A ty co tutaj robisz, Black?
James Potter stał przed lustrem w łazience
chłopięcego dormitorium. Dłonie mocno zaciskał na umywalce, a jego oddech był
nieregularny, niespokojny. Od kilku dni męczyła go choroba i młoda, szkolna pielęgniarka
Poppy Pomfrey twierdziła, że póki nie zrezygnuje z treningów quidditcha, jej
eliksiry na niewiele się zdadzą. Twarz Jamesa wykrzywił grymas, a chwilę
później kaszel podjął się kolejnej próby zmuszenia go, by wypluł z siebie
płuca.
- Jak ja do cholery mam w takim stanie zagrać… - mruknął masując
kciukami skronie.
Coś ostro załomotało w drzwi.
- Znowu gadasz do siebie, Stary? Czy zaciągnąłeś tam jakąś młodą
Gryfonkę? – Syriusz zaśmiał się z własnego dowcipu.
Nie rozbawił on jednak Pottera, którego myśli
natychmiast pomknęły ku pewnej małej, rudej dziewczynie, która za nic w świecie
nie pozwoliłaby zamknąć się z nim w jednej łazience.
- Czasem naprawdę nie mam na Ciebie sił, Łapo… Wszystko w porządku,
James? Może zostań dzisiaj w dormitorium. – w głosie Remusa pobrzmiewała
troska.
Potter westchnął i otworzył drzwi. Jego przyjaciele
stali przed nim, a gdy zobaczyli jego stan, na ich twarzach momentalnie odbił
się niepokój.
- Wyglądasz okropnie. Musisz koniecznie iść do Skrzydła Szpitalnego. –
Lunatyk powoli przełączał się na tryb ojcowania.
- Zgadzam się. Powiemy McGonagall, że jesteś w fatalnym stanie i na
pewno nie będzie problemów, byś dzisiaj odpuścił sobie lekcje.
- Nie. – James był stanowczy, jak tylko on potrafi. – Jak pójdę tam
dzisiaj, to Pomfrey nie wypuści mnie na wieczorny trening, co jeszcze bym
przeżył, ale nie pozwoli mi iść też na sobotni mecz. A MUSZĘ zagrać.
- Co z tego, że zagrasz, jak do niczego się drużynie nie przydasz? –
Syriusz patrzył na niego powątpiewająco, a Remus zawzięcie kiwał głową. –
Najwyżej Cię zastąpię. A na treningu dzisiaj to na pewno. Żadnych ale! –
fuknął, gdy tylko Potter otworzył usta. – Musisz odpocząć. Jak jutro nadal
będziesz w takim złym stanie – będę grał za Ciebie, a jak Ci się polepszy, no
to oczywiście sam polecisz po zwycięstwo.
- To ostatni mecz, jak nie wygramy ze Ślizgonami 300 punktami, to nie
zdobędziemy Pucharu. – James opadł bez sił na swoje łóżko z czterema
kolumienkami, a jego słowa zawisły w powietrzu.
Każdy w Hogwarcie
wiedział, że w żyłach Jamesa Pottera płynie quidditch. Był wybitnym ścigającym
i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Już w pierwszym roku swojej kariery w
ogromnym stopniu przyczynił się do zdobycia przez Gryfonów Pucharu Quidditcha,
który wcześniej przez trzy lata był w posiadaniu Krukonów, a jeszcze wcześniej
– Ślizgonów. W następnych latach niezmiennie można było go podziwiać w
gabinecie profesor Minerwy McGonagall. Wychowanek Gryffindoru nie zamierzał
pozwolić, by drogocenna nagroda musiała zostać przeniesiona do lochów, gdzie
rezydował Horacy Slughorn, opiekun Slytherinu.
James Potter nie lubił ponosić porażek. Był
urodzonym zwycięzcą, a gdy coś nie toczyło się po jego myśli, uporem i
zawziętością w końcu doprowadzał do tego, by było tak, jak on tego chciał.
Wszystko w życiu mu się udawało. Z jednym rudym wyjątkiem.
Lily Evans
czekała w pokoju wspólnym na swoje przyjaciółki. Gdy wychodziła z dormitorium
dziewczyny toczyły zażartą bitwę o łazienkę. Ona sama wstała wcześniej, bo
obiecała Ruby, że sprawdzi jej wypracowanie z zielarstwa, a przed snem nie
miała już na to ochoty. Usiadła wygodnie w fotelu i zaczęła czytać.
Z każdym kolejnym akapitem była coraz bardziej
załamana i zastanawiała się jakim cudem jej kochanej pannie Marshall od tylu
lat udawało się zdawać ten przedmiot. Gdy skończyła czytać, załamała ręce.
- To potrwa dłużej niż sądziłam… - mruknęła sama do siebie.
Oparła głowę o miękką poduszkę i zamknęła oczy.
Piątek. Po śniadaniu dwie godziny transmutacji, następnie dwie godziny historii
magii, obiad i zielarstwo. W jej myślach pojawiła się nadzieja. Profesor Binns
będzie dalej opowiadał o wojnach trolli i wampirów, a nawet poprawianie
mądrości Ruby było ciekawsze od tego.
Ruby i Phoebe w
końcu zeszły po schodach. Tego dnia identycznie uczesały swoje długie, blond
włosy, przez co siostry były prawie nie do rozróżnienia. Prawie, bo Phoebe
miała przy prawym kąciku ust maleńką bliznę, pamiątkę po lekcji latania na
miotle na pierwszym roku. Młoda panna Marshall zderzyła się wtedy z Jamesem
Potterem. Niestety, jego okulary nie wytrzymały wypadku, a kawałek szkła
ugodził dziewczynę w twarz. Do teraz wszyscy uwielbiali tę opowieść i nie mogli
nadziwić się jakiego można mieć pecha. Phoebe śmieje się jednak, że lepiej by
ona była Jokerem, niż James miał stracić oko.
Całą trójką wkroczyły do Wielkiej Sali i ruszyły by
zająć miejsca koło Syriusza, Jamesa i Remusa. Lily spojrzała w prawo i
zobaczyła jak wysoka Krukonka macha do niej. Pokiwała na nią z uśmiechem, by do
nich dołączyła, a sama zajęła miejsce obok Ruby.
- Cześć chłopaki, gdzie Peter? – zapytały równocześnie panny Marshall,
sięgając po jajecznicę.
Huncwoci, bo tak o sobie mówili, wymienili
spojrzenia zaskoczeni. Petera nie było z nimi już w dormitorium i najbardziej
prawdopodobne było, że zgłodniał i poszedł wcześniej na śniadanie. Jednak gdy
sami wyszli z wieży Gryffindoru kompletnie o nim zapomnieli.
- Eeeee… - Remus rozglądał się ze zmarszczonymi brwiami po Sali, ale
nigdzie nie mógł dostrzec czwartego Huncwota. – Nie wiem. Nie było go w wieży,
jak wstaliśmy. Pewnie spotkamy się pod klasą.
Dziewczyny wzruszyły ramionami i zaczęły jeść.
Chwilę później dołączyła do nich Vicky – Krukonka, która wcześniej machała do
Lily. Usiadła naprzeciwko dziewczyn koło Lupina, zgarnęła czekoladową babeczkę
z talerza i zaczęła przyglądać się siostrom. Po dłużej chwili pokręciła głową i
postanowiła zaczekać, aż się odezwą, by przypasować do nich imiona. Nigdy nie
mogła zapamiętać, którą znokautowały okulary.
James ledwo mogąc
oddychać usiadł koło Syriusza i wyciągnął książkę do transmutacji. Lekcja się
zaczęła, a on nie potrafił skupić się na tym, co mówiła McGonagall, bo całą
siłą woli starał się nie umrzeć. Remus odwracał się co jakiś czas i patrzył na
niego ze współczuciem, a Syriusz oparł głowę na dłoniach i wpatrywał się w
jakiś odległy punkt nad ramieniem Vicky.
- …….. panie Potter? – niewyraźnie przebiło się do niego jego
nazwisko, jakby głowę miał zanurzoną pod wodą.
Wzdrygnął się i rozejrzał nieprzytomnym wzrokiem po
klasie. Wszystkie oczy Gryfonów, Krukonów i McGonagall były wpatrzone w niego.
Przełknął ślinę przez bolące gardło.
- Czy mogłaby pani profesor powtórzyć pytanie? – wycharczał z trudem.
- Pytałam czy dobrze się pan czuje, panie Potter. Ale słyszę już, że
nie. Proszę natychmiast iść do Skrzydła Szpitalnego. Panie Black, niech pan
idzie z nim. Przecież on sam po schodach nie wejdzie! – głos wychowawcy Gryffindoru
był z pozoru twardy, ale słychać było w nim nutę troski.
Minerwa
McGonagall zdawała sobie sprawę z tego, co oznacza dla niej i dla jej domu
niedyspozycja Jamesa Pottera – pożegnanie się na najbliższy rok z Pucharem
Quidditcha. Miała szczerą nadzieję, że chłopak wydobrzeje do meczu ze
Ślizgonami, ale wiedziała, że jeśli nie odpocznie, to nie ma na to najmniejszej
szansy.
Gdy jako młoda dziewczyna uczęszczała do Hogwartu i
sama piastowała pozycję jednego z trzech ścigających, też była uparta i gotowa
do wszelkich poświęceń, byle nie zawieść drużyny. Doskonale rozumiała, co czuje
jej wychowanek, ale nie miała zamiaru nadkładać jego zdrowia, nad wygraną w
rozgrywkach.
Bo dla Minerwy McGonagall były rzeczy ważne i
ważniejsze.
Syriusz szedł
obok Jamesa mocno obejmując go prawą ręką w pasie, a lewą trzymając nadgarstek
jego lewej ręki, którą wcześniej zarzucił sobie na ramiona.
- Łapa, ty debilu, puść mnie! Przecież mogę iść sam. – warczał Potter
co chwilę, ale był tak słaby, że mimo swojej rozpaczy nie miał siły uciec
duszącemu się ze śmiechu przyjacielowi.
W końcu, gdy dotarli pod drzwi Skrzydła Szpitalnego
Black go puścił i weszli do środka. Pani Pomfrey wystawiła głowę ze swojego
gabinetu i na ich widok niezadowolona pokiwała głową. Cały czas mruczała pod
nosem coś o upartych nastolatkach, gdy przygotowywała łóżko dla Jamesa i nie
przestała, nawet gdy ten potulnie się położył i czekał na dalsze instrukcje.
- Może pan wracać na lekcje, panie Black. – pielęgniarka zmierzyła
Gryfona lodowatym spojrzeniem.
- Przyjdziemy później. – szepnął na odchodnym do przyjaciela i poszedł
w stronę wyjścia.
Poppy Pomfrey nie lubiła, gdy ktoś jej się
sprzeciwiał, gdy chodziło o kwestie leczenia. Była bardzo dobrą uzdrowicielką i
przemądrzali uczniowie, a czasem nawet nauczyciele, doprowadzali ją do szału,
kiedy wydawało im się, że mogą nie stosować się do jej zaleceń. Każdy prędzej
czy później wracał skruszony, zazwyczaj w gorszym stanie.
Lubiła jednak Huncwotów. Chłopcy często do niej
trafiali i zawsze potrafili ją rozśmieszyć. Czasem przychodzili z takimi
obrażeniami, że nie mogła się nadziwić, że jeszcze żyją, po tylu wypadkach.
Rzadko kiedy mówili jej prawdę, skąd się nabawili takich urazów, z czego
doskonale zdawała sobie sprawę, ale sama chyba wolała nie wiedzieć.
Westchnęła. Stała w swoim gabinecie i przyglądała
się składnikom w apteczce. Musi uwarzyć nowy eliksir, dzięki któremu chłopak
cudownie ozdrowieje na jutrzejszy finał quidditcha. Nie próbowała się nawet
oszukiwać, że nie ucieknie jej na boisko. Sama po cichu liczyła na to, że
Gryffindor pokona Slytherin, bo chłopacy z drużyny węża zawsze byli bezczelni,
gdy trafiali pod jej opiekę. Jednak takiego paskudzctwa jakie wyhodował sobie
młody Potter nie dało się znanymi jej sposobami wyleczyć z dnia na dzień, organizm
musiał się zregenerować, ale na pewno mogła zrobić coś, dzięki czemu da radę
zagrać jeden mecz, by później w spokoju poleżeć pod jej czujnym okiem.
To musi być coś jak połączenie eliksiru wzmacniającego i eliksiru
pieprzowego. Nie lubi podawać dwóch eliksirów równocześnie, dlatego po podaniu
Potterowi drugiego z nich i zarządzeniu, że ma natychmiast iść spać, usiadła
przy swoim biurku i zaczęła powoli układać recepturę na nowy eliksir.
Gdy Syriusz
wszedł do klasy nie minęło nawet 20 minut od jego wyjścia z Potterem. Lily
kątem oka zobaczyła jak ten po cichu przemyka do swojej ławki i z powrotem
wróciła do notowania. W połowie lekcji w końcu mogli odłożyć pióra i chwycić za
różdżki. Tego dnia mieli zamieniać sowy w papierośnice. Ona i Phoebe nigdy nie
były tak wybitne z transmutacji jak James czy Ruby, dlatego zawsze dużo wysiłku
je kosztowało zanim nauczyły się nowych zaklęć. Wpatrywała się w wielkie oczy
ptaka i zdawało jej się, że widzi w nich kpinę. Uniosła różdżkę i wypowiedziała
formułkę, robiąc przy tym odpowiedni gest. Oczywiście nic się nie stało. Sowa
zahukała z pogardą i zatrzepotała lekko skrzydłami. Po 15 minutach ze złością
odłożyła różdżkę i skrzyżowała ręce na piersi.
- Co za tragedia! Nawet to głupie ptaszysko widzi, że jestem
beznadziejna. –warknęła i pokręciła mocno głową.
Jej włosy uderzyły w puchacza Petera, który
siedział za nią i zwierzę zerwało się przestraszone. Wylądowało na głowie
chłopaka, który wrzasnął przeraźliwie. Wszyscy ryknęli śmiechem, a Ruby
chichocząc pomogła mu uspokoić ptaka. Nagle koło Lily ktoś usiadł. Spojrzała w
prawo i uniosła brwi.
- A ty co tutaj robisz Black?
- Ćwiczyłem z Vicky i Luniaczkiem, ale niechcący trafiłem w jej sowę,
równocześnie z nią i zamieniła się w lewej połowie w papierośnicę, a w prawej
nadal jest sową i nie mogliśmy tego odczarować. Vicky walnęła mnie
podręcznikiem w głowę, wiec wolałem się zmyć. – pokazał swoje równe białe zęby.
Phoebe parsknęła śmiechem, a zaraz potem machnęła
różdżką tak mocno, że dźgnęła ptaka w dziób, ale zanim zdążył zareagować
zmienił się w piękną papierośnicę. Krzyknęła uradowana i zaczęła nią wymachwiać
nad głową. McGonagall nagrodziła ją 15 punktami i poszła dalej oglądać wysiłki
uczniów.
- A jak się czuje James? – zapytała Ruby kilka minut później, gdy jej
też udało się poprawnie wykonać zadanie.
- Jak wychodziłem to leżał ledwo żywy na łóżku, a Poppy rozwodziła się
nad jego brakiem odpowiedzialności. – Syriusz niedbale machnął nadgarstkiem, co
sprawiło tyle, że jego papierośnica miała skrzydła i dziób, który pohukiwał z
oburzeniem. – Cóż, moje przynajmniej trochę zaczyna coś przypominać, bo Evans
dzisiaj nie idzie za dobrze.
- Bo mnie rozpraszasz, kretynie. – warknęła przez zaciśnięte zęby, gdy
kolejny raz jej zaklęcie nie podziałało.
- To nie moja wina, Złotko, po prostu nie jesteś we wszystkim taka
dobra, jakbyś chciała. – śmiech Syriusza przypominał szczeknięcie psa.
- Może pójdziemy po zielarstwie odwiedzić Jamesa? – zaproponował
szybko Peter, który wyczuwał w powietrzu zapowiedź kłótni i bardzo chciał jej
zapobiec.
- O, dobry pomysł. Na pewno się ucieszy jak WSZYSCY pójdziemy. –
klasnęła Phoebe , patrząc znacząco na Lily.
Evans westchnęła. Nie miała nic przeciwko
odwiedzeniu Pottera w Skrzydle Szpitalnym, ale szczerze miała dość dziecinnego
zachowania jej przyjaciół. Prawdę mówiąc, nawet zaczęła darzyć chłopaka trochę
cieplejszym uczuciem, niż przez ostatnie lata i myślała, że może jest w stanie
się z nim nawet zaprzyjaźnić.
Lily Evans jako jedyna
z ich paczki przez pięć lat z całego serca nienawidziła Pottera. Uważała go za
aroganckiego, bezczelnego głupka, który znęca się nad słabszymi. Nie mogła
zaprzeczyć, że jest przystojny, ale nie zawróciło jej to w głowie, bo od
pierwszego roku wyżywał się na jej najlepszym przyjacielu Severusie Snapie. Ona
i Sev byli nierozłączni jeszcze przed pójściem do Hogwartu, dlatego była do
niego bardzo przywiązana. A ten napuszony wypłosz cały czas mu dokuczał. Jej
przyjaźń ze Snapem definitywnie się zakończyła, gdy po zeszłorocznych SUMach
nazwał ją szlamą. Szlama to wulgarne określenie na czarodzieja pochodzącego z
rodziny mugoli. James słysząc to wpadł w szał i stanął w jej obronie, jednak
nawet wtedy stosunek Lily do niego się nie zmienił. Dopiero teraz, na szóstym
roku zauważyła, że chłopak nie jest już tym samym niedojrzałym gówniarzem,
którego poznała w pociągu Express Hogwart. Trochę wydoroślał i przestał rzucać
zaklęciami na prawo i lewo, czym zyskał
sympatię Gryfonki.
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko do przyjaciół i
pokiwała głową, na znak zgody. Ruby odwróciła się od razu do Remusa i Vicky i
poinformowała o ich planie. Oboje się zgodzili i wrócili do walki z sowami
szepcząc coś do siebie. Obojgu udało się wyczarować piękne papierośnice z
wizerunkiem sowy kilka minut później, a Lily zrobiła to tuż przed zakończeniem
lekcji.
Tylko Peterowi jak zwykle się nie udało.

Kocham Jamesa i Syriusza tak bardzo, że sobie tego nie wyobrażasz! *.* Moje serce mnie boli, kiedy pomyślę o wszystkich okrucieństwach jakie dla nich przygotowałaś...No i oczywiście Lily, która nie jest idealna ani okropnie irytująca :p A tak btw to jedno z naprawdę nielicznych ff, w których ktoś zachorował xd Czytam dalej! <3
OdpowiedzUsuńJakie okropieństwa?! Wypraszam sobie, czeka ich bardzo szczęśliwe życie... w końcu :) haha, chciałabym, żeby byli bardziej... "ludzcy", każdy przecież w końcu choruje :D
Usuń