wtorek, 27 grudnia 2016

Rozdział 4

W granatowych, puchowych bamboszach



- Co ty wyprawiasz? – warknęła Vicky, gdy Syriusz dziwnie wyginał się przed kasztanowym hipogryfem, który patrzył na niego pogardliwym wzrokiem.
- Próbuję go przekonać, by się odkłonił. – chłopak wydawał się zdeterminowany.
- Gibiąc się jak gibon? Miałeś się po prostu ukłonić i czekać.
- Nie działało. Pani profesor, mój hipogryf się zepsuł. – Black wyprostował się bezradnie, a klasa ryknęła śmiechem.
Vicky wyminęła młodego arystokratę i patrząc stworzeniu w oczy, pochyliła plecy ku ziemi. Chwilę później zwierzę odwzajemniło gest i dziewczyna mogła je spokojnie poklepać po dziobie.
- Zepsuł się, co? – zadrwiła, a hipogryf przytulił swój opierzony łeb do jej piersi. Okazał się bardzo uczuciowy i profesor Basil była zachwycona. Howells otrzymała dwadzieścia punktów dla swojego domu.
- Chciałbym, żebyśmy uczyli się o smokach. – mruknął tęsknie, patrząc jak para Ślizgonów karmi swojego hipogryfa martwymi fretkami.
- A ty ciągle o tym. W przyszłym roku będziemy o nich mieli.
- Ale tylko w teorii. Czy myślisz, że Berta załatwi jakieś jajo albo pisklaka? – Syriusz spojrzał w kierunku profesor, która wyzywała Rogera Hilla z Hufflepuffu, za próbę wyrwania pióra zwierzęcia, z którym ćwiczył.
- Wątpię. Chociaż nie pogardziłabym. A propos niebezpiecznych stworzeń, jak tam ta Puchonka, która od śniadania chce zabić Phoebe? – Vicky zachichotała, notując temat pracy domowej.
- Na obiedzie powiedziałem jej, że niestety moje serce należy do kogoś innego, dlatego nie możemy być razem. – chłopak teatralnie przyłożył rękę do piersi i westchnął. – Jednak moja wybranka mnie nie chce, a ja nie potrafię przestać o niej myśleć.
- I ona uwierzyła w tę bajeczkę? – Howells spojrzała na niego powątpiewająco i schowała pióro. – Każda dziewczyna w tej szkole cię pragnie i dałaby się pokroić, byle byś chociażby na nią spojrzał.
- Nawet ty? – na jego usta wkradł się chytry uśmieszek.
- Nie żartuj. Ja nie jestem idiotką. – dziewczyna zaśmiała się pod nosem, po czym zarzuciła torbę na ramię i ruszyła w kierunku zamku z Syriuszem u boku.



                W piątek popołudniu, gdy skończyły się wszystkie zajęcia, grupka Gryfonów po podaniu hasła (Gwieździste Szarfy), przeszła przez portret Grubej Damy i wkroczyła do Pokoju Wspólnego. Dziewczyny skierowały się do swojego dormitorium, a chłopacy zajęli ulubione miejsca na kanapie i fotelach. Dopiero po chwili zorientowali się, że jedno z siedzisk jest już okupowane.
- James! – krzyknął Peter rozsypując dookoła siebie pudełka z czekoladowymi żabami.
- Rogaś! Mordo ty moja! – Syriusz wstał i ucałował przyjaciela w policzek.
- Łapa, kretynie, odwal się. – Potter odepchnął go od siebie, ale na jego ustach czaił się delikatny uśmiech. – Wywiesili godziny egzaminów. – wskazał na tablicę ogłoszeń za swoimi plecami.
Remus od razu wstał i tam poszedł.

PONIEDZIAŁEK
9:00 – transmutacja
PRZERWA OBIADOWA
13:00 – opieka nad magicznymi stworzeniami
13:00 – starożytne runy

WTOREK
9:00 – obrona przed czarną magią
PRZERWA OBIADOWA
13:00 – mugoloznawstwo
13:00 – wróżbiarstwo

ŚRODA
9:00 – eliksiry
PRZERWA OBIADOWA
13:00 – zielarstwo
13:00 – numerologi

CZWARTEK
9:00 – zaklęcia
PRZERWA OBIADOWA
13:00 – historia magii
24:00 – astronomia

Chłopak wrócił po chwili z zapisanymi siedmioma kawałkami pergaminu. Podał przyjaciołom po jednym i zaczął analizować swój.
- Lunatyku, czym my sobie na ciebie zasłużyliśmy? – zapytał uradowany James, odgryzając głowę jednej z czekoladowych żab Petera.
- Niczym. - Remus się zaśmiał – Ale trzeba wziąć się za porządne powtórki. Każdego dnia mamy coś trudnego.
- Dopiero weekend się zaczął. No dobra, dobra! – Syriusz podniósł ręce w obronnym geście, widząc na sobie spojrzenie Lupina. – Niech ci będzie, jeden weekend jestem w stanie poświęcić nauce.
- Wybacz, że przejmuję się waszą edukacją, skoro wy się o nią nie martwicie.
- Nasze umysły są zajęte o wiele ciekawszymi rzeczami, mój przyjacielu. – Black wyszczerzył zęby i wyciągnął ze swojej torby podręcznik do transmutacji.

                Gdy pół godziny później Lily zeszła do Pokoju Wspólnego, zastała niecodzienny widok. Cała czwórka Huncwotów siedziała z podręcznikami na kolanach i zadawali sobie pytania w ramach powtórki.
- Co się stanie, jeśli zamiast ruchu nadgarstkiem w lewo przy zaklęciu pulvinus, szarpniesz różdżką w górę? – zapytał James, po czym uważnie zaczął przyglądać się trzymanej w ręce fasolce wszystkich smaków Bertiego Botta.
- Zamiast transmutować szopa w poduszkę wyjdzie sama poszewka? – niepewnie odpowiedział pytaniem Peter.
- Nie, to się dzieje jak obrócisz nadgarstkiem w prawo. Jak szarpniesz do góry, to wyjdzie pierze. – Syriusz przeglądał leniwie podręcznik w poszukiwaniu inspiracji do kolejnego pytania.
- Kolejny punkt dla Łapy. – mruknął Lupin zapisując kreskę na kawałku pergaminu.
- Proszę, proszę. Kto to się uczy. – spojrzenie czterech chłopaków skierowało się na Rudowłosą. – Muszę niestety ukraść Wam Remusa. Dzisiaj nasza kolej patrolowania korytarzy na czwartym i piątym piętrze.


                Po dwóch godzinach mieli już dość. Nie działo się nic niepożądanego i wiedzieli, że to zasługa długo wyczekiwanego wolnego. Wszystkim rocznikom czerwiec daje się we znaki i możliwość odpoczynku chociaż przez parę godzin w ciągu dnia, traktowana jest jak największy dar. Każdy doskonale wiedział, że jeśli nie wykorzysta do tego weekendu, to w ciągu tygodnia nie będzie miał na to najmniejszej szansy. Egzaminy końcowe jednak były już blisko, a po nich w końcu nauczyciele mieli przestać być tak wymagający. Lily i Remus nie rozmawiali dużo podczas patrolu, bo każde z nich było pogrążone we własnych myślach. Nagły, głośny huk sprowadził ich jednak na ziemię. Spojrzeli po sobie i pobiegli w stronę sali do obrony przed czarną magią, z której słychać było hałasy. Otworzyli drzwi, a ich oczom ukazało się spustoszenie.
- IRYTKU! – ryknęła pani prefekt, a szkolny poltergeist przerwał na chwilę i utkwił w niej małe oczka.
- Marchewa od Pottera mi rozkazuje! Na pewno będę słuchał! – i rzucił w nich trzymaną akurat metalową klatką.
- Irytku, przestań hałasować, bo będziemy musieli iść do pana Filcha, a rano zgłosić to dyrektorowi. – Remus skrzyżował ręce na piersi i patrzył surowo na ducha.
- Oooo! I kolejny prefekt-srefekt też się odzywa! Takie blizny ma na twarzy, a dalej się wymądrza. Chyba za mało mu przyłożyli!
                Na korytarzu dało się słyszeć już pospieszne kroki, zapewne szkolnego woźnego.
- Pan Filch już tutaj idzie, może prowadzi z sobą Krwawego Barona. – Lily z satysfakcją zauważyła, że poltergeist, który panicznie bał się ducha-rezydenta Slytherinu, zawahał się przed kolejnym rzutem.
                Niestety, Krwawy Baron się nie pojawił i próbowali go uspokoić wraz z woźnym i jego kotką jeszcze przez prawie godzinę i dopiero pojawienie się Dumbledora w granatowych, puchowych bamboszach zakończyło ich trudy. Prefekci przeszli się jeszcze po paru korytarzach, a następnie wrócili do swojej Wieży i natychmiast poszli spać.


                Kolejny tydzień był dla ósemki przyjaciół bardzo ciężki. Egzaminy po szóstym roku okazały się wyjątkowo trudne i nawet Syriusz nie narzekał już, że musi się tyle uczyć. Wszystkim zależało na dobrych stopniach, by móc kontynuować naukę wybranych przedmiotów na siódmym roku. Każdy już myślał coraz poważniej o swojej przyszłości, a warunkiem koniecznym, by ją do siebie przybliżyć, było ukończenie Hogwartu z dobrymi ocenami. Na dodatek wszyscy przejmowali się Peterem, który przyswoił najmniejszą ilość wiedzy w ciągu minionego roku, chociaż nie uczęszczał na tyle zajęć, jak jego przyjaciele. James cały czas się na głos zastanawiał, co Pettigrew robił w tym czasie, gdy oni mieli zajęcia bez niego, zamiast starać się trochę nadrobić zaległości. Odpowiedzi na to pytanie jednak nie znaleźli, bo nawet sam Peter nie pamiętał, czym się zajmował przez cały rok.


                James, Syriusz i Peter leżeli na swoich łóżkach w dormitorium. Był późny, czwartkowy wieczór, a egzaminy końcowe były już za nimi. Potter bawił się swoim złotym zniczem, który sobie przywłaszczył na piątym roku, Black przeglądał magazyn o quidditchu, a Pettigrew… Pettigrew jadł. Przez jakiś czas żaden z nich się nie odzywał, rozkoszując się wolnością. Nareszcie nie muszą się uczyć, nareszcie nie muszą się przejmować testami. Już nic nie mogli zrobić, tylko czekać na wyniki, które mieli otrzymać w ostatnim tygodniu szkoły.
- Jak myślicie, o której wróci Lunatyk? – Glizdogon przerwał powoli ciążącą mu ciszę.
W sypialni Huncwotów zawsze panował harmider i ten niecodzienny spokój wprawiał go w dyskomfort.
- Nie wiem. – Łapa zerknął na zegarek. – Za pół godziny zaczynają dopiero egzamin.
- Zaczynają? – Peter wydawał się bardzo poruszony tą informacją.
- Tak, zaczynają. Vicky i Phoebe też się uczą astronomii, jak możesz nie wiedzieć? – Black wydawał się bardzo zniesmaczony.
Jednak mimo grymasu, jego twarz nadal była wyjątkowo przystojna, a opadające na oczy przydługie włosy tylko dodawały mu uroku. Pettigrew nie raz patrząc na przyjaciela, przychodziła do głowy myśl, że naprawdę wygląda jak zbuntowany arystokrata.
- Opanuj się Łapciu, nie wszyscy pamiętają czego każdy z nas się uczy. – James kolejny raz z rzędu złapał znicza, gdy ten ledwo pojawił się w zasięgu jego rąk. – Lepiej zastanówmy się nad jakimś kawałem. Dawno nic nie zrobiliśmy.
                Chłopacy spojrzeli na siebie znacząco i chwilę później dyskutowali podekscytowani, jakby robili to pierwszy raz w swoim życiu.



                Długo wyczekiwana przed Huncwotów środa w końcu nadeszła, przynosząc kolejny ciepły dzień. Obudzili się pełni energii, bo już tego dnia mieli wykonać najlepszy kawał w swojej karierze. Pogoda była przednia, więc zapewne wszyscy uczniowie spędzą przerwę śniadaniową na błoniach, co bardzo im odpowiadało, bo właśnie poza murami zamku zamierzali wprowadzić ich plan w życie. A im więcej osób dosięgnie, tym zabawniej. Przepychając się, wesoło wbiegli do Pokoju Wspólnego, po czym przeszli przez portret Grubej Damy. Przed drzwiami do Wielkiej Sali ujrzeli trzy Gryfonki.
- Cześć, Evans. – James wyszczerzył się, mierzwiąc swoje i tak już niepoukładane włosy.
- Cześć, chłopcy. – Lily zmierzyła ich krytycznym spojrzeniem. – Co wy tacy zadowoleni jesteście?
- My? – Syriusz zamrugał niewinnie oczami. – Po prostu cieszymy się, że was widzimy!
- Jakbyśmy miały w to uwierzyć. – mruknęła Ruby do siostry, na co ta parsknęła śmiechem.
                Rozmawiali tak chwilę, aż dołączyła do nich Vicky i razem usiedli przy stole do śniadania. Jedli, żartowali i co chwilę wybuchali śmiechem. W pewnym momencie na Sali zapanowało poruszenie – przyleciała poranna poczta. Mała sówka wylądowała przed Howells przynosząc jej Proroka Codziennego. Dziewczyna wrzuciła knuta do woreczka przypiętego do nóżki ptaka, zabrała gazetę i zaczęła czytać.
- Mam nadzieję, że McGonagall trochę odpuści dzisiaj. – jęknęła Phoebe, zerkając w stronę stołu nauczycieli.
- Powinna. Zawsze tak robi po egzaminach. – James sięgnął po słoik z dżemem i posmarował swojego tosta.
                Vicky chwyciła swój puchar, do którego chwilę wcześniej Remus wlał jej sok dyniowy. Wzięła łyka i zamarła, nadal przyciskając naczynie do ust, co poskutkowało tym, że cały napój zaczął powoli wylewać jej się na szatę. Dziewczyna zbladła.
- Hej, Vicky, co się dzieje? – Lily z niepokojem spojrzała na przyjaciółkę.
Ta nic nie odpowiedziała, tylko odłożyła gazetę na stół, po czym wstała. Puchar z brzdękiem upadł na podłogę. Gryfoni spojrzeli po sobie zaniepokojeni, gdy Krukonka zaczęła iść powoli w kierunku wyjścia. Syriusz i James ruszyli za nią, dzięki czemu udało im się ją chwycić, zanim nieprzytomna zderzyła się z ziemią. Dziewczyny wrzasnęły przerażone i zerwały się ze swoich miejsc, jednak nie zrobiły nawet kroku, bo zobaczyły profesora Flitwicka, opiekuna Ravenclawu, profesor McGonagall i dyrektora zmierzających szybko w ich kierunku. Dumbledore wyczarował nosze i wraz z dwójką nauczycieli wyszli z Wielkiej Sali, powstrzymując wcześniej przyjaciół przed pójściem za nimi. Gdy tylko zniknęli za drzwiami, na Sali zapanowało poruszenie, a siódemka Gryfonów rzuciła się na Proroka, który nadal był otwarty na stronie, na której Vicky przestała go czytać.


CZY JESTEŚMY JESZCZE BEZPIECZNI?
Wczoraj późnym wieczorem w centrum Londynu doszło do zamieszek. Czworo zamaskowanych czarodziejów zaczęło mordować mugoli, którzy spędzali wolny czas w Covent Garden. Na miejscu pojawiło się kilku pracowników Ministerstwa Magii, jednak sprawców nie udało się złapać. Deportowali się po krótkiej walce z aurorami. Podejrzewa się, że za tym mordem stoją poplecznicy Lorda Voldemorta, czarnoksiężnika, który od kilku miesięcy niepokoi nasz świat. Nie można jednak tego w stu procentach potwierdzić, a pracownicy Ministerstwa odmawiają udzielenia komentarzy na temat owego zdarzenia.
W ataku zginęła para aurorów, Lucas i Susan Howells, osieracając trójkę dzieci, z których jedno nadal uczy się w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart.
Czy nasz świat jest zagrożony?
Czy stoimy u progu wojny?
Czy możemy jeszcze czuć się bezpiecznie?



niedziela, 18 grudnia 2016

Rozdział 3


Wszystko słyszę, Black.



- Proszę państwa, co za akcja! Potter dzisiaj jest lepszy niż kiedykolwiek! Gryfoni prowadzą 120:10! – krzyczał do mikrofonu Lee Jordan, piątoklasista z domu lwa – Coś nieprawdopodobnego! Znicz nadal się nie pojawił, ale emocje są niesamowite. DRAKE TY GNOJU, WALNIJ SIĘ TĄ PAŁKĄ W SWÓJ PUSTY ŁEB! Przepraszam pani profesor, już nie będę… Ale co to? Bell przejmuje kafla. Podaje do Clearwater, z powrotem do Bella, Clearwater, Bell unika tłuczka, podaje dalej do Pottera iiii…. TAK! 130:10 dla Gryffindoru!!!!
                Atmosfera była gorąca. Morze Gryfonów, Krukonów i Puchonów szalało. Wszyscy wrzeszczeli i skakali, a przez ten hałas buczenie Ślizgonów się nie przebijało. Nawet McGonagall podskakiwała w miejscu klaszcząc, przez co Albus Dumbledore za każdym razem, gdy na nią zerknął - chichotał. Syriusz krzyczał jak opętany i wymachiwał rękoma nad głową.
- TO JEST NIEMOŻLIWE! ON BYŁ UMIERAJĄCY! – Phoebe była cała czerwona z emocji.
Nagle tłuczek posłany przez Georgea Drakea trafił w twarz Emily Clearwater. Profesor Hooch odgwizdał przerwę i drużyny miały chwilę by odpocząć. James dyszał jak mała lokomotywa i czuł, że powoli traci siły. Lily Evans dodała mu ich bardziej niż jakiekolwiek eliksiry uzdrawiające, ale nawet jej słowa nie mogły mu pomagać w nieskończoność. Gorączkowo z resztą drużyny liczył. Prowadzą 120 punktami, jeśli Flynn Hayes złapie znicza, to o ile Slytherin nic nie wbije, muszą zdobyć jeszcze trzy gole i wygrają. Emily przybiegła do nich cała umazana krwią i powiedziała, że jest gotowa do gry. Miała złamany nos, ale powiedziała, że pozwoli się zaprowadzić do Skrzydła Szpitalnego dopiero po meczu, a Hootch nie zdążył rzucić nawet na nią zaklęcia znieczulającego, bo już była przy drużynie.
- Wystartowali! Clearwater to twarda dziewczyna, byle uraz nie wytrąci jej z gry. Widzisz Drake, możesz wsadzić sobie tę pałkę, bo i tak nic Ci nie da! – Lee szybko odsunął się od McGonagall, która łypnęła na niego groźnie, ale nic nie powiedziała. – Howard podaje do Ridera, ten do Gorana iii… NIE!!! 10 punktów dla Slytherinu. Mamy 130:20. – Ślizgoni wiwatowali, a reszta trybun buczała, wstrząśnięta szybką akcją przeprowadzoną przez dom węża. – Goran znów ma kafla, podaje do Howarda i przechwytuje go Clearwater! Leci w stronę pętli, nie może podać, bo ją blokują, dwa tłuczki mijają ją niebezpiecznie blisko, strzela i GOOOL! 140:20 dla Gryffindoru! Potter leci z piłką, tłuczek trafia go w brzuch, ale nie wypuszcza kafla z ręki, podaje do Bella, ten do Clearwater, Bell, Potter, Bell i ZNÓW GOL! 150:20! Rider leci w stronę pętli Gryfonów, mija Bella, i podaje do Gorana, ten strzela ii…. TAK! COLES BRONI! Kafel w posiadaniu Gryfonów, Clearwater podaje do Bella, ten do Pottera i znów Clearwater, oddaje Potterowi, ten rzuca i trafia! 160:20 dla Gryffindoru!
- Jeszcze 10 punktów, Flynn łapie znicza i wygrywamy! – krzyczała Ruby, a gdy do reszty to dotarło, zaczęli dopingować swoją drużynę jeszcze bardziej. Hagrid wymachiwał flagą ponad głowami uczniów, dzięki czemu było ją widać najlepiej z wszystkich.
- A co to? Czy Hayes dojrzał w końcu znicza? Ruszył w kierunku pętli Ślizgonów, a Black już leci za nim. Ale co się dzieje! Potter jest tuż nad nimi z kaflem w ręku! Hayes wyciąga już rękę w stronę złotej piłki! Potter rzuca i trafia! 170:20 dla Gryffindoru! OOOOCH!!!!! – Lee wrzasnął, a trybuny razem z nim.
A chwilę później wszystko ucichło. Szukający Gryfonów nie zdążył poderwać miotły i zderzył się z ziemią. Leżał między bramkami i się nie ruszał. Profesor Hootch już leciał w jego kierunku, razem z resztą drużyny, gdy ten nagle drgnął.
- Unosi lewą rekę. Czy to… Czy widzę złoty błysk? TAK! FLYNN HAYES ZŁAPAŁ ZNICZA! GRYFFINDOR WYGRYWA ZE SLYTHERINEM Z WYNIKIEM 320:20!!!
                Dopiero wtedy wybuchło największe zamieszanie. Wszyscy wiedzieli, jaką przewagę musieli uzyskać Gryfoni, żeby zdobyć Puchar i chociaż wydawało się to niemożliwe, dokonali tego.
                Lily piszczała razem z Phoebe i Ruby, Remus ściskał Petera, a Syriusz chwycił najbliżej stojącą Vicky i ją pocałował. Ona z tej radości nawet nie zareagowała wybuchem furii, tylko rzuciła się na Hagrida wrzeszcząc „WYGRALIŚMY!”. A już chwilę później biegli, by pogratulować przyjacielowi.
                Albus Dumbledore szedł w stronę drużyny Gryfonów z uśmiechem na ustach, niosąc Puchar Quidditcha, a za nim biegła zapłakana profesor McGonagall. Dyrektor wręczył nagrodę pałkarzowi i kapitanowi Kevinowi Reyesowi, a ten uniósł go wysoko nad głowę, przy wtórze wiwatów większości Hogwartu. Następnie przekazał go Jamesowi, którego zaraz cały zespół wziął na ręce, bo to on zdobył w tym meczu aż 10 bramek.

                Impreza z okazji zwycięstwa musiała się odbyć w Skrzydle Szpitalnym, bo dwóch ścigających i szukający zwycięskiej drużyny musieli być pod opieką pielęgniarki. Jednak nie przeszkodziło im to w dobrej zabawie. Pani Pomfrey i dyrektor wyjątkowo wyrazili zgodę na świętowanie, bo żadnych innych pacjentów nie było. Poppy zamknęła się w swoim pokoju, wyciszając go, jednak ostrzegła wszystkich, że wcześnie rano jej pacjenci mają już odpoczywać.
               
                Bawili się wyśmienicie. Huncwoci załatwili kremowe piwo i ognistą whisky, a dziewczyny przyniosły z kuchni mnóstwo jedzenia. Łóżka ułożyli w taki sposób, by utworzyły boksy do siedzenia, robiąc jednocześnie miejsce na ogromny parkiet. James nie pił za dużo, ale nie mógł odmówić sobie przyjemności tańczenia. Phoebe nie pozwalała jednak, by się za bardzo przemęczał i co jakiś czas odganiała jego aktualne partnerki i pilnowała, by odpoczął przez kilka kawałków. Gdy nagle gdzieś zniknęła, zobaczył przed sobą Lily. Wstał i podszedł do niej.
- Zatańczysz, Evans? – wyszczerzył zęby i podał jej dłoń, którą chwyciła.
Przetańczyli razem parę piosenek, a gdy skończyli, usiedli z przyjaciółmi i jeszcze raz przeżywali ten mecz.
- Ja nadal nie rozumiem, jakim cudem wytrzymałeś i jeszcze zagrałeś tak niesamowicie! – Ruby wypiła łyka ognistej i mocno się skrzywiła.
- Nie mogłem przegrać tego meczu. – Rogacz poczochrał swoje włosy i puścił oko do Rudej, która odwróciła głowę, czerwieniąc się.
- Tak czy siak, byłeś niesamowity, Stary. – Łapa poklepał go po plecach i ruszył w stronę ciemnowłosej Puchonki, która prezentowała swoje długie nogi w krótkiej sukience.
                Chwilę później na parkiet wkroczyli Vicky z Remusem, Lily z Lee Jordanem, Ruby z Peterem i James został z Phoebe. Dziewczyna oparła na jego ramieniu swoją głowę i westchnęła.
- Cieszę się, że wygraliście. Nie zniosłabym puszenia się Ślizgonów do końca roku i pewnie jeszcze cały następny.
- Do tego Syriusz ma satysfakcję, że jego brat wcale nie jest takim wspaniałym szukającym. – Rogacz zaśmiał się cicho i bawił się kosmykiem włosów przyjaciółki.
- Nie chcę by ten wieczór się kończył. Jutro trzeba odrobić wszystkie zadania i zaczął powtarzać do egzaminów, bo to już za tydzień…
- O nie. – chłopak stanowczo jej przerwał. – Nie będziemy dzisiaj rozmawiać o nauce.
                Wyciągnął ją śmiejącą się na parkiet i gdy tak tańczyli czuł, że jest naprawdę szczęśliwy.


                Poniedziałkowy poranek przyszedł stanowczo za szybko. Lily, Ruby i Phoebe bardzo niechętnie wyszły z łóżek i po doprowadzeniu się do porządku, skierowały kroki w stronę Wielkiej Sali. W Pokoju Wspólnym spotkały trzech Huncwotów i razem poszli na śniadanie. Siostry Marshall i Remus kłócili się co dzisiaj powinni powtarzać, a Syriusz zerkał tylko na nich zaspanym wzrokiem.
- Naprawdę? Jeszcze zajęcia się nie zaczęły, a wy już o wieczornych powtórkach. Może odpuśćcie sobie zajęcia i od razu idźcie się uczyć. – zakpił i nałożył na swój talerz górę jajecznicy z bekonem. – Cześć, Piękna! Coś niemrawo wyglądasz.
Vicky usiadła koło Lupina i ziewnęła potężnie. Włosy miała w nieładzie, jakby w ogóle ich nie rozczesała, a jej twarz przybrała odcień szarości.
- Cześć. Nic mi nie mówcie. Uczyłam się do późnej nocy, bo dzisiaj eliksiry. Slughorn mnie nienawidzi, a zapowiedział przecież, że będziemy musieli uwarzyć z pamięci antidota na różne trucizny, w ramach powtórki do egzaminów. Do tego na ocenę! Na pewno dostanę jakieś najgorsze draństwo. – jęknęła i położyła głowę na stole. Po chwili już spała.
- Biedna. Gdyby była w Gryffindorze nie przejmowałaby się tak nauką. – stwierdził Peter odrywając się na chwilę od swojego naleśnika. On sam nie umiał za dużo na owe zajęcia, ale nie martwił się. Przyjaciele zawsze mu pomagali, jak tylko mogli.
- Masz rację, Glizdku. – Syriusz poklepał go po ramieniu. – Nasza kochana Howells za bardzo nam się przemęcza, bycie krukonką jej nie służy. Oni wszyscy pewnie tam się tylko uczą i uczą. To wywołuje presję. – na jego twarzy pojawiło się przerażenie. – Merlinie, jakbyśmy mieli więcej Luniaczków u nas, też by tak było.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem, oprócz Remusa, który zmrużył groźnie oczy.
- Taak? A ty co się tak nagle czule wyrażasz o Vicky? Zakochałeś się czy co? – spojrzał na Łapę kpiąco, który był szczerze zdumiony.
- Ja w niej? Ona jest zbyt wielką zołzą, żeby mi to groziło…
- Wszystko słyszę, Black. – wymamrotała Krukonka i podniosła głowę by coś zjeść.
- … a poza tym wolę łatwe, nieskomplikowane dziewczyny. – zakończył Syriusz zerkając z ukosa na Petera, który nakładał na swój talerz górę puddingu czekoladowego.
- Jak ta Puchonka z sobotniej imprezy? Patrzy cały czas tutaj. Aż bym cię pocałowała żeby zobaczyć jej reakcję. – Phoebe zachichotała, gdy Syriusz nadstawił jej usta ułożone w dziubek. Cmoknęła go szybko i spojrzała w stronę stołu Hufflepuffu. – Chyba mnie nienawidzi.

Po eliksirach wszyscy z wyjątkiem Phoebe, która miała wróżbiarstwo i leżącego w szpitalu Jamesa, udali się na błonia i rozsiedli nad jeziorem. Vicky położyła głowę na kolanach Remusa i chwilę później już spała. Ten oparłszy się o pień drzewa wyciągnął podręcznik do starożytnych run i zaczął czytać. Peter jadł, Ruby wypytywała Lily o różnie niemagiczne przedmioty, bo musiała się przygotować do pisania wypracowania na mugoloznawstwo, a Syriusz po prostu leżał na trawie i wpatrywał się w niebo. Nagle nad ich głowami pojawiła się sowa, która wylądowała koło Blacka i wystawiła w jego stronę nóżkę z listem.
- Co to? – zapytał od razu Peter, zanim wepchnął sobie do ust kociołkowego pieguska.
- Dorcas mi odpisała. – mruknął Łapa, czytając wiadomość.
- Meadowes? Ta która w zeszłym roku skończyła Hogwart? – zaintrygowana Ruby spojrzała w jego stronę.
- Tak, to ona.
- Po co do ciebie pisze?
- Tak jakby spotykaliśmy się trochę, jak jeszcze była w szkole. Teraz czasem coś do siebie napiszemy.
- Myślałam, że jak zrywasz z dziewczyną, to unikasz jakiegokolwiek kontaktu z nią. – Lily uniosła wysoko brwi.
- Bo tak jest, ale z Dor jest inaczej. – Syriusz chciał zakończyć ten temat, ale zdawał sobie sprawę, że przyjaciele tak łatwo mu nie odpuszczą.
- Jak to jest inaczej? Co to znaczy? – Remus odłożył książkę i wpatrywał się w Blacka z rosnącym zainteresowaniem.
- Po prostu mogę z nią porozmawiać o wielu sprawach. – po tych słowach Łapa nie powiedział już nic w sprawie Meadowes, mimo, że wszyscy próbowali wyciągnąć z niego jak najwięcej. W końcu dali sobie spokój, ale wiedział, że będą próbowali z zaskoczenia wymusić na nim jakieś wyznania.
                Syriusz Black był bardzo skrytą osobą. Nigdy nie rozmawiał o swoich uczuciach, a dla zdecydowanej większości społeczności Hogwartu był podrywaczem bez serca i jedyne na czym mu zależało, to na dobrej zabawie. Przyjaciele wiedzieli, że prawda jest nieco inna, ale jeszcze nigdy nie otworzył się przed nimi. Nawet Jamesowi, któremu mówi bardzo dużo, nie zwierza się ze wszystkiego.
Gdy w poprzednie wakacje Syriusz wyprowadził się z domu rodzinnego i zamieszkał u Potterów, miał nadzieję, że nauczy się rozmawiać o problemach. Bardzo mu czasem brakowało wyrzucenia z siebie swoich żali, jednak nadal nie potrafił się na to zdobyć w obawie, że przyjaciele stwierdzą, że jest słaby. Dopiero list od Dorcas Meadowes, który otrzymał w okolicy tegorocznych świąt wielkanocnych, zmienił w minimalnym stopniu jego postawę. Przechodził wtedy bardzo ciężki okres i nie umiał sobie poradzić z nową dla niego sytuacją, a dziewczyna spadła mu jak z nieba. Postanowił przełamać się i ku swemu zaskoczeniu odnalazł oparcie w kimś, kogo by o to nigdy nie posądzał. Dorcas była dla niego bardzo cierpliwa, a swoją dobrocią nieustannie go zadziwiała, przez co łatwiej było mu przezwyciężyć swój opór i w końcu zwierzyć się jej z wielu rzeczy.
Ciemnowłosy Gryfon westchnął i wyciągnął z torby pergamin, pióro i kałamarz, po czym zaczął odpisywać.


niedziela, 11 grudnia 2016

Rozdział 2

Ale żeby porównać ich do ziemniaków?

 
 
                Historia magii wyjątkowo minęła Lily bardzo szybko. Okazało się, że Ruby ma jeszcze większy talent do wymyślania niestworzonych rzeczy, niż wcześniej jej się wydawało. Esej z zielarstwa autorstwa przyjaciółki byłby genialny, gdyby choć jedno zdanie było prawdziwe. Jednak dając je do przeczytania takiemu Peterowi miałoby się pewność, że uwierzy w każde słowo. Tak fenomenalnie było ono napisane. Wystarczyło zmienić słowa z tych złych – na dobre. Jedyna trudność w poprawianiu go polegała na tym, że Lily musiała być cały czas maksymalnie skupiona czy sama nie ulega urokom pisanych kłamstw przyjaciółki. Uwinęła się nawet szybciej niż myślała, bo chwilę po rozpoczęciu przerwy obiadowej skończyła, a Ruby aż do zielarstwa przepisywała uradowana wypracowanie. Co jakiś czas rzucała tylko jedzeniem w Syriusza, który próbował ściągnąć od niej zakończenie.
                Po obiedzie pożegnali się z Vicky, która wyciągając z włosów kawałki ziemniaka, ruszyła na numerologię, mamrocząc pod nosem coś o niedojrzałych palantach. Gryfoni poszli w stronę cieplarni śmiejąc się z Syriusza, który opowiadał jakieś dowcipy.
               
                James leżał w Skrzydle Szpitalnym i czekał aż znów w końcu zaśnie. Od godziny dręczyły go okrutne dreszcze, przez co przebudzał się co kilka minut. Pani Pomfrey była u niego raz, by podać mu kolejną dawkę eliksiru pieprzowego, co sprawiło tylko tyle, że się pocił jeszcze bardziej. Zamknął oczy i skupił się na swoim oddechu. A przynajmniej próbował, bo chwilę później jego myśli odpłynęły. Jego przyjaciele na pewno są już po obiedzie i teraz siedzą na eliksirach. Nie… dzisiaj jest piątek, więc na zielarstwie. Na pewno się gotują, bo w cieplarni w czerwcu zawsze panuje gorączka i zaduch. Zaraz potem przypomniał sobie o quidditchu i jutrzejszym meczu, co sprawiło tylko tyle, że poczuł się jeszcze gorzej. On, James Potter, zawiedzie drużynę, z powodu głupiej choroby. Jeszcze gdyby chodziło o jakieś poważne obrażenia, ale choroba? Westchnął cicho i w końcu zasnął.
                Obudził go jakiś szmer. Otworzył powoli oczy i z przerażeniem odkrył, że widzi podwójnie. Musiał zrobić jakąś dziwną minę, bo dziewczyna stojąca nad nim, zaczęła się śmiać.
- Cześć James, już nas nie poznajesz? – Phoebe wyszczerzyła zęby i dopiero wtedy do niego dotarło.
- Myślałem już, że ze mną gorzej i zaczyna mi się dwoić przed oczami, ale na szczęście to tylko wy. – zaśmiał się cicho i spróbował usiąść, ale nie miał siły. Syriusz i Remus mu pomogli i podali okulary.
- Fatalnie wyglądasz. Chyba nie uda Ci się zagrać jutro. – powiedziała Ruby ze współczuciem.
- Coś ty, jutro będę świeży jak poranek. – poczochrał sobie włosy i kątem oka zauważył, że rudowłosa dziewczyna pokręciła głową.
- Nawet ledwo żywy pozostajesz sobą, Potter. – odezwała się rozbawiona Lily, a chwilę później wszyscy chcieli mu opowiedzieć, co się działo na zielarstwie.
Wesołą wrzawę przerwał huk otwieranych drzwi. Gryfoni spojrzeli w tamtą stronę i ujrzeli Vicky, która była zła jak osa. Szybkim krokiem przemierzyła trasę do łóżka Jamesa i opadła na nie zrzucając torbę na stopy pacjenta.
- Czy do Hufflepuffu przydzielają jakieś ziemniaki? – wybuchła. – Ja rozumiem, że może nie jestem miss świata, nie jestem też najmądrzejsza w Hogwarcie, ale do cholery czy ja przyciągam jakichś samych niedorozwojów? Każdy chłopak z którym umawiałam się w tej szkole, okazywał się prędzej czy później jakimś psychopatą. – mówiła tak szybko, że ledwo nadążali – Ale dzisiaj ten… ten.. ten PUCHON, przekroczył wszelkie granice mojej wyobraźni. Wyobraźcie sobie, że siedzę sobie spokojnie na numerologii. Skupiam się i po raz kolejny odczytuję liczbę cyklu życia, bo potrzebowaliśmy tego do dalszych ćwiczeń, a tu nagle ląduje przede mną kartka. Myślę sobie, jakiś liścik i oczywiście to był liścik. A treść brzmiała następująco: „umówisz się ze mną?”. Widziałam, że ten wypłosz się na mnie patrzy, a nie wygląda nawet na takiego, jaki jest, więc odpisałam, że chętnie i przez sekundę, przez jedną, krótką sekundę pomyślałam, że może okaże się on miłym chłopakiem i w końcu coś mi się ułoży. Ale wtedy on musiał odpisać. I wiecie co przeczytałam na tym cholernym pergaminie? Nie wiecie? To ja wam powiem. „Okej, to dzisiaj wyślę sowę do mamy czy mogę i  myślę, że w weekend możemy się spotkać. Ale przyjdę z kolegą, bo się trochę wstydzę. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko.” Mam. Nadzieję. Że. Nie. Masz. Nic. Przeciwko. – ostatnie słowa wypowiedziała tak cicho, że było to bardziej przerażające, niż gdyby zaczęła krzyczeć na wszystkich.
                Nikt nie odważył się odezwać i w spokoju próbowali przetrawić te informacje. Jednak w końcu siostry Marshall nie wytrzymały i wybuchły głośnym śmiechem, a chwilę później dołączyła do niej reszta Gryfonów. Howells patrzyła na nich z nienawiścią w oczach i czekała, aż się uspokoją, wbijając w materac długie paznokcie.
- Słyszałem wiele określeń na Puchonów, ale żeby porównać ich do ziemniaków? – w końcu wykrztusił z siebie Syriusz, czym wywołał kolejny napad śmiechu u przyjaciół.
- Tylko tyle do Ciebie dotarło z tego co mówiłam? – oczy Vicky zrobiły się małe jak szparki, a oświetlenie w pomieszczeniu lekko zamigotało.
- Jak tak bardzo Ci brakuje randek, to mogę się z Tobą umówić. – wyszczerzył się arystokrata, a Lily zakryła całą twarz w dłoniach, bo łzy śmiechu niekontrolowanie popłynęły z jej oczu.
- Przed chwilą powiedziałam, że mam dość niedorozwojów, a Ty proponujesz mi randkę, Black?
                Jeszcze przed kilkanaście minut nie mogli się uspokoić i wszyscy się zgodzili, że Vicky jest skazana na życie z milionem kotów i zostanie nauczycielką w Hogwarcie.
- A propos kotów! – wykrzyknęła Phoebe – Widziałam, że Filch ma nową przyjaciółkę. Zwracał się do niej Pani Mason, więc może tak się nazywała jego żona.
- Ty masz jakąś obsesję. Skąd Ci się wzięło, że miał kiedykolwiek żonę? – Ruby spoglądała na siostrę jak na wariatkę
- Musiał mieć i coś musiało się stać, bo dlaczego byłby taki niemiły?
- Bo jest starym zgredem i tylko próbuje utruć wszystkim życie. Szczególnie nam. Chociaż sam nie wiem czy to jednak nie jest urozmaicanie. Wesoło z nim czasem mamy. – James się zamyślił.
                Nikt z uczniów nie lubił Argusa Filcha, a on nienawidził ich. Jednak Hogwart bez gburowatego woźnego to nie byłby ten sam Hogwart.

                Lily rozsiadła się wygodnie w fotelu i patrzyła jak Remus i Vicky rozkładają szachy, a Phoebe i Ruby grają w eksplodującego durnia. Peter gdzieś zniknął, a Syriusz pojawił się w Pokoju Wspólnym Gryffindoru chwilę później. Spojrzał na Howells i pokręcił głową. Już dawno wszyscy się przyzwyczaili, że Krukonka spędza czasem wieczory nie w swoim domu. Zazwyczaj zostawała od razu na noc i po prostu spała z którąś z przyjaciółek, bo łóżka były tak duże, że spokojnie można było się w dwie osoby wyspać.
- A ty gdzie idziesz? – zapytała Evans, bo widziała, że trzyma w ręce miotłę.
- Na trening. Muszę trochę poćwiczyć, bo jak James nie wydobrzeje…
- A nie wydobrzeje. – wtrąciła Ruby obserwując uważnie odsłaniające się karty.
- … to mam go zastąpić w jutrzejszym meczu. Ostatni raz grałem w wakacje, bo Rogacz prosił mnie, bym z nim trochę potrenował. Ciężko to widzę.
Po tych słowach zniknął za portretem Grubej Damy.


- Vicky, wstawaj, dzisiaj mecz Gryfonów. – Howells otworzyła oczy i jęknęła przeciągle.
Między niebieskimi kotarami łóżka przedzierało się słońce i świeciło prosto w jej lewe oko. Krukonka usiadła na brzegu łóżka i przeciągnęła się. Jej współlokatorki też wyglądały na zmęczone, dwie snuły się po dormitorium jak cienie, a dwie jeszcze leżały. Vicky kilkakrotnie już zastanawiała się czemu tak naprawdę nie może się dogadać  z dziewczynami, z którymi dzieli sypialnię od tylu lat.
                Pandora Ifans była słodka, ale bardzo dziwna. Drobna, blondwłosa czarownica fascynowała się zaklęciami, a jej pasją była astronomia. Od pierwszego roku powtarzała, że marzy, by nazwać swoją córkę Luna. Howells lubiła ją, ale krępowało ją świdrujące spojrzenie dużych oczu dziewczyny, do którego nie mogła się przyzwyczaić. Do tego Pandora większość czasu spędzała na wymyślaniu nowych zaklęć i nie kwapiła się do integracji z innymi uczniami.
- Widziałyście gdzieś moją różdżkę? Na dzisiejszy mecz muszę zmienić barwy mojego szala na barwy Gryffindoru… - Ifans zniknęła pod łóżkiem i chwilę później pojawiła się znów, ale bez zguby.
- Może zostawiłaś ją w łazience? – podsunęła Alicja Dale, rozczesując swoje długie, ciemne włosy.
Z nią Vicky się dogadywała bardzo dobrze i do początku czwartego roku spędzały ze sobą dużo czasu. Alicja jednak zaczęła się wtedy spotykać z Christianem Bellem z Gryffindoru i poświęcała mu każdą wolną chwilę, uczyli się również razem, także od tamtej pory widywały się tylko w dormitorium i na lekcjach.
                Patricia Johnson i Margaret Flower, które dopiero zaczynały się powoli budzić, były nierozłączne od pierwszej podróży do Hogwartu. Zaprzyjaźniły się i sprawiały wrażenie, jakby nie chciały stałego towarzystwa kogoś innego. Zawsze były bardzo miłe, nie unikały rozmowy, a gdy robiły sobie wspólne wieczory w dormitorium, to bawiły się z nimi, ale czuć było dystans. Na dłuższą metę wolały trzymać się w dwie.
                Howells czasem żałowała, że nie przydzielili jej do Gryffindoru. Tam miała przyjaciół i tak naprawdę do ich domu przynależała, ale Tiara zdecydowała, że powinna trafić do Ravencalw. Krukoni są wspaniałymi ludźmi, ale nie potrafiła znaleźć z nimi wspólnego języka. Miała kilku znajomych, z którymi spędzała czas, gdy nie dzielili lekcji z Gryfonami, ale nie można było tego nazwać przyjaźnią.
                Gdy już się cała wyszykowała, zaczekała na współlokatorki i razem poszły na śniadanie. W Sali Wejściowej ktoś nagle zasłonił jej oczy, a w jej nozdrza wkradł się intensywny, ale przyjemny, męski zapach. Pomacała dłonie chłopaka, jednak nie rozpoznała ich.
- Nie mam pojęcia kim jesteś. – westchnęła i z utęsknieniem czekała, aż będzie mogła zjeść jajecznicę.
- No wiesz co, nawet nie próbowałaś zgadnąć. – James zawiedziony opuścił ręce, a Krukonka szybko się odwróciła.
- Co ty tu robisz?! Nie powinieneś być w Skrzydle Szpitalnym? Nie wyglądasz na zdrowego. – zmierzyła go oceniającym wzrokiem i skrzyżowała ręce na piersi.
- Pomfrey dała mi końską dawkę jakiegoś jej nowego eliksiru i trochę mi lepiej. Powiedziała, że na kilka godzin powinno wystarczyć, bym dał radę zagrać w meczu, ale potem czeka mnie kilka dni kuracji i odpoczynku. – tłumaczył ścigający Gryffindoru, gdy szli w stronę przyjaciół, który patrzyli na niego zaskoczeni.
- A fy czo? – zapytała Ruby z pełnymi ustami.
- Nie mogłem sobie odpuścić meczu. Jak wczorajszy trening, Łapo? – zapytał Potter, nakładając sobie kilka tostów. Był głodny jak wilk.
- Tragicznie. Cieszę się, że jednak jakoś możesz zagrać, bo ja się kompletnie nie nadaję. Może jakbym więcej poćwiczył… Nie zdawałem sobie sprawy na jak wysokim poziomie gracie. Z trybun nie wygląda to aż tak zaawansowanie. Jeśli nadążasz za Bellem i tą młodą Clearwater, to podziwiam. – Syriusz był trochę urażony, że nie jest tak dobry w quidditcha, by móc zastąpić Jamesa, ale nie dziwił się, bo drużyna cztery dni w tygodniu trenuje, nieważne czy jest słońce, czy deszcz lub śnieg.
- Ile ta Clearwater ma lat? Wygląda na dwanaście… - Phoebe spojrzała pytająco na Rogacza.
- Trzynaście. Ale jest naprawdę dobra. Ma dziewczyna talent.
                Pojawienie się Jamesa na śniadaniu podniosło morale drużyny i dało nadzieję Gryfonom, Krukonom i Puchonom, że może uda się uchronić Puchar Quidditcha przed łapami Ślizgonów. Jednak jego przyjaciele widzieli, że nadal jest z nim ciężko i jeśli szukający szybko nie złapie znicza, to będzie źle.

                Syriusz, Remus, Peter, Phoebe, Ruby, Vicky i Rubeus Hagrid, gajowy Hogwartu, zajęli już miejsca wśród morza ludzi w barwach Gryffindoru. Hagrid trzymał wielką flagę z głową lwa, a Syriusz i Remus wypuścili fajerwerki, które aż do pojawienia się graczy na boisku, miały po kolei wymieniać nazwiska członków drużyny.
- A gdzie jest Lily? – spytał gajowy Hogwartu, rozglądając się ze zmarszczonymi brwiami.
- Gdzieś musiała się zgubić, bo szła z nami aż do stadionu. – Ruby też zaczęła wypatrywać przyjaciółki.

                Tymczasem Lily Evans stała pod drzwiami szatni Gryfonów, bijąc się z myślami. Nie była pewna czy chce zrobić to, co planowała, ale pragnęła pomóc drużynie. Cały czas rozdarta w końcu zebrała się w sobie i weszła do środka. Zespół siedział w ciszy po przemowie ich kapitana i nikt nie zwrócił na nią uwagi. Chwilę później wstali, chwycili miotły i ruszyli do wyjścia. Na samym końcu był wysoki, czarnowłosy chłopak w okularach. Jedną ręką zrobił na swojej głowie jeszcze większy bałagan, a w brzuchu Rudowłosej coś się ścisnęło. Była zaskoczona reakcją swojego organizmu, w końcu to Potter. Podeszła do niego i dotknęła lekko ramienia, a ten odwrócił się. Na jej widok bardzo się zdziwił, ale nic nie powiedział. Widziała w jego oczach pytanie i wzięła głęboki oddech. Raz hipogryfowi śmierć.
                Wspięła się na palce i przyłożyła usta do jego ucha.
- Jeśli zdobędziecie ten Puchar, to umówię się z Tobą po wakacjach, Potter. – wyszeptała, a następnie szybko odwróciła się na pięcie i wybiegła, by zająć miejsce na trybunach.
                Nie chciała, żeby zobaczył na jej policzkach rumieńce.