James i Lily
siedzieli na kanapie w Pokoju Wspólnym, czytając książki. Lily przygotowywała
się do pisania wypracowania z transmutacji, a James szukał inspiracji na nowe
strategie w księdze o quidditchu. Nie mógł się jednak skupić i zerkał co chwilę
na rudowłosą. Gdy coś ją w całości pochłaniało, to śmiesznie marszczyła nos i
nie potrafił oderwać od niej wzroku. Poczuł ogromną ochotę by ją przytulić, ale
bał się jej reakcji.
Czytał chwilę w
spokoju, gdy nagle wpadła mu do głowy myśl. A co jeśli ona chce, żeby ją
przytulił? Od początku roku ich relacja się zdecydowanie polepszyła, czasem
nawet pozwalała mu chwycić się za rękę, gdy nikogo nie było w pobliżu.
Spotykali się coraz częściej sami i przestała agresywnie reagować na każde jego
słowo.
Raz hipogryfowi
śmierć, pomyślał. Wziął głęboki oddech i bardzo niepewnie, delikatnie ją objął.
Poczuł, że się lekko spięła i już przygotowywał się na przyjęcie ciosu w żebra,
gdy rozluźniła się i wtuliła w jego pierś. Prawie sapnął z zaskoczenia.
- No nareszcie, Potter. – mruknęła cicho, a jego twarz natychmiast
rozjaśnił szeroki uśmiech.
Poczochrał lewą
ręką włosy, objął ją mocniej i wrócił do lektury, opierając policzek o czubek
jej głowy.
Regulus cały się
zatracił w tym pocałunku. Miał wrażenie, że świat zniknął i istnieje tylko ona.
Wtedy jednak poczuł okropny ból w wardze i metaliczny smak krwi.
- Rozum Ci odjęło?! – wrzasnął, gdy Vicky z całej siły odepchnęła go
od siebie.
- To chyba tobie coś się pomyliło! – krzyknęła.
Modliła się w duchu, żeby nikt tego nie widział.
- Pocałowałem cię, a ty mnie gryziesz, idiotko! – dotknął rany i
syknął. – Jesteś psychiczna.
- To na cholerę mnie całujesz! Masz swoją Cindy, więc leć do niej!
Chciała powiedzieć
coś jeszcze, ale wtedy on krzyknął jak jakiś dziki zwierz i chwycił ją za oba
ramiona. Mimowolnie spojrzała na jego usta, które były całe we krwi. Poczuła
podziw do samej siebie, że aż tak go potrafiła urządzić.
- Nie przyszło ci do głowy, że nie chcę żadnej Cindy? Że może… - urwał
i zaczął błądzić oczami po całej jej twarzy.
- Że może co? – warknęła, czując, że serce bije jej jak oszalałe.
- Że może… - nie potrafił powiedzieć nic więcej, tylko mocniej
zacisnął dłonie na jej ramionach.
Stali tak przez
kilka minut i żadne z nich nic nie mówiło. Vicky wpatrywała się w jego krwawiącą
wargę, a on miał zamknięte oczy. W końcu odetchnął i spojrzał na nią.
- Że może… to ciebie chcę, Howells.
Zamrugała szybko
oczami. Nie, nie, nie. Tylko nie to. Jak nie Puchoni, to Blackowie. Dlaczego
nie może znaleźć sobie jakiegoś miłego, ułożonego Krukona, tylko musiała
stracić głowę dla tego nadętego, wkurzającego… Nie. Nie straciła dla nikogo
głowy. Nic do niego nie czuje.
- Nie mów tak nawet. – powiedziała cicho.
Puścił ją.
- Będę. – poczuł nagle, że w końcu w swoim życiu robi coś, czego naprawdę
chce. – Chcę ciebie, Howells. I będę ci to powtarzał tak długo, aż w końcu sama
się przed sobą przyznasz, że ty też mnie chcesz.
- Ale ja nie chcę być z tobą. – patrzyła na swoje buty, nie potrafiąc
podnieść głowy.
Chwycił jej twarz
w dłonie i zmusił, by spojrzała mu w oczy.
- Ale ja chcę być z tobą. – powiedział z taką mocą, że serce znów jej
przyspieszyło. – I nie odpuszczę.
- W takim razie przygotuj się na rozczarowanie. – odchrząknęła i
odsunęła się od niego. – A teraz wybacz, ale idę do mojego jaja.
Zaśmiał się i
patrzył przez chwilę na jej plecy, gdy coraz bardziej się oddalała.
- Howells! – odwróciła się, z lekkim uśmiechem na ustach. – Pójdziesz
ze mną na bal, wariatko?
Odpowiedziała mu środkowym palcem i znów szła
tyłem do niego. Uśmiechnął się sam do siebie i ruszył wesoło w stronę szkoły.
Phoebe, Ruby i
Lily patrzyły z wytrzeszczonymi oczami na wykręcającą sobie ręce Vicky.
Siedziały w bibliotece i powiedziała im przed chwilą o sytuacji z Regulusem na
błoniach. Żadna z Gryfonek nie wiedziała co powiedzieć. Howells czekała i
czekała, aż w końcu zaczynała się powoli niecierpliwić. Normalnie to buzie im
się nie zamykają, a teraz nagle siedzą cicho. W końcu trójka dziewczyn
wymieniła spojrzenia, kiwnęły głowami i spojrzały na Krukonkę.
- Ale ty jesteś głupia. – stwierdziła Phoebe.
- Słucham? – Vicky patrzyła na nią jak na idiotkę.
- Regulus jest naprawdę gorący. – Ruby zachichotała, a ona otworzyła
buzię ze zdziwienia.
- Dziewczyny mają rację, skoro i tak ci się podoba…
- Nie podoba mi się!
- … to idź z nim na bal i bądźcie parą! – Lily dokończyła ze
wzruszeniem ramion, nie zwracając uwagę na jej protesty.
- Kiedy ja nie chcę z nim być. Do tego Syriusz…
- Vicky, Kochanie. – Ruby położyła dłonie na jej ramionach. – Syriusz
ma dziewczynę, do tego nie jest między wami już tak jak było. Jesteście
przyjaciółmi, pokręconymi, ale jednak przyjaciółmi. Nawet jeśli w wakacje coś
było inaczej, to już dawno nie jest, a ty sama nic do niego nie czujesz.
- Ale najwyraźniej czujesz do Regulusa. – poparła ją Evans. – Jak to
się wszystko w ogóle zaczęło.
Krukonka
westchnęła i opowiedziała przyjaciółkom całą historię od samego początku, od
ich pierwszego zderzenia.
Gdy skończyła,
trzy pary oczu wpatrywały się w nią z jeszcze większym szokiem niż na początku.
- Jesteś w nim całkowicie i nieodwracalnie zakochana.
- Pheebs. – Vicky zaśmiała się histerycznie. – Ty chyba nie wiesz co
mówisz.
- Wiem doskonale i mówię ci, że będziecie razem. Nawet jeśli teraz
jesteś na tyle głupia i uparta, żeby tego nie widzieć.
- A ja myślę, że ona też już to wie. – odezwała się Ruby. – Tylko jest
zbyt dumna, żeby się do tego przyznać.
Zapanowała cisza,
a Gryfonki miały nadzieję, że do przyjaciółki dotrze w końcu to, co dla nich
było tak bardzo oczywiste.
- Ale on jest ze Slytherinu… - jęknęła po kilku minutach Vicky.
- Trzymajcie mnie, bo nie wyrobię. To o to chodzi, kretynko?! – Ruby
wyrzuciła ręce do góry, a Lily uderzyła się otwartą dłonią w czoło.
- Jesteś jeszcze głupsza niż myślałyśmy, Howells. – Phoebe pokręciła z niedowierzaniem głową.
Kilka dni później
Pandora Ifans leżała na swoim łóżku w dormitorium, gdy nagle drzwi się
gwałtownie otworzyły.
- O, witaj, Vicky. – pomachała do niej wesoło. – Dziewczyny
postanowiły dzisiaj spać w Pokoju Wspólnym. Robią jakiś eksperyment. Nie
zrozumiałam za bardzo o co chodzi.
- Dora, potrafisz uleczyć coś takiego? – zapytała Howells i podstawiła
jej pod twarz ręce całe w pęcherzach.
- Coś ty zrobiła?! – krzyknęła Ifans i przerażona chwyciła dłonie koleżanki.
- To nic takiego, moje jajo mnie poparzyło. Prawie nie boli. – Vicky
łzy stanęły w oczach i musiała zacisnąć zęby, żeby się nie rozpłakać.
- Jesteś szurnięta. Nie umiem ci pomóc, idź do Skrzydła Szpitalnego.
Wyszła z Pokoju
Wspólnego, a całe ręce jej się trzęsły. Bolało coraz bardziej, ale nie dlatego
była zdenerwowana. Wyczytała w swojej najnowszej książce, że jajo smoka
hebrydzkiego trzeba co kilka dni schładzać, żeby smoczątko było w odpowiednim
stopniu odporne. Dowiedziała o tym tego dnia, a przecież prawie trzy miesiące
jajo było cały czas w kociołku. Nie wyciągali go z Syriuszem.
Idąc tak, ledwo
widząc przez łzy, wpadła na coś. Zamknęła oczy modląc się, żeby to nie było to,
co myśli.
- Howells? – usłyszała dokładnie ten głos.
Jęknęła.
- Muszę iść. – próbowała się wyrwać, ale uświadomiła sobie, że nie
może walczyć, bo poparzone dłonie jej na to nie pozwalają.
- Co ci się stało? – Regulus przerażony chwycił delikatnie jej dłonie
w swoje.
- Jajo mnie poparzyło. Naprawdę muszę iść do Skrzydła. – puścił je,
ale objął ją za to ramieniem.
- Idę z tobą. Po co dotykałaś tego jaja? – zapytał.
Opowiedziała mu
wszystko co wyczytała.
- Nie mogłaś użyć Wingardium Leviosa?
- Nie. – ponownie jęknęła. – Czarny hebrydzki to jedyny smok, którego
jaja są odporne na to zaklęcie. Musiałam je chwycić w ręce.
- A rękawice ze smoczej skóry?
- Nie miałam przy sobie. – spuściła wzrok.
- Howells, Howells, ty wariatko. Co ja z tobą mam. – zaśmiał się cicho
i mocniej przytulił ją do siebie.
Pani Pomfrey
lamentowała nad jej głupotą i ostrzegła, że opatrunki będzie musiała nosić
przez tydzień, codziennie przychodząc je zmienić, bo obrażenia zadane przez
smoki i ich jaja nie są tak proste do wyleczenia. Wysmarowała jej dłonie jakąś
maścią i owinęła w bandaże. Wyszli w ciszy ze Skrzydła Szpitalnego i nie
porozumiewając się ze sobą, ruszyli w stronę Pokoju Wspólnego Ravenclaw. Vicky
walczyła cały czas ze sobą, ale w końcu stwierdziła, że chyba może być czasem
dla niego trochę milsza. Delikatnie wsunęła swoją obandażowaną dłoń w jego.
Spojrzał na nią zaskoczony, ale cały się rozpromienił i poczuł
wszechogarniające go ciepło.
Szli tak chwilę
nie odzywając się do siebie, aż w końcu Regulus zerknął z ukosa na Vicky, z
kpiącym uśmieszkiem na ustach.
- A przywołać tych rękawic Accio nie mogłaś? – zaśmiał się, unikając
jej nadchodzącej pięści.
Następnego dnia,
gdy Vicky dopiero się budziła, siódemka Gryfonów już siedziała w Wielkiej Sali.
Słuchali opowieści Jamesa o problemach z Jęczącą Martą i Irytkiem podczas
ostatniego patrolu, gdy nagle dosiadła się do nich Jasmine. Jak gdyby nigdy nic
chwyciła kromkę chleba i zaczęła smarować ją dżemem. Syriusz patrzył na nią z
nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Co ty tutaj robisz? – zapytał, a siostry Marshall rzuciły mu
zniesmaczone spojrzenia.
- Przyszłam zjeść z tobą śniadanie. Ostatnio ciężko cię gdziekolwiek
złapać. – odpowiedziała Patil i wzruszyła ramionami.
- Tak… hmmm… mam sporo zajęć. – wymamrotał i szybko wpakował sobie
kilogram jajecznicy do ust, żeby nie musieć nic więcej mówić.
- Okej. W każdym razie na sam koniec okazało się, że Irytek rzucił w
Martę kredą i przez to wpadła w taki szał, że zalała całe piętro. – James
zrobił minę, jakby to była najdziwniejsza rzecz pod słońcem.
- Marta taka jest, często ma tego typu odchyły. – Remus pokiwał sam
sobie na potwierdzenie głową.
- W zeszłym roku to co tydzień coś jej odbijało. – wtrąciła się Lily i
zwróciła do Lupina. – Pamiętasz jak raz próbowaliśmy ją przez dwie godziny
uspokoić?
- Taaak, dopiero jak McGonagall przyszła i na nią fuknęła, to
zanurkowała do toalety. Szkoda, że się nie utopiła. – westchnął, a Evans
zachichotała.
Nagle miejsce
między Phoebe i Peterem zajęła Vicky. Jasmine się cała rozjaśniła na jej widok.
- Cześć! Pamiętasz, że dzisiaj miałyśmy się spotkać wieczorem w
bibliotece i napisać ten esej na numerologię?
- Tak, tak, pamiętam. – Howells pokiwała głową i sięgnęła po miskę z
owsianką.
- Chwila, czemu wy razem… - Syriuszowi przerwał wrzask Phoebe.
- CO TY ZROBIŁAŚ?!
Wszyscy
podskoczyli, a Krukonka wypuściła naczynie z rąk. Marshall chwyciła jej dłonie
i przerażona się w nie wpatrzyła.
- To nic takiego. Poparzyłam się trochę. – Vicky próbowała delikatnie
zabrać ręce, ale nie dało się.
- Trochę?! TROCHĘ?! – Ruby zerkała przez ramię siostry.
- To było w imię wyższego dobra. Mój smoczek…
- Co z jajem? – zainteresował się od razu Black.
- Trzeba je schładzać co kilka dni. A zaklęcia, nawet lewitujące, na
nie nie działają, więc musiałam wyciągnąć je z kociołka ręką. No i tak się
poparzyłam. – wymamrotała Howells, a Phoebe w końcu ją puściła.
- Jesteś szurnięta. – stwierdził James, a wszyscy pokiwali głowami.
Nagle Lily zaczęła
się krztusić i kaszleć. Wypluła połowę jedzenia, ale gdy w końcu złapała oddech
uśmiechnęła się złośliwie do Vicky.
- Ktoś chyba do ciebie przyszedł. – uśmiech miała tak huncwocki, że
Krukonka od razu pomyślała, że częste spotkania z Potterem jej nie służą.
Cała się jednak
spięła, bo tylko jedna osoba mogła wywołać taką reakcję u Lily. Tym bardziej,
że bliźniaczki już się odwróciły i prezentowały swoje idealne, białe zęby.
Również spojrzała za siebie i oczywiście przed nią stał Regulus, z rękami w
kieszeniach i niezawiązanym krawatem.
- Cześć. – powiedziała tylko i modliła się, żeby bracia nie zaczęli
skakać sobie do gardeł.
- Cześć, ofiaro losu. Mam coś dla ciebie. – położył na stół przed nią
podłużną paczuszkę, którą od razu otworzyła. – To samopiszące pióro. Musisz
oszczędzać dłonie. Bolą cię bardzo? – chwycił je delikatnie w swoje, a Vicky
spłonęła rumieńcem, bo kątem oka zauważyła, jak bliźniaczki i Lily wymieniają
spojrzenia.
- Nie jest źle. Wygląda gorzej. – wymamrotała.
- Pamiętaj, żeby iść zmienić opatrunek do Pomfrey. – spojrzał na nią
surowo, a dziewczyny były coraz bardziej uradowane.
W końcu Syriusz
nie wytrzymał całej tej sytuacji.
- Vicky nie jest głupia. Nie musisz jej przypominać takich rzeczy. A
tak w ogóle, braciszku, to nie pomyliłeś czasem stołów? Z tego co wiem, to
nadal jesteś Ślizgonem.
Regulus rzucił mu
pogardliwe spojrzenie.
- Tak, jestem Ślizgonem, ale nie zmienia to faktu, że troszczę się o
swoją dziewczynę. Dla niej mógłbym jadać nawet codziennie z Gryfonami. –
uśmiechnął się szeroko na widok miny brata. – Lecę, Howells. Muszę coś zjeść w
końcu. – poczochrał jej lekko włosy i odszedł zostawiając ją w szoku.
Phoebe, Ruby, Lily
i Jasmine zaczęły w tym momencie niekontrolowanie chichotać, dzięki czemu Vicky
w końcu otrząsnęła się z szoku.
- Nie jestem twoją dziewczyną, Black! – wrzasnęła za nim, a on tylko
się zaśmiał. Posłała przyjaciółkom wściekłe spojrzenie. - To wszystko przez
was!
- My nic nie zrobiłyśmy! – Lily uniosła ręce w obronnym geście i
wybuchła śmiechem.
- Co cię tak śmieszy, Evans? – zapytał Syriusz przez zaciśnięte zęby.
– Cieszysz się, że twoja przyjaciółka brata się z taką szują?
- Uważaj na słowa, Black. – Vicky wycelowała w niego łyżką. – Może i
siedzę z tobą przy jednym stole, ale zaraz mogę wrócić do Krukonów i znów nie
będziemy ze sobą rozmawiać.
Chłopak od razu
umilkł, ale w środku cały się gotował. Mimo, że Howells wyraźnie powiedziała,
że nie są parą, zaczął się poważnie obawiać, że cała ta znajomość idzie w
bardzo złym kierunku. Jak to możliwe, że jego mały brat zdobył to, czego on nie
umiał. Spojrzał na Puchonkę, siedzącą obok niego i po raz kolejny stwierdził,
że czas zająć się tym, co ma i przestać marzyć o tym, co aktualnie jest
nieosiągalne. Objął Jasmine wywołując na jej twarzy radosny uśmiech. Zerknął na
Vicky. Nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia.
Znów po długiej przerwie jest!
Niestety, musiałam odłożyć pisanie na jakiś czas na bok,
żeby nie mieć wyrzutów sumienia, że nie piszę pracy licencjackiej.
Na szczęście jestem już po obronie i mogę dalej działać z tą historią.

