                Zapowietrzyła się i przez chwile nie była w stanie wydać z siebie żadnego dźwięku. Chłopak nawet nie próbował się domyślić o co chodzi, bo i tak by nie odgadł.
- Nie zrozumiem, bo już nie żyję i nie wiem co przeżywasz?! – pisnęła w końcu.
- Tak, dokładnie dlatego! Więc idź już do swojej ulubionej kabiny i daj mi wreszcie spokój! – krzyknął odwracając się w jej stronę, a ona piszcząc odleciała.
                Spojrzał w swoje odbicie i westchnął. Ile osób jeszcze dzisiaj obrazi? Nagle o czymś sobie przypomniał. Przecież ona…

                Biegł tak szybko jak tylko potrafił i w końcu zatrzymał się przed drzwiami na jednym z korytarzy na czwartym piętrze, próbując złapać oddech. Wahał się tylko przez chwilę, ale ostatecznie podniósł rękę i zapukał. Odczekał minutę i zapukał ponownie, a wtedy usłyszał jakiś ruch.
                Chwilę później w drzwiach stanęła Dorcas Meadowes. Zmierzyła go od stóp do głów i westchnęła widząc jego stan.
- Vicky?
                Kiwnął głową. Ponownie westchnęła i odsunęła się lekko w przejściu.
- Wchodź.


poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Rozdział 12


Ale ja cię nie znoszę.


                Syriusz dobiegł do Wieży Ravenclawu i zastukał mocno do drzwi. Wtedy odezwała się kołatka w kształcie orła:
- Czym kończy się wieczór, a zaczyna ranek?
- Nie mam pojęcia, wpuść mnie.
- Czym kończy się wieczór, a zaczyna ranek?
- Nie wiem! Skoro mnie nie wpuścisz, to chociaż zawołaj kogoś z Pokoju Wspólnego! – krzyknął rozpaczliwie.
- Czym kończy się wieczór, a zaczyna ranek? – kołatka była nieustępliwa.
                Chłopak przeklął siarczyście i już chciał uderzyć pięścią w ścianę, gdy uświadomił sobie, że i tak ma już coś tam połamane.

                Pandora podskakiwała lekko kierując się do dormitorium. Nagle zobaczyła zbliżającą się Vicky i uśmiechnęła się szeroko.
- Cześć! Mam nadzieję, że miło spędziłaś resztę dnia w Hogsmeade? – zagadnęła ją wesoło, na co Howells parsknęła śmiechem.
- Można tak powiedzieć.
- Och, spójrz! Ktoś nie może wejść do… ojej. – stanęły przed Syriuszem i zmierzyły go od stóp do głów.
- Czego tutaj szukasz? Patil jest w Hufflepuffie. Masz tyle dziewczyn, że mylą ci się domy? – jad w głosie Vicky tak zaskoczył Blacka, że na chwilę stracił wątek.
- W zasadzie to przyszedłem do ciebie. – odpowiedział, gdy w końcu się otrząsnął.
- To ja już pójdę. – Pandora wyminęła go szybko i podeszła do drzwi.
- Czym kończy się wieczór, a zaczyna ranek? – zapytała kolejny raz kołatka znudzonym głosem.
- Hmm… Literą R! – wejście się otworzyło, a dziewczyna zniknęła.
                Vicky stała i nie patrzyła na Gryfona. Była tak wzburzona, że miał czelność się pojawić w jej Wieży, że całą siłą woli musiała się powstrzymywać, żeby na niego nie nawrzeszczeć. Po co on tu w ogóle przyszedł?! Już starczy jej, że ma jednego Blacka na głowie.
- Vicky… - zaczął Syriusz niepewnie i urwał widząc jej wzrok.
- Och, teraz jestem Vicky?
- Proszę cię, posłuchaj mnie. – w tym momencie był gotowy paść przed nią na kolana i już miał to zrobić, gdy lekko skinęła głową, dając mu pozwolenie, by mówił. – Nie spotykaj się z moim bratem.
- Słucham? – uniosła wysoko brwi.
- On jest… To mój brat, znam go… On jest… Nie chcę, żebyście się widywali… - umilkł, bo właśnie jej oczy zrobiły się maleńkie jak szparki.
- Czekaj, czekaj. Bo nie wiem czy dobrze zrozumiałam. Ty – wskazała na niego. – nie chcesz, żebym ja – wskazała na siebie. – spotykała się z Regulusem? – machnęła ręką w bliżej nieokreślonym kierunku, a Syriusz słysząc to imię w jej ustach warknął cicho.
- Tak.
- Chyba sobie kpisz. – zaśmiała się histerycznie. – A więc teraz, Black, uświadom coś sobie. – podeszła do niego tak blisko, że zaparło mu dech w piersiach. Nos miała zadarty do góry, żeby móc mu spojrzeć w oczy, a nadal nie sięgała mu nawet do brody, chociaż była dość wysoka. – Będę się spotykać, umawiać, przytulać, całować, rozmawiać z kimkolwiek chcę i ty nie masz tutaj nic do gadania. – odwróciła się na pięcie i podeszła do drzwi, a wtedy Syriusz złapał ją za rękę.
- Jakie siedmioliterowe słowo nawet największy mędrzec wypowie błędnie? – zapytała kołatka budząc się do życia.
- Nie pozwolę ci… - Black urwał, gdy Vicky wyrwała swoją dłoń z jego uścisku.
- Ty mi nie pozwolisz?! – wrzasnęła głośno, a echo szybko potoczyło się korytarzem. – Ty jesteś ostatnią osobą, która miałaby prawo mi czegokolwiek zabronić!
                Spojrzała na niego z odrazą, odpowiedziała kołatce na pytanie („błędnie”) i zniknęła za drzwiami, zostawiając Syriusza samego. Stał tak jeszcze chwilę, ale w końcu przeklinając oddalił się w stronę Skrzydła Szpitalnego.

                Następnego dnia siedząc przed kolacją w Pokoju Wspólnym, Lily obserwowała z zaskoczeniem swoich przyjaciół. Remus czytał książkę, zerkając co jakiś czas na Blacka z mordem w oczach. Syriusz nie rozmawiał z nikim, tylko wpatrywał się w kominek i bawił swoją dłonią, którą ponoć poharatał dość mocno w nocy. James i Peter grali w szachy, a siostry Marshall pisały wypracowanie. Nic nie było jak zawsze, a ona sama też nie siedziała z książką. Kiedy się wszystko tak pozmieniało? Zawsze Huncwoci planowali coraz to nowe kawały, żartowali, kochali się jak bracia. Teraz się nagle wyciszyli i nie robią żadnych problemów wychowawczych. Bliźniaczki też nigdy nie brały się za wypracowania wcześniej, niż dzień przed ich oddaniem, a z tego co wiedziała, to co aktualnie pisały, było zadane na piątek.
                W końcu podniosła się z fotela, czując się niestosownie do swojego wieku staro.
- Dalej, dzieciaki, idziemy na kolację. – klasnęła głośno w dłonie, a siedem zaskoczonych spojrzeń skierowało się w jej stronę. – Zaraz się dowiemy, kto będzie nas uczył obrony przed czarną magią.

                Kolacja przebiegała w atmosferze ogólnego podniecenia, bo plotka, że zmieni się nauczyciel od obrony przed czarną magią obiegła szkołę bardzo szybko. W Wielkiej Sali było jak w ulu, bo wszyscy uczniowie rozmawiali gorączkowo. Gdy powoli zbliżało się zakończenie posiłku, Vicky wstała od stołu Krukonów i podbiegła do przyjaciół Gryfonów.
- Już się nie mogę doczekać. – Phoebe podskakiwała w miejscu, trącając co chwilę łokciem Petera, który nie mógł przez to dokończyć owsianki.
- Phoebs, uspokój się, błagam. – jęknął, a dziewczyna posłuchała go, jednak noga nadal podrygiwała jej z emocji.
                Po piętnastu minutach dyrektor wstał, a na Sali zaległa cisza. Dumbledore rozejrzał się dookoła z ciepłym uśmiechem.
- Chciałbym wam coś ogłosić. Otóż okazało się, że profesor Thompson nie mógł dłużej piastować posady nauczyciela obrony przed czarną magią, dlatego musieliśmy znaleźć zastępcę. – wszyscy wstrzymali oddechy. – I z miłą przyjemnością pragnę wam przedstawić osobę, którą pewnie spora część z was kojarzy jeszcze ze szkoły. Oto profesor Dorcas Meadowes, która od jutra rozpocznie z wami zajęcia.
                W Wielkiej Sali zaległa cisza, a po chwili uczniowie zaczęli klaskać. Vicky zawyła ze śmiechu, ściągając na siebie spojrzenie przyjaciół.
- Ciekawe, Black, jak Dorcas zareaguje jak pozna Jasmine! – wstała od stołu i ruszyła do wyjścia cały czas trzymając się za brzuch, który rozbolał ją już od śmiechu.
                Syriusz patrzył za nią i cały się nachmurzył widząc, że w drzwiach wpada na jego obślizgłego brata i ponownie wybucha głośnym śmiechem. Patrzył tak na nich przez chwilę, aż w końcu James uderzył go w potylicę.
- Hej! – odwrócił się w jego stronę oburzony. – Mózg ci odjęło?!
- Na co się tak gapisz? – zapytał rozbawiony i spojrzał na drzwi. Szczęka mu opadła. – O cholibka…
- Hmm? – Phoebe podążyła za ich wzrokiem i uśmiechnęła się zadziornie. – No tak, Regulus, któżby inny.
- Co o tym wiesz? – Black miał ochotę chwycić ją za kołnierz koszuli, żeby szybciej mówiła.
- A co ciebie to obchodzi, Łapo? – warknął Remus, ściągając na siebie uwagę pozostałych. – Masz swoją panienkę, a w sumie to nawet dwie. Mało ci? Jeszcze Vicky byś chciał dla siebie zagarnąć?
- Luniu, nie rozumiem co ci ostatnio odbija. – westchnął Syriusz kręcąc głową. – Zawsze taki byłem, a teraz nagle się rzucasz.
- Bo nigdy wcześniej nie chodziło o moją przyjaciółkę.


                Vicky i Regulus śmiali się w drzwiach i sami do końca nie wiedzieli z czego. Może z tego, że po raz kolejny na siebie wpadli, a może dlatego, że mieli akurat dobry humor. Howells była uradowana, że Syriusz ma okazję mieć ładną aferę u swoich dziewczyn, a młody Black od wczorajszej wizyty w Hogsmeade chodził ciągle dziwnie zadowolony.
- Chodźmy stąd. – chwycił ją za ramię i pociągnął w stronę wyjścia z zamku, widząc przelotnie, jak jego brat się im przygląda. Uśmiechnął się pod nosem.
                Vicky dała się mu poprowadzić i nawet nie protestowała. Wyszli na błonia i w milczeniu szli w stronę jeziora. Obojgu napad śmiechu już minął i teraz nie wiedzieli jak się zachować. Pierwszy raz nie dogryzali sobie i wyglądali jak normalni uczniowie, na normalnym spacerze.
- To tu chcesz mnie zgwałcić i zabić? – Howells odwróciła się do niego, gdy zatrzymał się pod rozłożystym bukiem na brzegu.
- Tak, dokładnie taki miałem plan, Skarbie. – uśmiechnął się szeroko.
- Nie nazywaj mnie tak. – zmrużyła oczy.
- Wiesz, że jak tak robisz – przymrużył oczy przedrzeźniając ją. – to wcale nie wyglądasz groźnie, tylko bardzo zabawnie?
- Ale ja cię nie znoszę. – warknęła siadając na trawie.
- I wzajemnie. – rozłożył się koło niej i zaczął bawić się trawą.
               
Siedzieli tak blisko pół godziny co jakiś czas tylko na siebie zerkając, ale nie odzywając się do siebie. Nie zdawali sobie sprawy, że w Wieży Gryffindoru ktoś przygląda się im przez zaczarowaną mapę, o której istnieniu nie mieli nawet pojęcia.
Syriusz zaciskał mocno zęby wpatrując się uparcie w te dwie, cholerne kropeczki. Jak oni mogą… Co oni sobie wyobrażają… Przeklęty Regulus!
- Co za barbarzyństwo… - mruknął do siebie, a James spojrzał na niego z zainteresowaniem.
- Co tam oglądasz? – podszedł do niego i spojrzał mu przez ramię. – Nudzisz się?
- Czemu ona się z nim spotyka? – jęknął Black i zwiesił smętnie głowę.
- Hmmm… Może jest dla niej miły i nie obraża jej na każdym kroku?

- Howells, ty jesteś naprawdę chora psychicznie. – Regulus skrzywił się teatralnie.
- Czego znowu się mnie czepiasz, gadzie? – spojrzała na niego z góry.
Leżał z głową na jej kolanach, a ona całą sobą powstrzymywała się, żeby nie zacząć bawić się jego włosami. Pomyślała, że przydałby jej się złoty znicz Jamesa, żeby czymkolwiek zająć ręce.
-  Bo to nie jest normalne, że planujesz kibicować Gryfonom, skoro grają z Krukonami w pierwszym meczu. – popatrzył na nią z niesmakiem.
                Wzruszyła ramionami.
- I co? I tak przegramy puchar i tak. A tam gra James. – uśmiechnęła się lekko.
                Poderwał się nagle do góry tak, że ich oczy były na tym samym poziomie.
- To dlatego będziesz za nimi? – syknął.
- Merlinie, uspokój się. To mój przyjaciel i jest szansa, że w końcu odwieczna wojna Evans-Potter skończy się i nastanie era słodkiej miłości. – wsadziła sobie dwa palce do ust. - Naprawdę mam czasem wrażenie, że zamieniłeś się na mózgi z gumochłonem. Jak mogłeś pomyśleć w ogóle, że James mi się podoba?
                Żeby nie zobaczyła zakłopotania na jego twarzy, wrócił do poprzedniej pozycji.
- A bo ja wiem. Nie wiem jakie macie tam układy w tej swojej sekcie. Hej! – wrzasnął, bo Vicky się poderwała, a jego głowa mocno uderzyła o ziemię.
                Wsparł się na łokciach i zobaczył tylko jej plecy odchodzące szybko w stronę zamku.
- Obyś zleciała ze schodów, Howells! – krzyknął za nią, na co odpowiedziała mu jak zwykle środkowym palcem.