Uczniowie
siódmego roku bardzo boleśnie odczuwali, że nieuchronnie zbliżają się do nich
OWUTEMy. Nauczyciele zadawali im tyle, że nie mieli nawet chwili dla siebie.
Chociaż Regulus ile tylko mógł przechadzał się po Hogwarcie, wmawiając sobie,
że niczego konkretnego nie szuka, nie miał szans spotkać się z Vicky, bo ta,
jako Krukonka z krwi i kości, poświęcała większość swojego czasu na naukę.
Phoebe i Ruby
zaczynały już do siebie mamrotać, a Lily nawet po korytarzach chodziła z nosem
w książce, prowadzona pod ramię przez Remusa, który machał różdżką, ćwicząc
odpowiednie ruchy nadgarstkiem. Jedynymi osobami w całej szkole nie
przejmującymi się nauką zdawali się być pozostali Huncwoci. Peter ogólnie miał
gdzieś wszystko, oprócz jedzenia i coraz częściej znikał w kuchni, wracając z
kilkoma dodatkowymi kilogramami. A James i Syriusz… To byli James i Syriusz. Na
lekcjach grali w szachy, w Pokoju Wspólnym w Eksplodującego Durnia, a na
przerwach w gargulki. Dodatkowo, Potter miał kilka razy w tygodniu treningi quidditcha,
a gdy akurat nie grał w coś z Blackiem, to planował nowe strategie meczowe.
Nikt nie wiedział kiedy i gdzie piszą wypracowania, ale radzili sobie całkiem
nieźle, co doprowadzało do szału prefekt naczelną.
- Wzięlibyście się w końcu za naukę! – wrzasnęła pewnego piątkowego,
październikowego popołudnia.
Black i Potter
spojrzeli na nią niewzruszeni i wrócili do rozgrywki tego, w co akurat grali.
- Ile można. Wszyscy się uczą tylko wy macie to w nosie! Przydałaby
się Vicky, ale nie! Jeden z was musi być kretynem i skutecznie utrzymywać ją z
daleka od nas! – powoli traciła panowanie nad sobą. – Idę jej poszukać.
Po tych słowach
wyszła z Pokoju Wspólnego, a Black szybko wybiegł za nią. Nic nie powiedziała,
tylko spojrzała na niego ze złością. Szli tak dość długo, aż w końcu na piątym
piętrze dostrzegli kogoś spacerującego po korytarzu.
- Hej! – krzyknęła Lily, zaskakując tym nieco Syriusza.
Regulus odwrócił
się w ich stronę i uniósł pytająco brwi.
- Wiesz może gdzie jest Vicky? – zapytała Gryfonka, a Ślizgon skrzywił
się nieznacznie.
- A skąd ja niby mam wiedzieć, gdzie jest Howells? To podobno wy
jesteście jej… przyjaciółmi. – spojrzał pogardliwie na starszego brata, który
zacisnął dłonie w pięści.
- Ostatnio często się widujecie… - Lily urwała, bo chłopak prychnął.
- Ostatnio w ogóle się nie widujemy. Nie widziałem jej od tygodni. A
teraz wybaczcie, ale mam ciekawsze rzeczy do roboty niż rozmowa z… - tu
zmierzył ich od stóp do głów. – Gryfonami.
Odwrócił się i
odszedł zostawiając Lily i Syriusza samych. Spojrzeli po sobie, a wtedy ktoś
koło nich odchrząknął. Vicky stała z tak wysokim naręczem książek, że prawie
nic nie widziała.
- Możecie się odsunąć? – mruknęła. – Idę do biblioteki, a wy stoicie
na środku przejścia.
- Co ty tam niesiesz? – zaśmiała się Evans, biorąc od niej część
tomów.
Black chciał zrobić to samo, ale szatynka mu nie
pozwoliła.
- Czytałam parę rzeczy na mój projekt z opieki nad magicznymi
stworzeniami. Mam zadany strasznie trudny esej. – Krukonka zachowywała się
jakby chłopaka w ogóle koło nich nie było.
- Daj te książki, pomogę ci je nieść. – Syriusz rozpaczliwie próbował
zwrócić na siebie jej uwagę.
- Przejdziesz się ze mną, Lily? – Vicky nadal go ignorowała.
- Chętnie. Wiesz… - Evans obejrzała się przez ramię i gdy zobaczyła,
że Gryfon zniknął odetchnęła z ulgą. – Brakuje nam ciebie. Może byś się
pogodziła z nim?
Howells zamrugała
szybko oczami.
- Nie jesteśmy pokłóceni, tylko on zachowuje się jak matoł.
- Okej, Vicky, potrzebuję cię. – jęknęła Lily, a na co Krukonka
parsknęła śmiechem. – Nie daję rady z transmutacją, a prędzej Peter zostanie
Ministrem Magii, niż poproszę Pottera o pomoc.
- Okej, okej. Jutro możemy przyjść tutaj po śniadaniu. Weź dziewczyny
i Remusa. – oczy dziewczyny dziwnie się zaświeciły, gdy doszły do wejścia do
biblioteki.
Pod drzwiami stał
oparty o ścianę Regulus i uśmiechał się zawadiacko.
- Proszę, proszę… Największa kujonka w tej szkole przyszła do swojego
królestwa. – zakpił, a Lily aż sapnęła zaskoczona.
- Co, łazisz tutaj cały czas w nadziei, że mnie spotkasz? – zapytała
Howells mrużąc oczy, ale widać było jak wesoło błyszczą.
- Nie. Ale skoro już tu jestem, daj te książki, to je odniosę, żebyś
sobie nie zrobiła krzywdy. – i nie czekając na reakcję zabrał od niej wszystkie
ciężkie tomy, otworzył i przytrzymał jej drzwi.
- Eeee… to ja już sobie pójdę. – wyjąkała cicho Evans, oddała książki
Vicky i odeszła, nie do końca wiedząc, czego była właśnie świadkiem.
Wróciła do Pokoju
Wspólnego, gdzie wszyscy na nią czekali.
- I co? – zapytała Phoebe.
Black musiał im już powiedzieć, że ją znaleźli.
- Jutro po śniadaniu w bibliotece się wszyscy możemy spotkać i razem
uczyć. – odetchnęli z ulgą. – Ale nie do końca rozumiem co się wydarzyło
później.
Spojrzeli na nią
z zaciekawieniem, a Syriusz wiedział już, że mu się to nie spodoba.
- Pod biblioteką spotkałyśmy Blacka. Regulusa. – popatrzyła szybko na
Łapę. – Wyglądał jakby czekał na nią i chociaż starał się tego nie okazywać
bardzo się ucieszył na jej widok. Ona na jego chyba też.
- Przecież na siebie lecą. – Ruby spojrzała na nich jak na idiotów, bo
zrobili zdziwione miny – Od razu widać. - i wróciła do pisania wypracowania do
Meadowes.
Następnego dnia tuż po śniadaniu ósemka przyjaciół
rozsiadła się przy jednym ze stołów w bibliotece. Od jakichś czterech godzin
Syriusz ignorował wściekłe spojrzenia Vicky, bo cieszył się, że przynajmniej
może kontrolować, że nie ma przy niej jego brata. Nie mógł się jednak skupić na
pisaniu wypracowania, bo co chwilę zerkał na nią, a jej włosy były jakoś
ładniej ułożone niż zawsze, oczy bardziej hipnotyzujące, a usta pełniejsze.
- Słyszeliście, że ci cali śmierciożercy znów zaatakowali? – odezwał
się nagle Remus, a wszyscy spojrzeli na niego ze strachem. – Nie było jeszcze
informacji chyba w Proroku, ale rodzice mi wysłali sowę.
- Czy Ministerstwo nic z tym nie robi? – warknął James, odkładając
pióro.
- Chyba próbują, ale nawet tam są zwolennicy Lorda Voldemorta. – Black
wzruszył ramionami. – Prawie cała moja rodzina go popiera, więc nie zdziwiłbym
się, gdyby próbowali bagatelizować niektóre rzeczy.
- Ale to okropne! – Lily patrzyła na nich jak spłoszona łania. –
Przecież oni mordują mugoli!
- Dla nich mugole są warci tyle co nic.
- A co z czarodziejami urodzonymi w mugolskich rodzinach? - Ruby włączyła
się do rozmowy. – Albo gdy są półkrwi?
- Jeśli chodzi o mugolaków, to chyba dla nich żadna różnica czy oni,
czy mugole. Ale co do półkrwi to nie wiem. – Potter się zamyślił.
- Jak się z tym czujesz, Black, że twoi rodzice popierają takiego
zwyrodnialca? – Vicky spojrzała na niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- No cóż. Nie powiem, że mnie to zachwyca i że ich uwielbiam, ale ja
przynajmniej mam rodziców.
Przy stoliku
zapadła głucha cisza. Phoebe zakryła usta dłonią, Ruby i Lily chwyciły Howells
za ręce, a Huncwoci patrzyli na przyjaciela jakby widzieli go pierwszy raz na
oczy. Krukonka miała twarz zupełnie wypraną z emocji i dopiero po chwili do
Syriusza dotarło, że przesadził.
- Vicky, ja… - wyjąkał i urwał, bo podniosła się z krzesła.
- Jesteś dla mnie wart dokładnie tyle, ile ten cały lord. – głos nawet
jej nie zadrżał, co zdziwiło wszystkich, łącznie z nią samą.
Zgarnęła swoje
książki do torby, schowała wypracowanie i pióro, po czym zasunęła krzesło i
odeszła od stołu.
- Merlinie słodki, Syriusz, coś ty powiedział? – wyszeptała Lily
patrząc na wychodzącą przyjaciółkę.
- Jak matkę kocham, jeśli zaraz za nią nie pobiegniesz i jej nie
przeprosisz na kolanach… - Remus zamknął oczy i zaczął głęboko oddychać, bo nie
mógł opanować drżenia całego ciała.
- To ja mu pomogę. – James wskazał na Lupina.
Black szybko się
zerwał i zostawiając swoje rzeczy, wybiegł z biblioteki. Rozejrzał się po
korytarzu i zobaczył ją idącą w stronę łazienki. Podbiegł do niej i chwycił za
rękę, którą od razu wyrwała jak oparzona.
- Nie dotykaj mnie. – wychrypiała, a jak się odwróciła to całą twarz
miała zapłakaną i opuchniętą.
- Vicky, proszę… Nie, przepraszam! – padł przed nią na kolana, a ona
odsunęła się z obrzydzeniem. – Nie wiem co mi odwaliło, naprawdę. To było…
- Świńskie? Chamskie? Ciosem poniżej pasa? – straciła panowanie nad
emocjami i zaczęła krzyczeć.
- Tak, wszystko to co mówisz…
- Nie przerywaj mi, padalcu! Ufałam ci. Myślałam, że mogę na ciebie
liczyć, a co robisz od końca wakacji?! Nie wiem co się z tobą dzieje, ale wiem,
że nie chcę już mieć z tobą do czynienia. Nigdy. Więcej. – wybuchła płaczem i
odwróciła się, by odejść, ale znów chwycił ją za rękę na tyle mocno, że nie
mogła jej zabrać.
- Nie dam ci teraz odejść. – rozpacz w jego głosie sprawiła, że
rozpłakała się jeszcze bardziej.
- Puść mnie, Syriuszu. – próbowała pomóc sobie drugą ręką, ale nie
zwolnił uścisku.
- Proszę cię, zrobię wszystko, żebyś mi wybaczyła. Za dzisiaj i za
wszystko wcześniej. – czuł, że jeszcze chwila, a sam się rozpłacze.
Nie, Syriusz Black nie płacze. Ale ona…
- Zostaw mnie… - łkała cicho, w ogóle nie słysząc jego słów.
- Zostaw ją. – głośny, stanowczy głos rozległ się za plecami Syriusza.
Oboje spojrzeli w
tamtą stronę i ujrzeli ciskającego gromy z oczu Regulusa. Patrzył na brata z
pogardą i ciężko mu było ustać spokojnie, by czegoś mu nie zrobić.
- Powiedziałem, zostaw ją. Jeśli zaraz tego nie zrobisz, to nie ręczę
za siebie. – był tak opanowany i władczy, że Syriusz od razu go posłuchał.
Vicky stała bez
ruchu jeszcze chwilę, szlochając, ale gdy tylko uświadomiła sobie, że nic jej
już nie trzyma, pobiegła prosto do Regulusa i wpadła mu w ramiona. Przytuliła
się do niego ufnie i rozpłakała jeszcze bardziej. Ten objął ją delikatnie i
pogłaskał po głowie. Patrząc bratu w oczy pocałował ją w czoło i dopiero wtedy
odezwał się do niego ponownie.
- Nie zbliżaj się do niej. – po tych słowach odwrócił się z nią i
odeszli, zostawiając wstrząśniętego Syriusza, cały czas klęczącego na podłodze.
Regulus wszedł z
Vicky do jednej z pustych klas i siedząc pod ścianą, czekał, aż się uspokoi.
Całą koszulę miał już mokrą od łez i chyba jeszcze nigdy nie czuł takiej
nienawiści do swojego starszego brata jak w tamtym momencie. Nawet gdy uciekł z
domu i zostawił go samego na Grimmauld Place 12.
- Ciiiii… Spokojnie. Jestem przy tobie. – szeptał, głaszcząc ją po
włosach i ku jego przerażeniu rozpłakała się jeszcze bardziej, więc przestał w
ogóle mówić.
Po kilkunastu
minutach w końcu chyba skończyły jej się łzy i tylko cicho pochlipywała, a pięć
minut później dostała czkawki.
- Ojej. – czknęła i schowała twarz w jego szyi, na co parsknął
śmiechem.
- Co ja z tobą mam, Howells. – poczuł, że się delikatnie uśmiechnęła i
odetchnął z ulgą, że znowu się nie rozpłakała.
- Dziękuję i przepraszam, że musiałeś to oglądać. – wyglądała na
naprawdę zażenowaną, gdy ocierała twarz skrawkiem rękawa.
- Byłem w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. – pogratulował
sobie w duchu pomysłu, by przejść się w okolice biblioteki. – A teraz opowiesz
mi co mój bezmózgi brat ci zrobił?
Spojrzał na nią i
od razu przeklął się w duchu, bo jej usta znowu ułożyły się w rozpaczliwy
dziubek.
Gdy pół godziny
później już się uspokoiła i opowiedziała mu całą sytuację, Regulus maszerował
szybko w tę i z powrotem przed nią. Mamrotał coś pod nosem i zachowywał się
jakby jej wcale nie było. Czuł się, jakby miał za chwilę eksplodować. Miał
ochotę pobiec od razu do brata i jak zwykły mugol przyłożyć mu tak mocno, że ich
rodzona matka by go nie poznała. A później jeszcze jakąś przyjemną klątwą by go
potraktował…
- Reg… - na jej szept drgnął lekko i spojrzał na nią.
- Chcesz, żebym go zabił? – uklęknął przed nią, a ona roześmiała się
zestresowana.
- To jest twój brat.
- Ale skrzywdził cię. – znów w nim zawrzało.
- Sprowokowałam go. Niepotrzebnie się odezwałam. – westchnęła cicho,
patrząc na swoje kolana, a on szybko chwycił jej twarz w dłonie i zmusił by
spojrzała mu w oczy.
- To nie jest ważne. Nie miał prawa mówić czegoś takiego.
Uśmiechnęła się
do niego smutno i chwyciła mocno za dłonie, po czym ściągnęła je ze swoich
policzków. Wstali cały czas trzymając się za ręce. Znów się do niego
przytuliła.
- Dziękuję, Reg. – wyszeptała mu do klatki piersiowej.
- Odprowadzić cię do twojej Wieży? – zamknął oczy, zastanawiając się,
czym pachną jej włosy.
- Nie… - spojrzała na niego i westchnęła. – Nie obraź się na mnie,
wiem, że jesteś inny niż Syriusz, ale aktualnie nie chcę mieć chociaż przez
chwilę żadnego Blacka obok siebie.
Ścisnęła lekko
jego rękę, podniosła torbę i wyszła z klasy. Opadł na krzesło i jeszcze przez
chwilę wpatrywał się w drzwi, za którymi zniknęła.
Syriusz stał w
łazience dla dziewczyn na pierwszym piętrze i ściskał dłońmi z całej siły
umywalkę. Włosy i kołnierzyk koszuli miał mokre, a oczy zamknięte. Oddychał
głęboko i zastanawiał się jaki będzie najlepszy sposób, żeby umrzeć.
- Najlepiej, żeby mocno bolało. – warknął sam do siebie i zacisnął
powieki jeszcze mocniej.
Usłyszał głośny
pisk i podniósł głowę. Po jego lewej stronie unosił się duch dziewczyny w
okularach, patrzący na niego zalotnie.
- Cześć, Syriuszu. – pomachała do niego i zachichotała.
- Witaj, Marto. – mruknął i znów zamknął oczy.
Poczuł jak leci
za jego plecami i tym razem usłyszał jej głos z prawej strony.
- Tak właśnie wydawało mi się, że ktoś przyszedł. A później usłyszałam
twój głos. – ponownie zachichotała.
- Tak, przyszedłem tu, bo chciałem być sam. Tutaj nikt nie przychodzi.
Marta ułożyła
usta w dziubek i skrzyżowała ramiona.
- Oczywiście, bo brzydka, Jęcząca Marta jest NIKIM! – wrzasnęła
piskliwie.
- Marto, naprawdę, nie mam ochoty rozmawiać. – spojrzał na nią i nawet
ona dostrzegła ból w jego oczach.
Od razu złagodniała.
- Dawno nie odwiedzaliście mnie z Jamesem. Już nie jesteście
niegrzecznymi chłopcami? – niezdarnie spróbowała zmienić temat.
Odkręcił kurek i
ponownie włożył głowę pod bieżącą wodę. Stał tak przez chwilę, a jak się
podniósł, Merlin go nie wysłuchał i Marta cały czas tam była. Nigdy nie miał
takiej nadziei, że się obrazi i odleci popłakać w kolanku toalety.
- Co ci jest, Syriuszu? – spróbowała dotknąć jego ramienia, przez co
przeszył go lodowaty dreszcz.
- Nie zrozumiesz i tak. – machnął ręką.
Zapowietrzyła się
i przez chwile nie była w stanie wydać z siebie żadnego dźwięku. Chłopak nawet
nie próbował się domyślić o co chodzi, bo i tak by nie odgadł.
- Nie zrozumiem, bo już nie żyję i nie wiem co przeżywasz?! – pisnęła
w końcu.
- Tak, dokładnie dlatego! Więc idź już do swojej ulubionej kabiny i
daj mi wreszcie spokój! – krzyknął odwracając się w jej stronę, a ona piszcząc
odleciała.
Spojrzał w swoje
odbicie i westchnął. Ile osób jeszcze dzisiaj obrazi? Nagle o czymś sobie
przypomniał. Przecież ona…
Biegł tak szybko
jak tylko potrafił i w końcu zatrzymał się przed drzwiami na jednym z korytarzy
na czwartym piętrze, próbując złapać oddech. Wahał się tylko przez chwilę, ale
ostatecznie podniósł rękę i zapukał. Odczekał minutę i zapukał ponownie, a
wtedy usłyszał jakiś ruch.
Chwilę później w
drzwiach stanęła Dorcas Meadowes. Zmierzyła go od stóp do głów i westchnęła
widząc jego stan.
- Vicky?
Kiwnął głową.
Ponownie westchnęła i odsunęła się lekko w przejściu.
- Wchodź.

