poniedziałek, 30 lipca 2018

Rozdział 17

Tylko nie to. Jak nie Puchoni, to Blackowie.

               James i Lily siedzieli na kanapie w Pokoju Wspólnym, czytając książki. Lily przygotowywała się do pisania wypracowania z transmutacji, a James szukał inspiracji na nowe strategie w księdze o quidditchu. Nie mógł się jednak skupić i zerkał co chwilę na rudowłosą. Gdy coś ją w całości pochłaniało, to śmiesznie marszczyła nos i nie potrafił oderwać od niej wzroku. Poczuł ogromną ochotę by ją przytulić, ale bał się jej reakcji.
               Czytał chwilę w spokoju, gdy nagle wpadła mu do głowy myśl. A co jeśli ona chce, żeby ją przytulił? Od początku roku ich relacja się zdecydowanie polepszyła, czasem nawet pozwalała mu chwycić się za rękę, gdy nikogo nie było w pobliżu. Spotykali się coraz częściej sami i przestała agresywnie reagować na każde jego słowo.
               Raz hipogryfowi śmierć, pomyślał. Wziął głęboki oddech i bardzo niepewnie, delikatnie ją objął. Poczuł, że się lekko spięła i już przygotowywał się na przyjęcie ciosu w żebra, gdy rozluźniła się i wtuliła w jego pierś. Prawie sapnął z zaskoczenia.
- No nareszcie, Potter. – mruknęła cicho, a jego twarz natychmiast rozjaśnił szeroki uśmiech.
               Poczochrał lewą ręką włosy, objął ją mocniej i wrócił do lektury, opierając policzek o czubek jej głowy.


               Regulus cały się zatracił w tym pocałunku. Miał wrażenie, że świat zniknął i istnieje tylko ona. Wtedy jednak poczuł okropny ból w wardze i metaliczny smak krwi.
- Rozum Ci odjęło?! – wrzasnął, gdy Vicky z całej siły odepchnęła go od siebie.
- To chyba tobie coś się pomyliło! – krzyknęła.
Modliła się w duchu, żeby nikt tego nie widział.
- Pocałowałem cię, a ty mnie gryziesz, idiotko! – dotknął rany i syknął. – Jesteś psychiczna.
- To na cholerę mnie całujesz! Masz swoją Cindy, więc leć do niej!
               Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale wtedy on krzyknął jak jakiś dziki zwierz i chwycił ją za oba ramiona. Mimowolnie spojrzała na jego usta, które były całe we krwi. Poczuła podziw do samej siebie, że aż tak go potrafiła urządzić.
- Nie przyszło ci do głowy, że nie chcę żadnej Cindy? Że może… - urwał i zaczął błądzić oczami po całej jej twarzy.
- Że może co? – warknęła, czując, że serce bije jej jak oszalałe.
- Że może… - nie potrafił powiedzieć nic więcej, tylko mocniej zacisnął dłonie na jej ramionach.
               Stali tak przez kilka minut i żadne z nich nic nie mówiło. Vicky wpatrywała się w jego krwawiącą wargę, a on miał zamknięte oczy. W końcu odetchnął i spojrzał na nią.
- Że może… to ciebie chcę, Howells.
               Zamrugała szybko oczami. Nie, nie, nie. Tylko nie to. Jak nie Puchoni, to Blackowie. Dlaczego nie może znaleźć sobie jakiegoś miłego, ułożonego Krukona, tylko musiała stracić głowę dla tego nadętego, wkurzającego… Nie. Nie straciła dla nikogo głowy. Nic do niego nie czuje.
- Nie mów tak nawet. – powiedziała cicho.
               Puścił ją.
- Będę. – poczuł nagle, że w końcu w swoim życiu robi coś, czego naprawdę chce. – Chcę ciebie, Howells. I będę ci to powtarzał tak długo, aż w końcu sama się przed sobą przyznasz, że ty też mnie chcesz.
- Ale ja nie chcę być z tobą. – patrzyła na swoje buty, nie potrafiąc podnieść głowy.
               Chwycił jej twarz w dłonie i zmusił, by spojrzała mu w oczy.
- Ale ja chcę być z tobą. – powiedział z taką mocą, że serce znów jej przyspieszyło. – I nie odpuszczę.
- W takim razie przygotuj się na rozczarowanie. – odchrząknęła i odsunęła się od niego. – A teraz wybacz, ale idę do mojego jaja.
               Zaśmiał się i patrzył przez chwilę na jej plecy, gdy coraz bardziej się oddalała.
- Howells! – odwróciła się, z lekkim uśmiechem na ustach. – Pójdziesz ze mną na bal, wariatko?
                Odpowiedziała mu środkowym palcem i znów szła tyłem do niego. Uśmiechnął się sam do siebie i ruszył wesoło w stronę szkoły.

               Phoebe, Ruby i Lily patrzyły z wytrzeszczonymi oczami na wykręcającą sobie ręce Vicky. Siedziały w bibliotece i powiedziała im przed chwilą o sytuacji z Regulusem na błoniach. Żadna z Gryfonek nie wiedziała co powiedzieć. Howells czekała i czekała, aż w końcu zaczynała się powoli niecierpliwić. Normalnie to buzie im się nie zamykają, a teraz nagle siedzą cicho. W końcu trójka dziewczyn wymieniła spojrzenia, kiwnęły głowami i spojrzały na Krukonkę.
- Ale ty jesteś głupia. – stwierdziła Phoebe.
- Słucham? – Vicky patrzyła na nią jak na idiotkę.
- Regulus jest naprawdę gorący. – Ruby zachichotała, a ona otworzyła buzię ze zdziwienia.
- Dziewczyny mają rację, skoro i tak ci się podoba…
- Nie podoba mi się!
- … to idź z nim na bal i bądźcie parą! – Lily dokończyła ze wzruszeniem ramion, nie zwracając uwagę na jej protesty.
- Kiedy ja nie chcę z nim być. Do tego Syriusz…
- Vicky, Kochanie. – Ruby położyła dłonie na jej ramionach. – Syriusz ma dziewczynę, do tego nie jest między wami już tak jak było. Jesteście przyjaciółmi, pokręconymi, ale jednak przyjaciółmi. Nawet jeśli w wakacje coś było inaczej, to już dawno nie jest, a ty sama nic do niego nie czujesz.
- Ale najwyraźniej czujesz do Regulusa. – poparła ją Evans. – Jak to się wszystko w ogóle zaczęło.
               Krukonka westchnęła i opowiedziała przyjaciółkom całą historię od samego początku, od ich pierwszego zderzenia.

               Gdy skończyła, trzy pary oczu wpatrywały się w nią z jeszcze większym szokiem niż na początku.
- Jesteś w nim całkowicie i nieodwracalnie zakochana.
- Pheebs. – Vicky zaśmiała się histerycznie. – Ty chyba nie wiesz co mówisz.
- Wiem doskonale i mówię ci, że będziecie razem. Nawet jeśli teraz jesteś na tyle głupia i uparta, żeby tego nie widzieć.
- A ja myślę, że ona też już to wie. – odezwała się Ruby. – Tylko jest zbyt dumna, żeby się do tego przyznać.
               Zapanowała cisza, a Gryfonki miały nadzieję, że do przyjaciółki dotrze w końcu to, co dla nich było tak bardzo oczywiste.
- Ale on jest ze Slytherinu… - jęknęła po kilku minutach Vicky.
- Trzymajcie mnie, bo nie wyrobię. To o to chodzi, kretynko?! – Ruby wyrzuciła ręce do góry, a Lily uderzyła się otwartą dłonią w czoło.
- Jesteś jeszcze głupsza niż myślałyśmy, Howells.  – Phoebe pokręciła z niedowierzaniem głową.


               Kilka dni później Pandora Ifans leżała na swoim łóżku w dormitorium, gdy nagle drzwi się gwałtownie otworzyły.
- O, witaj, Vicky. – pomachała do niej wesoło. – Dziewczyny postanowiły dzisiaj spać w Pokoju Wspólnym. Robią jakiś eksperyment. Nie zrozumiałam za bardzo o co chodzi.
- Dora, potrafisz uleczyć coś takiego? – zapytała Howells i podstawiła jej pod twarz ręce całe w pęcherzach.
- Coś ty zrobiła?! – krzyknęła Ifans i przerażona chwyciła dłonie koleżanki.
- To nic takiego, moje jajo mnie poparzyło. Prawie nie boli. – Vicky łzy stanęły w oczach i musiała zacisnąć zęby, żeby się nie rozpłakać.
- Jesteś szurnięta. Nie umiem ci pomóc, idź do Skrzydła Szpitalnego.

               Wyszła z Pokoju Wspólnego, a całe ręce jej się trzęsły. Bolało coraz bardziej, ale nie dlatego była zdenerwowana. Wyczytała w swojej najnowszej książce, że jajo smoka hebrydzkiego trzeba co kilka dni schładzać, żeby smoczątko było w odpowiednim stopniu odporne. Dowiedziała o tym tego dnia, a przecież prawie trzy miesiące jajo było cały czas w kociołku. Nie wyciągali go z Syriuszem.
               Idąc tak, ledwo widząc przez łzy, wpadła na coś. Zamknęła oczy modląc się, żeby to nie było to, co myśli.
- Howells? – usłyszała dokładnie ten głos.
Jęknęła.
- Muszę iść. – próbowała się wyrwać, ale uświadomiła sobie, że nie może walczyć, bo poparzone dłonie jej na to nie pozwalają.
- Co ci się stało? – Regulus przerażony chwycił delikatnie jej dłonie w swoje.
- Jajo mnie poparzyło. Naprawdę muszę iść do Skrzydła. – puścił je, ale objął ją za to ramieniem.
- Idę z tobą. Po co dotykałaś tego jaja? – zapytał.
               Opowiedziała mu wszystko co wyczytała.
- Nie mogłaś użyć Wingardium Leviosa?
- Nie. – ponownie jęknęła. – Czarny hebrydzki to jedyny smok, którego jaja są odporne na to zaklęcie. Musiałam je chwycić w ręce.
- A rękawice ze smoczej skóry?
- Nie miałam przy sobie. – spuściła wzrok.
- Howells, Howells, ty wariatko. Co ja z tobą mam. – zaśmiał się cicho i mocniej przytulił ją do siebie.
               Pani Pomfrey lamentowała nad jej głupotą i ostrzegła, że opatrunki będzie musiała nosić przez tydzień, codziennie przychodząc je zmienić, bo obrażenia zadane przez smoki i ich jaja nie są tak proste do wyleczenia. Wysmarowała jej dłonie jakąś maścią i owinęła w bandaże. Wyszli w ciszy ze Skrzydła Szpitalnego i nie porozumiewając się ze sobą, ruszyli w stronę Pokoju Wspólnego Ravenclaw. Vicky walczyła cały czas ze sobą, ale w końcu stwierdziła, że chyba może być czasem dla niego trochę milsza. Delikatnie wsunęła swoją obandażowaną dłoń w jego. Spojrzał na nią zaskoczony, ale cały się rozpromienił i poczuł wszechogarniające go ciepło.
               Szli tak chwilę nie odzywając się do siebie, aż w końcu Regulus zerknął z ukosa na Vicky, z kpiącym uśmieszkiem na ustach.
- A przywołać tych rękawic Accio nie mogłaś? – zaśmiał się, unikając jej nadchodzącej pięści.



               Następnego dnia, gdy Vicky dopiero się budziła, siódemka Gryfonów już siedziała w Wielkiej Sali. Słuchali opowieści Jamesa o problemach z Jęczącą Martą i Irytkiem podczas ostatniego patrolu, gdy nagle dosiadła się do nich Jasmine. Jak gdyby nigdy nic chwyciła kromkę chleba i zaczęła smarować ją dżemem. Syriusz patrzył na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Co ty tutaj robisz? – zapytał, a siostry Marshall rzuciły mu zniesmaczone spojrzenia.
- Przyszłam zjeść z tobą śniadanie. Ostatnio ciężko cię gdziekolwiek złapać. – odpowiedziała Patil i wzruszyła ramionami.
- Tak… hmmm… mam sporo zajęć. – wymamrotał i szybko wpakował sobie kilogram jajecznicy do ust, żeby nie musieć nic więcej mówić.
- Okej. W każdym razie na sam koniec okazało się, że Irytek rzucił w Martę kredą i przez to wpadła w taki szał, że zalała całe piętro. – James zrobił minę, jakby to była najdziwniejsza rzecz pod słońcem.
- Marta taka jest, często ma tego typu odchyły. – Remus pokiwał sam sobie na potwierdzenie głową.
- W zeszłym roku to co tydzień coś jej odbijało. – wtrąciła się Lily i zwróciła do Lupina. – Pamiętasz jak raz próbowaliśmy ją przez dwie godziny uspokoić?
- Taaak, dopiero jak McGonagall przyszła i na nią fuknęła, to zanurkowała do toalety. Szkoda, że się nie utopiła. – westchnął, a Evans zachichotała.
               Nagle miejsce między Phoebe i Peterem zajęła Vicky. Jasmine się cała rozjaśniła na jej widok.
- Cześć! Pamiętasz, że dzisiaj miałyśmy się spotkać wieczorem w bibliotece i napisać ten esej na numerologię?
- Tak, tak, pamiętam. – Howells pokiwała głową i sięgnęła po miskę z owsianką.
- Chwila, czemu wy razem… - Syriuszowi przerwał wrzask Phoebe.
- CO TY ZROBIŁAŚ?!
               Wszyscy podskoczyli, a Krukonka wypuściła naczynie z rąk. Marshall chwyciła jej dłonie i przerażona się w nie wpatrzyła.
- To nic takiego. Poparzyłam się trochę. – Vicky próbowała delikatnie zabrać ręce, ale nie dało się.
- Trochę?! TROCHĘ?! – Ruby zerkała przez ramię siostry.
- To było w imię wyższego dobra. Mój smoczek…
- Co z jajem? – zainteresował się od razu Black.
- Trzeba je schładzać co kilka dni. A zaklęcia, nawet lewitujące, na nie nie działają, więc musiałam wyciągnąć je z kociołka ręką. No i tak się poparzyłam. – wymamrotała Howells, a Phoebe w końcu ją puściła.
- Jesteś szurnięta. – stwierdził James, a wszyscy pokiwali głowami.
               Nagle Lily zaczęła się krztusić i kaszleć. Wypluła połowę jedzenia, ale gdy w końcu złapała oddech uśmiechnęła się złośliwie do Vicky.
- Ktoś chyba do ciebie przyszedł. – uśmiech miała tak huncwocki, że Krukonka od razu pomyślała, że częste spotkania z Potterem jej nie służą.
               Cała się jednak spięła, bo tylko jedna osoba mogła wywołać taką reakcję u Lily. Tym bardziej, że bliźniaczki już się odwróciły i prezentowały swoje idealne, białe zęby. Również spojrzała za siebie i oczywiście przed nią stał Regulus, z rękami w kieszeniach i niezawiązanym krawatem.
- Cześć. – powiedziała tylko i modliła się, żeby bracia nie zaczęli skakać sobie do gardeł.
- Cześć, ofiaro losu. Mam coś dla ciebie. – położył na stół przed nią podłużną paczuszkę, którą od razu otworzyła. – To samopiszące pióro. Musisz oszczędzać dłonie. Bolą cię bardzo? – chwycił je delikatnie w swoje, a Vicky spłonęła rumieńcem, bo kątem oka zauważyła, jak bliźniaczki i Lily wymieniają spojrzenia.
- Nie jest źle. Wygląda gorzej. – wymamrotała.
- Pamiętaj, żeby iść zmienić opatrunek do Pomfrey. – spojrzał na nią surowo, a dziewczyny były coraz bardziej uradowane.
               W końcu Syriusz nie wytrzymał całej tej sytuacji.
- Vicky nie jest głupia. Nie musisz jej przypominać takich rzeczy. A tak w ogóle, braciszku, to nie pomyliłeś czasem stołów? Z tego co wiem, to nadal jesteś Ślizgonem.
               Regulus rzucił mu pogardliwe spojrzenie.
- Tak, jestem Ślizgonem, ale nie zmienia to faktu, że troszczę się o swoją dziewczynę. Dla niej mógłbym jadać nawet codziennie z Gryfonami. – uśmiechnął się szeroko na widok miny brata. – Lecę, Howells. Muszę coś zjeść w końcu. – poczochrał jej lekko włosy i odszedł zostawiając ją w szoku.
               Phoebe, Ruby, Lily i Jasmine zaczęły w tym momencie niekontrolowanie chichotać, dzięki czemu Vicky w końcu otrząsnęła się z szoku.
- Nie jestem twoją dziewczyną, Black! – wrzasnęła za nim, a on tylko się zaśmiał. Posłała przyjaciółkom wściekłe spojrzenie. - To wszystko przez was!
- My nic nie zrobiłyśmy! – Lily uniosła ręce w obronnym geście i wybuchła śmiechem.
- Co cię tak śmieszy, Evans? – zapytał Syriusz przez zaciśnięte zęby. – Cieszysz się, że twoja przyjaciółka brata się z taką szują?
- Uważaj na słowa, Black. – Vicky wycelowała w niego łyżką. – Może i siedzę z tobą przy jednym stole, ale zaraz mogę wrócić do Krukonów i znów nie będziemy ze sobą rozmawiać.
               Chłopak od razu umilkł, ale w środku cały się gotował. Mimo, że Howells wyraźnie powiedziała, że nie są parą, zaczął się poważnie obawiać, że cała ta znajomość idzie w bardzo złym kierunku. Jak to możliwe, że jego mały brat zdobył to, czego on nie umiał. Spojrzał na Puchonkę, siedzącą obok niego i po raz kolejny stwierdził, że czas zająć się tym, co ma i przestać marzyć o tym, co aktualnie jest nieosiągalne. Objął Jasmine wywołując na jej twarzy radosny uśmiech. Zerknął na Vicky. Nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia.


Znów po długiej przerwie jest!
Niestety, musiałam odłożyć pisanie na jakiś czas na bok,
żeby nie mieć wyrzutów sumienia, że nie piszę pracy licencjackiej.
Na szczęście jestem już po obronie i mogę dalej działać z tą historią.

wtorek, 13 lutego 2018

Rozdział 16

Niech chłopak pomęczy się trochę w niepewności.

Tydzień później odbył się mecz Slytherin-Hufflepuff, jednak nie dostarczył zbyt wielu emocji. Ślizgoni zmiażdżyli Puchonów najpierw wbijając im kafla za kaflem, a po pół godzinie Regulus Black złapał znicza. Cały Hogwart wrócił do szkoły w niemrawych nastrojach, bo kolejny mecz miał odbyć się dopiero w marcu.

                Ruby od paru dni chodziła ciągle rozkojarzona, czym doprowadzała do szału nie tylko przyjaciół, ale i nauczycieli.
- MARSHALL! – ktoś wrzasnął jej do ucha, przez co sama krzyknęła wystraszona.
                Rozejrzała się dookoła i zobaczyła zdenerwowaną Phoebe.
- Ja rozumiem, że ten Puchon zawrócił ci w głowie…
- Ten Puchon ma na imię Miles. – warknęła.
- … ale to nie oznacza, że masz wszystkich dookoła ignorować!
                Ruby rozejrzała się dookoła. Siedziała przy stole Gryffindoru w Wielkiej Sali, a wszyscy przyjaciele patrzyli na nią z troską. Nawet Vicky z nimi była. Kiedy ona się tutaj znalazła?
- No, może trochę się ostatnio zamyślam. – zarumieniła się zerkając w stronę Hufflepuffu.
- Proszę cię! Lily i James za sobą szaleją… - nie zwróciła uwagi na oburzenie Evans. – … Vicky i Regulus też jakoś się normalnie zachowują… - zignorowała również mocne uderzenie w ramię. – … Nawet Syriusz nie obnosi się ze swoim związkiem z Jasmine. Tylko ty nie potrafisz sobie poradzić z randkowaniem. Wiesz chociaż jaka jest pora dnia?
                Druga z bliźniaczek intensywnie myślała, wiedząc, że jak tylko spojrzy na sklepienie, to da po sobie poznać, że nie ma zielonego pojęcia. A tak, miała 33,33% szans na trafienie.
- Obiad? – zaryzykowała.
- Nie! Jest cholerna kolacja! – Phoebe wyglądała jakby dostała jakiegoś ataku, uderzając mocno kielichem w stół.
- Ty chyba jesteś zazdrosna. – Black wycelował w nią parówką, którą akurat miał nabitą na widelec.
                Dziewczyna wciągnęła gwałtownie powietrze, nie mogąc się otrząsnąć po tej obeldze.
- Tak, to może być to. – James przyznał przyjacielowi rację i wrócił do jedzenia kremu dyniowego.
                Przez jakiś czas jedli w ciszy, jedynie Phoebe mamrotała coś niezrozumiałego pod nosem. Nagle profesor Dumbledore wstał, a na Wielkiej Sali zapanowała cisza. Uśmiechnął się dobrodusznie.
- Przeszkodzę wam na chwilę w jedzeniu, bo pewnie za chwilę część was uda się do swoich Pokojów Wspólnych, a muszę ogłosić pewną ważną informację. Wraz z nauczycielami postanowiliśmy ubarwić ten rok szkolny, gdyż ostatnio zrobiło się troszkę nudno. – spojrzał znacząco w stronę Huncwotów, którzy się lekko zawstydzili. – Właśnie dlatego zostanie wyprawiony Bal Noworoczny! – po Sali rozniósł się szept podniecenia. – Express Hogwart odjedzie ze stacji King’s Cross 31 grudnia o godzinie 9, żeby każdy, kto wraca na święta do rodziny, mógł spokojnie zdążyć się przygotować do zabawy. Możecie jeść dalej. – skończył i usiadł, wracając do rozmowy z profesorem Slughornem.
                Syriusz i James wymienili spojrzenia i kiwnęli głowami, a Lily od razu wyczuła w tym kłopoty.
- Evans… - Rogacz rozczochrał sobie włosy. – Pójdziesz ze mną na ten bal?
- Nie próżnujesz, co? – zaśmiała się serdecznie.
- Na co czekać. – wzruszył ramionami. – Taki kąsek ktoś by mi mógł sprzątnąć sprzed nosa.
- Zastanowię się nad twoją propozycją. – odpowiedziała ugodowo.
                Bardzo chciała z nim iść. Tak naprawdę planowała się zgodzić, ale nie może przecież tak od razu na wszystko mówić „tak”. Niech chłopak pomęczy się trochę w niepewności.

                Regulus obserwował grupkę Gryfonów, wychodzącą z Wielkiej Sali, myśląc nad oświadczeniem dyrektora. Bal. W domu rodzice wyprawiali bardzo dużo bali i bankietów, ale to miało być coś zupełnie innego. Tym razem mógł iść z kimkolwiek chce, mógł się faktycznie bawić. Matka nie będzie go przedstawiała nieskończonej ilości wpływowych ludzi czy co gorsza ich córkom, które w jej opinii były idealnymi kandydatkami na synową. Mimowolnie zastanawiał się czy Syriusz myśli o tym wszystkim to samo.
- Regi, idziemy razem? – Cindy odezwała się dotykając lekko jego policzka.
                Chwycił ją za nadgarstek i odtrącił jej dłoń od swojej twarzy. Nie lubił, gdy go dotykała.
- Gdzie? – zapytał, unosząc brwi.
- Na bal. – odpowiedziała ze śmiechem.
                Merlinie, jaka ta dziewczyna jest głupia. I dlaczego musiała się przyczepić akurat do niego.
- Nie. – stwierdził, że nie może owijać w bawełnę.
Był taktowny przez wiele lat i nadal go nękała.
- Nie? – zamrugała szybko oczami. – Ale dlaczego?
- Bo nie chcę z tobą tam iść. – wstał od stołu i odszedł w stronę wyjścia.

                Ósemka przyjaciół była już w Sali Wejściowej, gdy ktoś do nich podbiegł.
- Ruby! – dziewczyna odwróciła się na dźwięk swojego imienia i uśmiechnęła szeroko.
- Miles! O co chodzi? – zapytała nonszalancko próbując oprzeć się o balustradę, jednak spadła tylko z jednego stopnia schodów i upadłaby na sam dół, gdyby nie to, że James ją chwycił.
- Tak chciałem zapytać… czy nie poszłabyś ze mną… no wiesz… na ten bal? – masował się po karku widocznie zestresowany.
- Hmm… No sama nie wiem… - Ruby popatrzyła na przyjaciół, którzy posyłali jej pełne politowania spojrzenia. – No dobrze, wiem. Bardzo chętnie pójdę z tobą na bal. – pisnęła, powstrzymując się by nie klasnąć przy tym w dłonie.
- Super, cieszę się. – Puchon uśmiechnął się i odszedł, wyraźnie czując się niezręcznie sam w towarzystwie jej przyjaciół.
                Patrzyli chwilę za nim, a wtedy z Wielkiej Sali wyszedł Regulus. Vicky spojrzała na niego i on również na nią spojrzał. Przystanął i wyglądał, jakby chciał podejść, ale po chwili namysłu zrezygnował i odszedł szybkim krokiem w kierunku lochów. Phoebe zerknęła na Krukonkę, jednak ta nie dała po sobie nic poznać. Przecież nawet nie chciała iść z nim na ten głupi bal.

                Remus czytał książkę w dormitorium, wygodnie wyciągnięty na swoim łóżku. Reszta Huncwotów gdzieś wybyła i nareszcie miał chwilę spokoju. Oczywiście, nie trwało to zbyt długo, bo nie doszedł nawet do końca rozdziału, a James wpadł jak huragan do pokoju.
- Lunatyku! Obmyślamy plan kolejnego kawału!
                Lupin popatrzył na niego z uniesionymi brwiami, a w jego spojrzeniu było coś takiego, że Rogacz zatrzymał się z bardzo starym kawałkiem pergaminu w ręce.
- O co chodzi? – zapytał i rozczochrał swoje włosy.
- Co ty tutaj robisz? – Remus uniósł brwi jeszcze wyżej.
- Jak to co? Przyszedłem po mapę. – pomachał pergaminem.
                Lunatyk zerknął na zegarek.
- A pamiętasz, że od pół godziny masz patrol z Lily w lochach? – widząc przerażenie na twarzy przyjaciela, uśmiechnął się szeroko.
                Potter rzucił mu mapę, chwycił szatę i odznakę, a następnie pobiegł szybko ku wyjściu.
- Prefekt naczelny… - Remus pokręcił głową z politowaniem.

                Lily stała ze skrzyżowanymi rękami i tupała niecierpliwie nogą, żeby wyglądać groźniej, obserwując zbliżającego się szybko Jamesa. Dobiegł do niej, podniósł w geście powitania rękę i oparł dłonie na kolanach, dysząc ciężko. Dała mu chwilę na uspokojenie oddechu, po czym klepnęła go w ramię.
- Wiesz ile tu się Ślizgonów kręci?! – warknęła.
- Zapewne całkiem skoro, skoro mają w lochach swój Pokój Wspólny. – Potter spojrzał na nią, jak na idiotkę.
Zmrużyła oczy.
- Co ty nie powiesz mądralo. Wyobraź sobie, że wiem, bo Severus myślał, że czekam na niego!
                Twarz chłopaka stężała.
- Chciał coś od ciebie?
- Nie, odjęłam jemu i jego kolegom parę punktów za bezczelność. – była wyraźnie z siebie zadowolona.
                James zaśmiał się i chwycił ją za rękę, jednak ta szybką ją puściła.
- Jesteśmy w pracy, Potter. – uniosła zadziornie podbródek i ruszyła w głąb lochów.
                Uniósł z rozbawieniem oczy ku górze i poszedł za nią.


                Tygodnie mijały, a Vicky wiedziała już chyba wszystko o smokach czarnych hebrydzkich. Przeczytała każdą dostępną książkę w bibliotece, zakupiła wszystko co mogła w Hogsmeade, nawet profesor Basil udostępniła jej kilka pozycji z prywatnej kolekcji jej męża. Czekała tylko na dostawę najnowszej pozycji słynnego zaklinacza smoków, którą podobno w większości poświęcił tej rasie. Przywiązała się do jaja tak bardzo, że dzień bez odwiedzenia kociołka, w którym czekało na wyklucie, był dla niej dniem straconym.
                Wyszła właśnie na błonia, z zamiarem poczytania swojemu maleństwu, gdy drogę zastąpiła jej burza brązowych włosów. Zatrzymała się i spojrzała na przeszkodę, powstrzymując się, żeby nie jęknąć. A miał być taki piękny dzień.
- Cindy Wright. – westchnęła, a na twarz przywołała znudzoną minę.
                Ślizgonka była sama i podeszła do niej tak blisko, że prawie dotknęły się nosami.
- Wybacz, nie mam ochoty się z tobą całować. – zakpiła.
- Denerwujesz mnie, Kujonko. – warknęła Cindy.
                Vicky popatrzyła na nią jak na idiotkę i wyprostowała się. Dziewczyna patrzyła na nią z dołu z coraz bardziej niepewną miną.
- Ty też mnie denerwujesz jak kłapiesz ozorem w bibliotece. Ostatnio często tam przychodzisz. – zauważyła poirytowana Howells.
- Chodzę tam z Regim. Coś lubi spędzać tam czas od niedawna. Nie wiem dlaczego. – odchrząknęła, zdając sobie sprawę z kim rozmawia. – A ty lepiej trzymaj się od niego z daleka.
                Krukonka uniosła brwi pod samą czapkę i lekko cofnęła głowę.
- Nie widziałam Blacka od bardzo dawna. Nie licząc waszych wizyt w bibliotece. – zrobiło jej się gorąco.
                Stały tak chwilę, patrząc sobie w oczy, gdy ktoś dotknął ramienia Vicky. Zobaczyła zaskoczenie na twarzy Cindy, więc spojrzała na tego kogoś.
- Reg? – cała sytuacja była coraz dziwniejsza.
- Co jest, Słonko? Jakieś kłopoty? – uśmiechnął się szeroko, obejmując ją ramieniem.
                Ona sapnęła, a Ślizgonka zrobiła się cała czerwona.
- O co tutaj chodzi? – zapytała rozzłoszczona.
- Sama chciałabym to wiedzieć. – Howells uniosła ręce w obronnym geście, zrzucając z siebie ramię chłopaka. – Albo w sumie nie chciałabym. Wy sobie wszystko tutaj ładnie wyjaśnijcie, a ja idę.
                Odeszła parę kroków, usłyszała za sobą „No to cześć”, a następnie u jej boku zmaterializował się Regulus. Prychnęła i przyspieszyła kroku. Dogonił ją i chwycił za ramię zmuszając by się zatrzymała.
- Zajęta jestem. – wyszarpnęła rękę z jego uścisku i poszła dalej.
- Dokąd idziesz, Howells? – zapytał pojawiając się przed nią. Szedł tyłem, by móc na nią patrzeć.
- Do mojego dziecka. Które tak przy okazji mam z twoim bratem. – uśmiechnęła się złośliwie.
                Zatrzymał się tak nagle, że wpadła na niego i tradycyjnie by się przewróciła, gdyby jej nie złapał. Przybliżył swoją twarz do jej twarzy, a ona poczuła dziwny skurcz w żołądku.
- Nie mów tak nawet. – warknął.
- Kiedy to prawda. Mamy projekt z opieki nad magicznymi stworzeniami. – patrzył na nią z niezrozumieniem. Przewróciła oczami. – Hodujemy jajo smoka. A teraz mógłbyś mnie już puścić?
                Spełnił jej prośbę i szli dalej do chatki z kociołkami.
- Czego Cindy chciała od ciebie? – zapytał, patrząc na nią z ukosa.
- Uświadomić mi, że ją denerwuję i kazała trzymać się od ciebie z daleka. – prychnęła. – Jakbym miała z tobą cokolwiek do czynienia.
                Ponownie ją zatrzymał, a ona zaczynała być coraz bardziej poirytowana. W takim tempie nigdy nie dotrze do swojego jaja.
- Ale ty mnie denerwujesz, Howells.
- I wzaje… - nie dokończyła, bo w tym momencie Ślizgon chwycił ją za głowę, przyciągnął do siebie i pocałował mocno.