niedziela, 22 stycznia 2017

Rozdział 8

Anglicy, na górę.


22 sierpnia 1977 roku, Howells siedziała w ogrodzie, który wyglądał jakby ktoś bardzo nie chciał otaczać się niczym przyjemnym dla oka i kręciła leniwie różdżką nad kubkiem z kawą, sprawiając, że łyżeczka mieszała cukier. Przyglądała się każdemu chwastowi, w myślach planując kompletną rewolucję.            
                Gdy napój zesłany z niebios w połowie zniknął, wstała. Wygładziła teatralnie strój i stanęła na brzegu tarasu z różdżką uniesioną tak, jak dyrygent unosi batutę. I wtedy zaczęła się magia. Bez choćby jednego słowa, jedynie z uśmiechem na ustach, rzucała zaklęcie po zaklęciu, a kolorowe promienie dawały wspaniały pokaz. Pół godziny później skończyła. Z zadowoleniem ponownie usiadła i wzięła kubek do rąk, podziwiając swoje dzieło. Nareszcie nie było chwastów, starych mebli, śmieci, kolekcji butelek po Ognistej Whisky i Kremowym Piwie, nieskończonej ilości zniszczonych przez Syriusza i Jamesa bliżej niezidentyfikowanych przedmiotów. Trawa była równo przystrzyżona, kwiatki, które cudem się uchowały dostały dostęp do słońca, krzewy zostały przycięte a żywopłot wyrównany. Zamruczała zadowolona i przymknęła oczy.

                Syriusz wrócił do domu późno wieczorem i zobaczył Vicky siedzącą w fotelu i czytającą książkę. Rozłożył się na kanapie, wyciągając nogi na kolana dziewczyny, by zwrócić na siebie jej uwagę. Ta jedynie przewróciła stronę i nie zaszczyciła go ani jednym spojrzeniem. Zapomniał o jej urodzinach. Każdy z przyjaciół pamiętał, nawet Michael i Nicolas wpadli na parę godzin, a on…
- Śmierdzisz, Psie.
                Black parsknął śmiechem. Usiadł normalnie i wyrwał jej książkę z rąk, nie zwracając uwagi na okrzyki protestu. Chwycił ją mocno za głowę i zmusił by na niego spojrzała, a ona zgubiła jedno uderzenie serca, zaskoczona tym niespodziewanym obrotem sprawy.
- Mam coś dla ciebie. – puścił ją po krótkiej chwili intensywnego wpatrywania się w jej ciemne oczy i sięgnął za swoje plecy. – Wszystkiego najlepszego, Zołzo.
                Vicky spojrzała na to coś, co jej wręczył i zachłysnęła się z oburzenia. Przed sobą miała bardzo dorodną, pękniętą i szczerbatą doniczkę.
- Kpisz sobie? – oczy groźnie się jej zwęziły, a różdżka leżąca na wyciągnięcie ręki kusiła niebezpiecznie.
Syriusz westchnął.
- Nie mogłem bardzo długo wymyślić odpowiedniego prezentu dla ciebie. To jest jego pierwsza część, a drugą otrzymasz po powrocie. – spojrzała na niego pytająco. – To jest świstoklik. – z zadowoleniem zobaczył jak jej oczy się rozjaśniły. – Do Paryża. Niestety, ciężko jest z takimi rzeczami i udało mi się załatwić wyjazd tylko na jedną noc i wyboru w miejscach też za dużego nie miałem… - urwał jednak, bo Howells rzuciła się na niego i oplotła go rękami i nogami.
- Dziękuję, dziękuję, dziękuję! – piszczała mu do ucha. – Ale to musiało kosztować fortunę. – uświadomiła to sobie i momentalnie jej uśmiech przygasł. – Nie mogę go przyjąć. Nie powinieneś mi robić takich drogich prezentów.
- Tym się nie przejmuj. Już go nie oddam. Jutro o 9 się przenosimy. Lily i James mają się tu pojawić chwilę po 8. – Vicky była coraz bardziej zdziwiona.
- Oni razem? My razem? My w czwórkę? CO?!
                Syriusz zaśmiał się gardłowo i opowiedział, jak przy ostatniej wizycie Evans w Dolinie Godryka zgodzili się polecieć z nimi i jeszcze tego samego dnia James udał się z nim do Ministerstwa Magii i tam dopłacił za możliwość teleportacji dodatkowych dwóch osób. Chwilę później poszli na piętro spakować się, a po szybkiej kąpieli położyli się do łóżka. Zazwyczaj zasypiali po przeciwległych brzegach zbliżając się do siebie, gdy Vicky miała gorszą noc. Tym razem jednak dziewczyna przeturlała się do Blacka i objęła go, kładąc też głowę na jego torsie.
- Dziękuję. Jesteś najlepszym co się ostatnio w moim życiu dzieje.
                Syriusz nic nie odpowiedział, tylko objął ją mocno i parę minut później oboje zasnęli.


                Chwilę po 9 Syriusz, James, Lily i Vicky wylądowali na jednej z opustoszałych uliczek Paryża. Spojrzeli po sobie i ruszyli. Mieli plan, by w pierwszej kolejności znaleźć nocleg, a po zostawieniu zbędnego bagażu ruszyć zwiedzać. Blackowi w Ministerstwie podano adres jednego z pensjonatów dla czarodziejów i tam planowali dotrzeć.
- Nie ustaliliśmy, jak chcemy wziąć pokoje. – odezwała się nagle zaniepokojona Lily.
- To chyba oczywiste? – James wyszczerzył swoje idealne zęby, na co dziewczyna prychnęła lekceważąco.
- To, że zgodziłam się z tobą tutaj przyjechać, nie znaczy, że będziemy mieć razem pokój.
- Myślę, że wszystko się wyjaśni, jak zaczniemy coś załatwiać. – Vicky wskazała schludny budynek, który mieścił się między sklepem zoologicznym i księgarnią.
                Ludzie zdawali się go nie zauważać, nie zaszczycając nawet przelotnym spojrzeniem. Ich wzrok prześlizgiwał się z jednej sąsiedniej kamienicy, na drugą. Wymienili podniecone spojrzenia i weszli do środka.
                Od razu wyczuli, że to miejsce jest przesiąknięte magią. Za biurkiem siedziała starsza kobieta w absurdalnie mocnym makijażu, absurdalnie fioletowych włosach i absurdalnie różowej szacie. Białe świeczki unosiły się w powietrzu, a gdziekolwiek by nie spojrzeli stały kwiaty. Ściany miały kolor śmietany, a namalowane na nich rośliny i motyle nieustannie się poruszały. Te drugie co jakiś czas uciekały z murów, zataczały koło i wracały na miejsce. Rozglądali się dookoła zdumieni.
                Czarownica podniosła nagle głowę i przykleiła do twarzy tak absurdalnie szeroki uśmiech, że James pomyślał, że zaraz jej usta się złączą z uszami.
- Oh! – klasnęła w dłonie. – invités!
                Spojrzeli po sobie skonsternowani. W tym całym podnieceniu, że będą w Paryżu nie pomyśleli, że nie znają francuskiego.
- Dzień dobry, jesteśmy z Anglii… - Syriusz nawet nie zdążył nic więcej powiedzieć, a kobieta znów klasnęła w dłonie, płosząc kota, który dotychczas leżał niezauważony za biurkiem.
- Anglicy! Wtaici „u madame Rosie”! – Vicky wepchnęła sobie do ust pięść, żeby się nie roześmiać, a James miał oczy jak spodki. – U nas ostatni niewiele Anglicy. Ale to nic, nic. Zaraz ja sprawdzić czy coś tu dla was wolni. – zajrzała do jakiegoś notesu i mina jej odrobinę posmutniała. – Przykro, ale ostatnie dwa pokoi zostaly, a jedno niestety z dwa osobne lóżka! – wyrzuciła w powietrze ręce, jakby w geście rozpaczy.
- Jak to jedno z dwoma osobnymi łóżkami? – pisnęła przerażona Lily. – Co my teraz zrobimy?
- Możemy my spać na tym jednym, a chłopacy… - Vicky nie skończyła, bo przerwał im oburzony okrzyk kobiety.
- „U madame Rosie” nie ma, że chlopak spal z chlopak! Ani dziewczyna z dziewczyna! „U madame Rosie” tylko dziewczyna i chlopak!
                Howells spojrzała na Blacka i odchrząknęła cicho.
- Jeśli wam to ułatwi życie, to my weźmiemy ten z jednym. – zwróciła się do Evans i Pottera, który chyba jednak liczył na drugi pokój.
- Pewnie, my i tak normalnie śpimy razem, więc co za… - Syriusz urwał nagle, uświadamiając sobie, co właśnie powiedział. – Nieważne. Nic nie mówiłem.
                Ale było już za późno. Wiedział, że czeka ich dokładne przesłuchanie.
- Magnifique! Anglicy, na górę. – po tych słowach zaprowadziła ich do sypialni i po krótkiej rozmowie w końcu wyszła i poszła z Lily i Jamesem do ich pokoju.
                Vicky spojrzała świdrującym spojrzeniem na Blacka, a on marzył tylko o tym, by zapaść się pod ziemię. Musiał jednak wyjść z tego z twarzą. Przybrał nonszalancką pozę i uśmiechnął się po huncwocku.
- I co tak na mnie patrzysz? W końcu pewnie by się wydało, nawet jakby mi się nie wymsknęło.
                Dziewczyna prychnęła i odwróciła się do niego plecami. Wiedziała, że w końcu do tego dojdzie. Teraz będzie próbował tylko wyjść na wielkiego casanovę. Otarła ze złością samotną łzę, nienawidząc się za tę słabość.



                Przemierzali ulice Paryża, napawając się jego niepowtarzalnym pięknem. Miasto ma niesamowity klimat i nawet jeśli komuś się nie podoba, nie może zaprzeczyć, że atmosfera jest tam inna niż gdziekolwiek indziej. Zaczęli od łuku triumfalnego, na który nie było wstępu dla mugoli, jednak czarodzieje z łatwością mogli się tam przelewitować. Dziewczyny zachwycały się widokiem Wieży Eiffela w oddali i nie mogły się już doczekać wieczoru, bo właśnie wtedy mieli iść na pole Marsowe i tam pozostać, aż do powrotu do pensjonatu. Syriusz wyciągnął z plecaka aparat i poprosił o zrobienie zdjęcia jakiegoś czarodzieja, który podziwiał widoki z żoną i dziećmi. Gdy zeszli na dół przeszli się całą aleją Champs Elysees, aż do Luwru, gdzie weszli na godzinę, bo Lily koniecznie chciała zobaczyć kilka dzieł sztuki. Stamtąd udali się do katedry Notre Dame, a następnie metrem pod Moulin Rouge. Huncwoci bardzo chcieli wejść do środka na kabaret, który reklamował ogromny plakat z mrugającą do przechodniów kształtną blondynką w kusej sukience. Dziewczyny sprowadziły ich jednak na ziemię wskazując kolejkę do kas długą na kilka godzin stania. Tak im się przynajmniej wydawało.
- Zaraz zobaczycie do czego jesteśmy zdolni. – chłopcy wypięli się dumnie i ruszyli do następnych w kolejności do kupna biletów dziewczyn.
- Okej, skoro ich nie ma, to powiedz mi teraz co się dzieje. – Lily przyglądała się uważnie przyjaciółce, oczekując, że wyczyta coś z jej twarzy.
- Jak to co się dzieje? – Vicky stwierdziła, że najlepiej będzie udawać, że nie wie o co chodzi.
- Nie obrażaj mojej inteligencji. Co się dzieje między tobą a Blackiem? Widzę, że nie jest jak zawsze. – pomachała jej ostrzegawczo palcem przed nosem, co miało wyglądać groźnie, a wyszło komicznie.
Szczególnie, że Evans jest zdecydowanie od Howells niższa i przypominała w tamtym momencie skrzata, który stara się być przerażający, a jest no cóż… skrzatem. Vicky westchnęła.
- Naprawdę, Lil, nic nie ma. Po ataku na Marshallów mam znów koszmary i Syriusz zostaje ze mną, żebym się nie bała. – odwróciła zawstydzona wzrok, a Gryfonka mocno ją przytuliła.
- To nic wstydliwego, że prześladują cię złe sny. I tak jesteś silna. Peter albo Ruby już dawno by sikali pod siebie w nocy, jakby śnili tyle koszmarów co ty. – dziewczyny roześmiały się i skończyły rozmowę, bo właśnie wrócili napuszeni chłopacy, wachlując się ostentacyjnie każdy dwoma biletami.

                Dwie godziny później siedzieli już z szampanem na Polu Marsowym, podziwiając Wieżę Eiffela. James i Syriusz zachwycali się dziewczynami z przedstawienia, czego Vicky i Lily nawet nie komentowały. Popijały tylko wino i rozmarzone patrzyły na ikonę Paryża.
- Dziękuję wam! To najwspanialszy prezent urodzinowy, jaki mogliście mi dać. – Howells obdarzyła przyjaciół najpiękniejszym uśmiechem na jaki ją było stać.
- Nie ma za co, ale w zasadzie to prezent od Łapci, my jesteśmy tu dla towarzystwa. – Rogacz wyszczerzył zęby. – No i osobiście liczyłem, że w tak romantycznym mieście Evans w końcu ulegnie. – poczochrał swoją nieokrzesaną czuprynę i poruszał sugestywnie brwiami, na co Vicky i Syriusz ryknęli śmiechem, a Lily niebezpiecznie zmrużyła zielone oczy.
- Ty niedorozwinięty gumochłonie, co ty sobie wy… - nie skończyła, bo James szybko ją pocałował. Opadła jej szczęka i przez chwilę ruszała tylko ustami, nie wydając z siebie żadnego dźwięku.
- Lilka, wyglądasz jak karp wyciągnięty z wody. – Howells wychyliła w jej stronę kieliszek, a później pociągnęła zdrowego łyka. – Jakie to pyszne…
                Evans postanowiła tego nie komentować w żaden sposób. Oczywiście nie mogła wiedzieć, że poczerwieniała na całej twarzy pod kolor włosów i że wszyscy to widzieli. Łącznie z Potterem, który wprost nie posiadał się z radości.
                Siedzieli i rozmawiali tak bardzo długo, aż w końcu Lily czknęła głośno i chwyciła Vicky za łokieć.
- Muszę siiii-hik!-kuuuu – wyjęczała i dziewczyny poszły szukać toalety.
                Na Jamesa podziałało to jak kubeł zimnej wody. Usiadł prosto i wbił w Syriusza jaśniejące spojrzenie. Ten widząc to, parsknął śmiechem.
- Tak, wydaje mi się, że podobasz się idealnej pannie Prefekt-Evans.
- Nie o to chodzi. O co chodzi z Vicky? – Black soczyście zaklął w myślach i gorączkowo zaczął rozmyślać, co ma powiedzieć.
Miał już nadzieję, że przyjaciel sobie daruje.
- O nic. O czym ty mówisz? – nieświadomie przybrał strategię Howells, by udawać głupiego.
- Doskonale wiesz. – Rogacz pogroził mu palcem. – Powiedziałeś, że sypiacie ze sobą. Co ty odwalasz?
- Merlinie, nic nie robię, ona ma koszmary i…
- Dorcas wie o tym? – Syriusz momentalnie zamknął usta.
Ta uwaga zbiła go z tropu.
- Co ma z tym wspólnego Dorcas? – zapytał bardzo powoli, próbując myśleć trzeźwo, mimo wyraźnego szumu w głowie.
                Nie doczekał się jednak odpowiedzi, bo dziewczyny wróciły rozchichotane i Vicky padła koło niego opierając się mu o kolana, a Lily to samo zrobiła koło Jamesa. Syriusz spojrzał na niego i wiedział, że na razie ma spokój, bo ten wpatrywał się w Rudą z zachwytem w oczach.

               
                Do pokojów wrócili grubo po 2 w nocy. Black wyszedł z łazienki, gdy Vicky już leżała w łóżku. Miała zamknięte oczy, a brązowe włosy rozrzucone na poduszce wydały mu się nagle wyjątkowo długie. Oparł się o framugę drzwi i chwilę tak stał, i na nią patrzył. W końcu po paru minutach wszedł do łóżka i nie do końca wiedział jak się zachować. Ostatecznie zdecydował się na delikatne pogłaskanie jej po głowie i pozostanie na swojej stronie łóżka. Mimo, że był wykończony intensywnym dniem, nie mógł zasnąć. Zaczynał się zastanawiać czy to, że zaproponował jej wprowadzenie się, było dobrym pomysłem. Czy ten wyjazd był dobrym pomysłem. Nie miał pojęcia co o tym myśleć i znowu czuł, że wszystko wymyka mu się spod kontroli. Już się podniósł, by napisać list do Dorcas, gdy przypomniał sobie, że nie zabrał ani pergaminu, ani pióra, ani sowy. Sfrustrowany opadł z powrotem na poduszki i zamknął oczy, czekając na zbawienny sen, by uciec od własnych myśli.

                O 10 opuścili „U madame Rosie” żegnani okrzykami „Au revoir!”, które słyszeli jeszcze, gdy skręcali w prostopadłą uliczkę. Pojechali znów pod Moulin Rouge i stamtąd przez Plac Pigalle dotarli do bazyliki Sacré-Cœur. Tam spędzili ostatnie chwile w Paryżu i równo o 15 potłuczona doniczka-świstoklik zabrała ich przed dom Syriusza. Pożegnali się i Łapa z Vicky weszli do domu, a James został z Lily, która miała za chwilę wezwać Błędnego Rycerza.
- Cieszę się, że zgodziłaś się polecieć. Mam nadzieję, że ci się podobało. – Rogacz zdawał się być skrępowany i cały czas masował sobie kark.
- Oczywiście, że mi się podobało. – Lily wyszczerzyła się i uniosła prawą rękę z różdżką nad ulicą, a już po chwili trzypiętrowy, wściekle fioletowy autobus zatrzymał się przed nimi.
Zerknęła szybko na Pottera i po chwili zawahania stanęła na palcach i pocałowała go w policzek, czerwieniąc się przy tym jak piwonia.
- Do zobaczenia, James. – weszła do pojazdu i ledwo zdążyła mu pomachać, a z zawrotną prędkością odjechali.
                Rogacz włożył ręce do kieszeni spodni i wesoło pogwizdując, sprężystym krokiem ruszył w stronę domu.


                Vicky siedziała w domu sama, bo Syriusz zaraz po odłożeniu plecaka zniknął. Spacerowała po wszystkich pokojach i wiedziała, że nie może już dłużej tu mieszkać. Ostatni tydzień wakacji chce spędzić w swoim domu. Gdy zakończyła wędrówkę, poszła do swojej sypialni.
                Kończyła właśnie pakować ciuchy do kufra, gdy usłyszała, że ktoś wchodzi do domu. Nie przejmując się tym, sprzątała swoje pozostałe rzeczy, a chwilę później poczuła, że ktoś stoi w drzwiach. Odwróciła się i zobaczyła przed sobą Blacka.
- Co ty robisz?
                Był wyraźnie wstrząśnięty. Przez krótką chwilę miała ochotę zrezygnować ze swojego pomysłu, ale postanowiła być twarda.
- Wracam do domu. – uniosła zadziornie podbródek.
- Ale… ale… - nie potrafił wydusić z siebie słowa. W końcu jednak się opanował i przybrał obojętny wyraz twarzy. – Jak sobie chcesz. Tutaj ta druga część twojego prezentu, który ci obiecałem.
                Bezceremonialnie wręczył jej do rąk średniej wielkości pudełko. Otworzyła je niepewnie, a ze środka patrzyły na nią duże miodowe oczy.
- Kot. – stwierdziła bezbarwnym głosem.
- To serwal afrykański. – odpowiedział również bez emocji.
- Nie znoszę kotów. – podniosła głowę i spojrzała mu w oczy. – Kocham psy, ale kotów nie lubię.
- Chciałem dać ci psa, ale w Hogwarcie by się na niego nie zgodzili. Jak ci się coś nie podoba, to możesz go tu zostawić. – Syriusz odwrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju.
                Kilkanaście minut później usłyszał, jak zamyka za sobą drzwi wejściowe. Puścił parapet, który ściskał, patrząc na wysprzątany przez nią zaledwie dwa dni wcześniej ogród. Jak to możliwe, że w tak krótkim czasie wszystko się zmieniło. Poszedł do jej sypialni.
                Kota nie było.


niedziela, 15 stycznia 2017

Rozdział 7


Nogi ze stołu!

                James siedział z zachmurzoną miną przy stole i wściekle atakował widelcem jajecznicę. Euphemia Potter przyglądała mu się smutna, ale jednocześnie poirytowana.
- Synku… Mi i ojcu też brakuje Syriusza, ale on mieszka pięć minut drogi stąd.
- Wiem…
- I jest pięć razy w tygodniu na obiedzie.
- Wiem.
- Widujecie się praktycznie codziennie!
- Wiem!
- Więc przestań się zachowywać jak pięcioletnie dziecko! – fuknęła pani Potter, gwałtownie uderzając kubkiem z herbatą o blat.
                Rogacz nic nie odpowiedział, tylko spojrzał na nią posępnym wzrokiem. Chociaż Syriusz nie mieszkał z nimi już dwa tygodnie, to chłopak nadal nie mógł się z tym pogodzić. Przyzwyczaił się do jego ciągłej obecności i w domu, i w Hogwarcie. Byli nierozłączni, odkąd Łapa uciekł z domu i było to tak naturalne, bo przecież byli braćmi! Nie rodzonymi, to fakt, ale braćmi. Z żadnym innym Huncwotem nie był tak zżyty jak z nim.
                Westchnął ciężko, a chwilę później ktoś wszedł przez drzwi wejściowe.
- Halo, halo! – radosny głos Syriusza rozniósł się po całym domu.
                Euphemia spojrzała na Jamesa z politowaniem, pokręciła głową i po przywitaniu się ze swoim drugim synem, wyszła do ogrodu. Black usiadł na krześle wyciągając swoje długie nogi i kładąc stopy na stół.
- Nogi ze stołu! – dało się słyszeć krzyk pani Potter z podwórza.
                Syriusz roześmiał się serdecznie.
- Kocham tę kobietę. Zna mnie tak dobrze, że nie musi nawet widzieć co robię, by to wiedzieć.
- Tak, fajnie.
- Co jest, Rogaty? – arystokrata podrapał się po nieogolonym podbródku i przyglądał się przyjacielowi z niekrytym zainteresowaniem.
- Jakbyś ją tak bardzo kochał, to byś się nie wyprowadził. – warknął James.
                Syriusz wzniósł oczy w stronę sufitu, kręcąc z niedowierzaniem głową. Rozbrajała go tęsknota Rogacza, ale rozmawiali o tym już nie raz. Tak czy inaczej planował się wyprowadzić, a Vicky tylko ułatwiła to. Jego myśli od razu pomknęły do domu, a uśmiech wkradł się na usta. Jego serce rosło z każdym dniem widząc, jak przyjaciółka odżywa i zaczyna dochodzić do siebie. Powoli wracała dawna Howells i wiedział, że to była dobra decyzja, by zamieszkała z nim. Często się kłócili, cały czas sobie docinali, ale dzięki temu nie mieli czasu na nudę. Bardzo dużo czasu spędzali z Jamesem, a Remus, Peter i dziewczyny też często przyjeżdżali.
                Black otrząsnął się z rozmyślań i spojrzał na Pottera. Skończył już jeść i siedział teraz ze skrzyżowanymi ramionami i wpatrywał się uparcie w okno.
- James. Ile można. – załamał ręce zrezygnowany.
- No dobra, już dobra. Miałem chwilę słabości. – Rogacz machnął niedbale ręką. – To co dzisiaj robimy?



                Phoebe czytała podręcznik wróżbiarstwa, gdy nagle usłyszała głośny huk. Odłożyła książkę i już miała podejść do okna, gdy usłyszała rozdzierający krzyk na parterze. Wypadła z pokoju, a po schodach wbiegała już jej przerażona matka.
- Szybko, budź Jareda! Musimy uciekać. – Ursula Marshall zniknęła w jednym z pokojów, a po chwili pojawiła się znów na korytarzu trzymając mocno za łokieć Julię.
- Mamo, co się dzieje? – dziewczynka pytała przerażona, ale nie doczekała się odpowiedzi.
                Gdy Phoebe i Jared znaleźli się na dole, ich matka wraz z Ruby i najmłodszą z sióstr czekali już przy drzwiach wychodzących na ogród. Gdy wybiegli na zewnątrz usłyszeli, jak ktoś włamał się do domu.
- Chwyćcie mnie za ręce. – czwórka dzieci posłusznie wykonała polecenie, a chwilę przed teleportacją bliźniaczki zobaczyły kilka wpadających na podwórze zamaskowanych postaci.


                Patrick Marshall siedział spokojnie w biurze, pracując nad najnowszym zleceniem. Był dyrektorem działu marketingu w jednej z większych firm w całej Wielkiej Brytanii i bardzo lubił swoją pracę. Nie musiałby przyjmować tylu zleceń, jednak odnoszące sukces kampanie reklamowe przynosiły mu najwięcej satysfakcji, gdy sam brał udział w ich tworzeniu. Pozwalał sobie jednak na pewne udogodnienia, których zwykli pracownicy nie posiadali. Na przykład obecność telewizora w biurze. Patrick zerkał tylko na niego co jakiś czas, bo włączony miał program na którym bez przerwy nadawano najświeższe wiadomości. Właśnie rozmyślał nad jakimś wyjątkowo chwytliwym hasłem reklamowym, gdy kątem oka zauważył coś niepokojącego na ekranie. Spojrzał w tamtą stronę i poczuł się, jakby podłoga zawalała mu się pod stopami. W wiadomościach pokazywali jego dom, a raczej coś, co było jego domem, a teraz było tylko kupą gruzu.
                Zerwał się na równe nogi, ale nie miał pojęcia co ma teraz zrobić. Zaczęła ogarniać go panika. Już miał wybiec z gabinetu, gdy huknęło, a jego rodzina cała i zdrowa zmaterializowała się przed nim. Rzucili się na niego, a jemu łzy ulgi zaczęły spływać po policzkach.
- Musimy iść do Ministerstwa. – odezwała się po chwili jego żona poważnym głosem, a on kiwnął głową.


                Syriusz wrócił wieczorem do domu, po spędzeniu męskiego dnia z Jamesem. Było to im obojgu potrzebne i w końcu wyglądało na to, że Potter przestanie tak bardzo rozpaczać z powodu jego wyprowadzki.
- Kochanie, wróciłem! – krzyknął, oczekując wrzasków, gdzie się znowu włóczył, zamiast dzieciom lekcje pomóc odrabiać.
Gdy nie usłyszał żadnego odzewu zaniepokoił się. Wbiegł do salonu, a na kanapie siedziała Vicky w pozycji embrionalnej i kołysała się gwałtownie do przodu i do tyłu, blada jak ściana. Szybko podbiegł  i uklęknął przed nią, chwytając za ramiona.
- Co się dzieje? – był śmiertelnie przerażony.
Przecież było już tak dobrze.
- Syriuszu… -  jęknęła tak rozpaczliwie, że miał dreszcze na całym ciele. – Oni znowu zaatakowali.
                Zbladł. Nie musiała mówić kto.
- Co? Skąd wiesz?
- Pokazywali w mugolskiej telewizji zawalony dom.
- Na gacie Merlina, nie stresuj mnie. – odetchnął. – Może to nie to, co myślisz.
- Syriuszu… – spojrzała na niego zrozpaczonym wzrokiem. – To był dom Phoebe i Ruby.


                Lily chodziła jak na szpilkach. Odkąd zobaczyła w południowych wiadomościach, że ci… ci… ci mordercy znów zaatakowali, nie mogła się uspokoić. Od razu wysłała Roxy z listem do przyjaciółek, ale nadal nie otrzymała odpowiedzi, chociaż minęło tyle godzin. Jej rodzice razem z nią byli bardzo zaniepokojeni. Chociaż nie byli czarodziejami, wiedzieli, że to, co się stało, oznaczało coś bardzo złego. Szczególnie po tak gwałtownej reakcji ich młodszej córki.
                Już miała po raz kolejny dostać ataku histerii, gdy usłyszała pukanie w szybę. Odwróciła się gwałtownie w tamtą stronę, jednak zamiast swojej sówki ujrzała ogromnego puchacza. Otworzyła okno, a on wyciągnął w jej stronę nóżkę, do której przyczepionych było kilka listów. Na pierwszym z nich zobaczyła swoje nazwisko. Ledwo odczepiła go, a puchacz zahukał i odfrunął. Otworzyła szybko list, a jej oczom ukazała się pospiesznie nakreślona notatka szyfrem, który Huncwoci wymyślili po ataku śmierciożerców, w którym zginęli rodzice Vicky.

Lily,
Phoebe i Ruby żyją, jej rodzinie też nic nie jest. One z matką, Julią i Jaredem zdążyli w ostatniej chwili się deportować, a ich ojciec był w pracy. Teraz ministerstwo gdzieś ich ukrywa. Ojciec mi powiedział. Bądź ostrożna i pisz często czy wszystko z Tobą w porządku.
Kochający,
James

PS. Jakby Samson nie uciekł od razu, to daj mu trochę wody, proszę. Słowo, ten ptak kiedyś padnie z wycieńczenia.

                Lily usiadła szybko na fotelu, bo poczuła, że nogi się pod nią uginają. Przeczytała list jeszcze raz. „Phoebe i Ruby żyją, jej rodzinie też nic nie jest” , chyba nigdy jeszcze nie odczuwała takiej ulgi.


                Syriusza obudził rozdzierający nocną ciszę krzyk. Gwałtownie się podniósł i próbował wstać, ale zaplątał się w kołdrę i spadł na ziemię. Przeklinając, w końcu wyplątał się z pułapki, chwycił różdżkę i wybiegł z sypialni. Krzyk nie ustawał, a on był coraz bardziej przerażony. Wpadł do pokoju Vicky, ale nie zobaczył nikogo niepożądanego, tylko ją szamoczącą się na łóżku. Szybko jej dosięgnął i próbował obudzić. W końcu zlana potem otworzyła przestraszone oczy, a gdy odnalazła jego, wypuściła głośno powietrze.
- Koszmary… - Black nie dokończył.
- Wróciły. – szepnęła cicho.
                Położyła się, a on usiadł na brzegu łóżka, głaszcząc ją delikatnie po głowie. A było już tak dobrze! Cholerni śmierciożercy. Cholerny Voldemort! Zagotowało się w nim. A na myśl, że jego rodzina to popiera… Szybko odgonił od siebie te myśli. Gdy po 15 minutach Howells się w końcu uspokoiła, a jej oddech się wyrównał, Łapa wstał i ruszył do wyjścia. Gdy był już przy drzwiach usłyszał jej cichy głos, jakby walczyła sama ze sobą.
- Syriusz. – odwrócił się do niej. – Możesz dziś ze mną zostać?


                Phoebe i Ruby z rodziną dalej się ukrywały, jednak zaczęły w końcu wysyłać przyjaciołom sowy, co nareszcie ich uspokoiło. Pan Potter nie był skłonny udzielać im codziennie informacji i powoli nastolatkowie zaczęli go irytować, przez co Syriusz i James usłyszeli kilka mocnych zdań skierowanych w ich stronę.
                Tygodnie mijały, Lily martwiła się o swoje trzy przyjaciółki, a częstotliwość wizyt w Dolinie Godryka sukcesywnie zwiększała, co natomiast wprawiało w zachwyt Pottera. Remus spędzał dużo czasu z rodzicami, a Peter prawie się nie odzywał. Black nieoficjalnie przeniósł się już do pokoju Vicky, bo koszmary nadal ją męczyły i obecność chłopaka dobrze na nią wpływała. Nikomu o tym nie mówili i utrzymywali oficjalną wersję, że noc to ich ulubiona pora dnia, bo w końcu nie muszą patrzeć na swoje „głupie ryje”.
               
                Urodziny Vicky zbliżały się nieuchronnie i dziewczyna nie mogła się już doczekać, gdy będzie mogła używać czarów poza szkołą bez żadnych konsekwencji. Black doprowadzał ją do szału machając jej przed nosem swoją różdżką i rzucając zaklęciami na prawo i lewo, tymczasem ona nie mogła nawet używać accio i po każdą potrzebną jej rzecz musiała iść. Wspólne mieszkanie z Syriuszem było z początku bardzo dziwnym doświadczeniem, jednak z czasem odkrywała z zaskoczeniem, że nie jest on takim całkiem bezmózgim gumochłonem, za jakiego go miała. Potrafił być bardzo troskliwy i opiekuńczy, a jego żarty nie zawsze były prostackie. Zawsze go lubiła, jednak nigdy nie widziała w nim głębszej osobowości. Był po prostu… płytki. W pełnym znaczeniu tego słowa. Tymczasem z każdym dniem ją zaskakiwał i odkrywała jak złożoną osobowość ma jej współlokator.


poniedziałek, 9 stycznia 2017

Rozdział 6

Zamieszkasz ze mną.
               
                W Dolinie Godryka widać było, że wakacje rozpoczęły się na dobre. Wszędzie biegały stada rozwrzeszczanych dzieci, a grupki nastolatków przyglądały się im krzywo. Słońce grzało mocno i już w drugim tygodniu lipca wszyscy mogli się chwalić piękną opalenizną. James i Syriusz leżeli w parku, w cieniu dużego drzewa i przyglądali się kilku dziewczynom, które co rusz zerkały w ich stronę i zaczynały chichotać.
- Łapciu, myślisz, że moglibyśmy zaprosić te dziewczyny nad jezioro? – Potter zmierzwił swoje kruczoczarne włosy lewą ręką.
- Nie jestem pewien czy mam ochotę je w ogóle poznawać. – mruknął Black, co sprawiło, że jego przyjaciel wyprostował się gwałtownie.
- Słucham? Ty? TY, Syriusz Black, nie masz ochoty poderwać kilku dziewczyn? – chłopak był w głębokim szoku.
- Nie, nie mam ochoty. Co w tym dziwnego? Nie są jakoś specjalnie interesujące. – Syriusz otaksował je krytycznym spojrzeniem.
- Każda z nich mogłaby startować w konkursie na Miss Wielkiej Brytanii. – James podniósł powątpiewająco brew, a ciekawość wzrastała w nim coraz bardziej.
- Na Merlina, to zaproś je jak chcesz. Pojedziemy nad to jezioro.
- Chodzi o jakąś dziewczynę?
- Powiedziałem, że możesz je zaprosić.
- To dziewczyna, tak?
- Powiedziałem, zaproś je! – Black wstał raptownie i odszedł rozzłoszczony, zostawiając Pottera zdziwionego pod drzewem.
                James przestał zwracać uwagę na rozchichotane nastolatki i pogrążył się w rozmyślaniach. To było do Łapy bardzo niepodobne. Zawsze to on wychodził z inicjatywą podrywania wszystkiego, co się rusza, a teraz nagle nie jest zainteresowany. O co w tym wszystkim chodzi? Ta Dorcas Meadowes chyba całkowicie już mu zawróciła w głowie.

                Był wściekły. Był bardziej niż wściekły. Jak mógł pozwolić sobie na chwilę słabości. Kopnął z całej siły leżący mu na drodze kamień. Zapomniał się i teraz James zacznie się tym interesować. Dlaczego, na Merlina, dlaczego musiał się tak zamyślić i palnąć takie głupstwo. Prawdę, ale jednak głupstwo. Przecież to byłby koniec wszystkiego, gdyby on się dowiedział… Gdyby jego najlepszy przyjaciel… Nawet nie chciał o tym myśleć. Musiał się opanować i znów zacząć odgrywać rolę, w której jest taki dobry. Sprawdzała się przez tyle lat i teraz przez jedną rzecz nagle zaczyna mu się wszystko walić.
                Wbiegł do domu Potterów, musnął przelotnie ustami policzek Euphemii, dzięki czemu jej twarz od razu rozjaśnił uśmiech, po czym wbiegł po schodach na piętro. Zatrzasnął za sobą drzwi i rzucił się na swoje łóżko, chowając głowę pod kołdrą. Miał ochotę krzyczeć. Dać upust tej totalnej bezsilności. Wiedział, że w końcu go to zje od środka. Przestaje być silny. Zaczął krzyczeć, zagłuszając ten rozpaczliwy akt bezradności poduszką. To Ona sprawia, że staje się słaby. I zdawał sobie sprawę, że tylko Ona jest w stanie mu ulżyć, pomóc mu się poskładać z powrotem.
                Wstał i podszedł do biurka. Chwycił za pióro i zaczął pisać do Dorcas.


                Lily Evans obudziła się tuż przed południem. Leżała chwilę nieruchomo w łóżku, wpatrując się w sufit, który nie był sufitem jej ukochanego dormitorium. Brakowało jej Hogwartu jak jeszcze nigdy, a na myśl o nowym roku szkolnym czuła przyjemny skurcz w żołądku. Nigdy by się do tego na głos nie przyznała, ale miał z tym trochę wspólnego fakt, że Gryfoni zdobyli Puchar Quidditcha, co oznaczało jedno – obiecaną randkę z Jamesem Potterem. Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie głupkowato i schowała twarz pod poduszką. Kto by pomyślał, że ona, która od pierwszego wejrzenia nienawidziła jednego z największych szkolnych żartownisiów, będzie z niecierpliwością czekała na ich spotkanie.
                Nie wiadomo, ile jeszcze by tak leżała, gdyby nie mała sówka pukająca zawzięcie w szybę. Lily wstała i otworzyła ptaku, który od razu wyciągnął nóżkę w jej stronę.
- Cześć, Piger. Co Ruby ode mnie chce? – Gryfonka pogłaskała zwierzątko, a następnie otworzyła klatkę jej własnej sowy, Roxy, by tam odpoczęło i napiło się świeżej wody.
                Lily zaczęła czytać i po chwili już wypadła z pokoju. Na schodach cudem uniknęła tragedii, ale w końcu udało jej się w całości dotrzeć do kuchni, gdzie przy stole pani Evans czytała gazetę. Spojrzała znad okularów na swoją młodszą córkę i uśmiechnęła się.
- Dzień dobry, Śpiochu. Spałaś do tej godziny, a taka zmęczona? – zapytała rozbawiona, widząc jej rozpaczliwą walkę o oddech.
- Cześć… Mamo, Ruby do mnie napisała. Planują z Phoebe pojechać do Vicky za kilka dni. Jej bracia wyjeżdżają pojutrze, więc na pewno ucieszyłaby się, jakby nie była sama. Mogę jechać?
- Oczywiście, że tak. – Mary wstała i przytuliła mocno córkę. – Jestem z ciebie taka dumna.
- Ale dlaczego? – Lily wyglądała na zagubioną.
- Ponieważ potrafisz docenić wartość przyjaźni.

                Dzień wyjazdu jak na złość nie chciał nadejść. Lily czekała spakowana od tego samego wieczora, kiedy dostała list od przyjaciółek, a gdy następnego dnia dostała sowę od Remusa, że on i Huncwoci też planują jechać, nie mogła znaleźć dla siebie miejsca. Zastanawiała się czy nie zmienić ciuchów na bardziej dziewczęce, ale szybko się opamiętała. Nie jedzie tam dla Pottera.
                Wieczór przed wyjazdem był nie do zniesienia. Przez kilka godzin rzucała się w łóżku, nie mogąc zasnąć. Chciała jak najszybciej wyrwać się z domu. Skrycie cieszyła się, że chociaż przez kilka pięknych dni nie będzie musiała patrzeć na swoją starszą siostrę, Petunię.
                Siostry były kiedyś najlepszymi przyjaciółkami, jednak wizyta pewnego oryginalnego, starszego pana w dzień jedenastych urodzin Lily zmienił wszystko. Albus Dumbledore przyszedł, chociaż może lepszym określeniem byłoby, że przybył do ich domu, by poinformować rodzinę Evans, że Lilyanne jest czarownicą i została przyjęta do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Rodzice jak już otrząsnęli się z szoku, byli bardzo szczęśliwi i podnieceni. „Mamy w rodzinie czarownicę! To nie cudowne?” powtarzali później cały czas. Petunia jednak odebrała to zupełnie inaczej. Odsunęła się od siostry i można by nawet pomyśleć, że ją znienawidziła, co jednak nie jest prawdą. Po prostu była zazdrosna, że ona sama nie została wyróżniona w taki sposób. Przez to znienawidziła magię, wszystko co z nią związane, a siostrę zaczęła nazywać „dziwadłem” i nie chciała mieć z nią nic do czynienia.
                Lily na początku bardzo odczuła utratę Petunii, jednak w Hogwarcie zyskała nowe siostry i przestała się przejmować tą rodzoną. Skoro jej nie zależało na ich kontakcie, to dlaczego Rudowłosej miałoby zależeć.

                W końcu nadszedł długo wyczekiwany dzień i Lily przestała tak entuzjastycznie do niego podchodzić. To nie był wyjazd jak co roku, by spędzić czas z przyjaciółkami na zabawie, ciesząc się wakacjami. Jechała tam wspierać Vicky po bolesnej stracie i dotrzymywać jej towarzystwa.
                O godzinie 13 w salonie Evansów z kominka wyszły dwie identyczne, blondwłose dziewczyny. Porozmawiały chwilkę z rodzicami Lily i kilka minut później wszystkie trzy zniknęły w zielonych płomieniach. Rudowłosa nigdy nie preferowała tego typu podróżowania, ale miało ono swoje plusy. Na przykład fakt, że już kilka sekund po wypowiedzeniu adresu stała na dywanie w salonie Howellsów. Rozejrzała się zaciekawiona po pomieszczeniu, ale jej wzrok zatrzymał się na postaci skulonej na kanapie.
                Vicky wyglądała jeszcze gorzej niż w Hogwarcie. Wychudzona, całkiem blada z przetłuszczonymi włosami. Można by odnieść wrażenie, że za chwilę się rozpadnie. Skierowała na nią puste spojrzenie brązowych oczu i Lily wiedziała już, że to zdecydowanie nie będzie przyjemna wizyta.

                Parę godzin później, gdy dziewczyny siedziały w ciszy, w salonie pojawiły się kolejne osoby. Pierwszy wyszedł chłopak o miodowych włosach i jasnych oczach, z twarzą pooraną licznymi bliznami. Remus otrzepał popiół z koszulki i wyszedł z kominka, robiąc miejsce kolejnym. Wtedy nastąpił huk, a na sam środek pokoju wytoczył cię niski, o pucołowatej twarzy Peter. Vicky wybuchła histerycznym śmiechem i pomogła mu wstać. Pettigrew przytulił ją lekko zmieszany i zaraz usiadł na kanapie przy stoliku z miską z czekoladkami. Remus od razu porwał Howells w ramiona i tak stali, gdy z kominka wyszła kolejna postać, na widok której Lily spąsowiała. Wysoki, czarnowłosy, o czekoladowych oczach, którymi zachwycał zza prostokątnych okularów. Stanął przy jednym z foteli, a wtedy pojawiła się już ostatnia osoba. Syriusz rozejrzał się stalowoszarymi oczami, z których bił taki smutek, że ciężko było znieść to spojrzenie. Jego wzrok padł na Vicky i westchnął. Razem z Jamesem wzięli ją w swoje objęcia.
- Nie smuć się, Mała. Już tu jesteśmy. – szepnął Potter, a ona ku zaskoczeniu wszystkich uśmiechnęła się.
- Przepraszam was, nie mogę się ogarnąć ze sobą. Odkąd Nicolas i Michael wyjechali nie umiem się odnaleźć tutaj. Teraz jest tak… pusto. – westchnęła cicho.
               

- I tak po prostu cię zostawili? – oburzył się Peter, a reszta odczuwała podobne emocje, co wyraźnie odbijało się na ich twarzach.
- Ustaliliśmy, że tak będzie najlepiej. Mają mnie odwiedzać co najmniej raz na dwa tygodnie, a za miesiąc będę już pełnoletnia.  – Vicky wzruszyła ramionami i wypiła łyk gorącej czekolady.
- Ale mówiłaś, że Nicolas chciał zostać… - Ruby zmarszczyła lekko brwi, co tylko dodało jej uroku.
- Tak, ale nie było takiej możliwości. Leanne ma niedługo urodzić, on pracuje, nie ma sensu, żeby mnie nańczył. Ma już swoje życie, a ja, jak już mówiłam, niedługo będę pełnoletnia.
                Zapadła głucha cisza, podczas której każdy wpatrywał się w swój kubek. Nad ich głowami uparcie bzyczała mucha, a świece na stole stawały się coraz mniejsze. Wszyscy gorączkowo rozmyślali jak pomóc przyjaciółce, która najwyraźniej nie potrafiła sobie poradzić z pustką w domu. Im dłużej z nią byli, tym coraz bardziej odżywała i widzieli w niej jakąś część dawnej Krukonki.
- Będziemy do Ciebie przyjeżdżać cały czas. – zaproponował Remus, unosząc głowę.
- O, to jest dobry pomysł! – Phoebe się wyraźnie ożywiła. – Co kilka dni będziemy się zmieniać.
- Przestańcie, nie widzicie, że to jest bez sensu? Teraz ze mną będziecie. Nie mogę oczekiwać, że będziecie się mną opiekować przez cały czas. – Vicky skrzyżowała ręce na piersi i gwałtownym ruchem głowy odrzuciła swoje długie, brązowe włosy na plecy.
                Wybuchła zażarta dyskusja, podczas której próbowali ustalić jak by to miało wyglądać. Ogólny harmider nie podobał się Peterowi. Był przerażony na myśl, że miałby spędzić kilka dni sam na sam z Vicky, której się bał okrutnie, a słyszał, że przyjaciele biorą go pod uwagę w swoich planach. Dziewczyny go przerażały, a ona szczególnie. Już sama jej twarz wyglądała, jakby była cały czas zła. Na dodatek była bardzo sarkastyczna, co dla biednego Pettigrew zawsze było pułapką.
- Zamieszkasz ze mną. – odezwał się nagle Syriusz, wywołując natychmiast ciszę w pomieszczeniu.
- Słucham? – Howells patrzyła na niego oczami jak spodki, podobnie jak pozostała szóstka.
- Dostałem w spadku po wuju Alfredzie dom w Dolinie Godryka. I tak miałem się wyprowadzić. – spojrzał na wstrząśniętego Jamesa i uśmiechnął się lekko. – Ale nie potrafiłem się na to zebrać, by nie zranić Euphemii i Fleamonta. Jednak teraz, w tych okolicznościach… Vicky potrzebuje kogoś blisko, a mi w tym wielkim domu przyda się towarzystwo. Oboje na tym korzystamy. – wzruszył beztrosko ramionami, przywołując na twarz swój huncwocki uśmiech.
- Ale… ale… - Vicky nie była w stanie wydusić z siebie słowa.
- Ale przecież mieszkasz z nami. – Rogacz miał minę zranionego dziecka, któremu rodzice zabrali sprzed nosa cukrowe pióro.
- Zmiana otoczenia może ci dobrze zrobić. – odezwała się Phoebe, ignorując Pottera, a Lily ochoczo jej przytaknęła.
- Tym bardziej, że w okolicy będzie też James, więc nie będziesz musiała spędzać całych dni z tym pomyleńcem. – Ruda wskazała niedbale Syriusza, który ryknął śmiechem, na co Peter ze strachu prawie spadł z krzesła.
- Ten dom jest duży. Dostaniesz swój pokój. – Black cały czas szczerzył swoje idealnie proste, białe zęby. – Będziesz nawet mogła mi pomóc urządzić wszystkie pomieszczenia.
- Och, dziękuję ci, Łaskawco. – mimo ironicznego tonu widać było, że zaczyna jej się ten pomysł podobać.
- No, to ustalone! – Ruby klasnęła zachwycona w dłonie. – Póki tu jesteśmy to pomożemy ci się spakować.
                Wtedy Lupin, który od tej szalonej propozycji siedział cicho, nagle wstał od stołu i wyszedł z jadalni. Przyjaciele spojrzeli po sobie zaskoczeni, a Vicky po chwili otrząsnęła się z szoku i wyszła za nim.
- Co mu się stało? – zapytał Peter.
                Nikt mu nie odpowiedział, tylko wpatrywali się w drzwi, za którymi zniknął.

                Vicky znalazła go na schodach przed domem. Usiadła obok i położyła głowę na jego ramieniu.
- Hej. – powiedziała cicho.
- Hej.
- Co się dzieje?
- Boję się o ciebie. – Remus westchnął ciężko i oparł swoją głowę o jej.
- Dlaczego?
- Syriusz rani dziewczyny. A ty jesteś moją przyjaciółką. Nie chcę żeby zranił ciebie. – na te słowa Howells wybuchła niepohamowanym śmiechem.
- Oj, Remus, Remus. I ty sądzisz, że ja mogłabym się zakochać w Syriuszu Blacku? – pokręciła z niedowierzaniem głową.
- Nie wiem, Vicky. On ma swoje sztuczki. – spojrzał na nią z troską w oczach. – Dość już wycierpiałaś.
                Umilkła. Wiedziała, że Lupin chce dla niej jak najlepiej. Wiedziała też, że nie chodzi o to, że jest zazdrosny. Byli najlepszymi przyjaciółmi, jak brat i siostra. Naprawdę się o nią martwił i bardzo ją to rozczuliło.
- Dziękuję ci, ale naprawdę potrzebuję nie być teraz sama. Nawet jeśli to oznacza, że musiałabym znosić tego arystokratę przez większość czasu. Do tego zawsze będę mogła tu wrócić. – skinęła głową w stronę domu.
- Masz rację. Z Syriuszem przynajmniej nie będziesz miała jak się tyle smucić. Już on o to zadba. – roześmiali się oboje i jeszcze chwilę tak siedzieli, rozmawiając i trzymając się pod ręce.
                Remus Lupin i Vicky Howells spotkali się w księgarni Esy i Floresy, na ulicy Pokątnej. Oboje z zachwytem przyglądali się tym wszystkim książkom, a krążąc tak z głowami uniesionymi w stronę regałów, wpadli na siebie. Jedenastoletni chłopiec jakoś utrzymał się na nogach, ale dziewczynka upadła. Pomógł jej wstać i żadne z nich nie przypuszczało wtedy, że to drugie stanie się dla niego największym oparciem i najlepszym przyjacielem.