Ale żeby porównać ich do ziemniaków?
Historia magii
wyjątkowo minęła Lily bardzo szybko. Okazało się, że Ruby ma jeszcze większy
talent do wymyślania niestworzonych rzeczy, niż wcześniej jej się wydawało.
Esej z zielarstwa autorstwa przyjaciółki byłby genialny, gdyby choć jedno
zdanie było prawdziwe. Jednak dając je do przeczytania takiemu Peterowi miałoby
się pewność, że uwierzy w każde słowo. Tak fenomenalnie było ono napisane.
Wystarczyło zmienić słowa z tych złych – na dobre. Jedyna trudność w
poprawianiu go polegała na tym, że Lily musiała być cały czas maksymalnie
skupiona czy sama nie ulega urokom pisanych kłamstw przyjaciółki. Uwinęła się
nawet szybciej niż myślała, bo chwilę po rozpoczęciu przerwy obiadowej
skończyła, a Ruby aż do zielarstwa przepisywała uradowana wypracowanie. Co
jakiś czas rzucała tylko jedzeniem w Syriusza, który próbował ściągnąć od niej
zakończenie.
Po obiedzie
pożegnali się z Vicky, która wyciągając z włosów kawałki ziemniaka, ruszyła na
numerologię, mamrocząc pod nosem coś o niedojrzałych palantach. Gryfoni poszli
w stronę cieplarni śmiejąc się z Syriusza, który opowiadał jakieś dowcipy.
James leżał w
Skrzydle Szpitalnym i czekał aż znów w końcu zaśnie. Od godziny dręczyły go
okrutne dreszcze, przez co przebudzał się co kilka minut. Pani Pomfrey była u
niego raz, by podać mu kolejną dawkę eliksiru pieprzowego, co sprawiło tylko tyle,
że się pocił jeszcze bardziej. Zamknął oczy i skupił się na swoim oddechu. A
przynajmniej próbował, bo chwilę później jego myśli odpłynęły. Jego przyjaciele
na pewno są już po obiedzie i teraz siedzą na eliksirach. Nie… dzisiaj jest
piątek, więc na zielarstwie. Na pewno się gotują, bo w cieplarni w czerwcu
zawsze panuje gorączka i zaduch. Zaraz potem przypomniał sobie o quidditchu i
jutrzejszym meczu, co sprawiło tylko tyle, że poczuł się jeszcze gorzej. On,
James Potter, zawiedzie drużynę, z powodu głupiej choroby. Jeszcze gdyby
chodziło o jakieś poważne obrażenia, ale choroba? Westchnął cicho i w końcu
zasnął.
Obudził go jakiś
szmer. Otworzył powoli oczy i z przerażeniem odkrył, że widzi podwójnie. Musiał
zrobić jakąś dziwną minę, bo dziewczyna stojąca nad nim, zaczęła się śmiać.
- Cześć James, już nas nie poznajesz? – Phoebe wyszczerzyła zęby i
dopiero wtedy do niego dotarło.
- Myślałem już, że ze mną gorzej i zaczyna mi się dwoić przed oczami,
ale na szczęście to tylko wy. – zaśmiał się cicho i spróbował usiąść, ale nie
miał siły. Syriusz i Remus mu pomogli i podali okulary.
- Fatalnie wyglądasz. Chyba nie uda Ci się zagrać jutro. – powiedziała
Ruby ze współczuciem.
- Coś ty, jutro będę świeży jak poranek. – poczochrał sobie włosy i
kątem oka zauważył, że rudowłosa dziewczyna pokręciła głową.
- Nawet ledwo żywy pozostajesz sobą, Potter. – odezwała się rozbawiona
Lily, a chwilę później wszyscy chcieli mu opowiedzieć, co się działo na
zielarstwie.
Wesołą wrzawę przerwał huk otwieranych drzwi.
Gryfoni spojrzeli w tamtą stronę i ujrzeli Vicky, która była zła jak osa.
Szybkim krokiem przemierzyła trasę do łóżka Jamesa i opadła na nie zrzucając
torbę na stopy pacjenta.
- Czy do Hufflepuffu przydzielają jakieś ziemniaki? – wybuchła. – Ja
rozumiem, że może nie jestem miss świata, nie jestem też najmądrzejsza w
Hogwarcie, ale do cholery czy ja przyciągam jakichś samych niedorozwojów? Każdy
chłopak z którym umawiałam się w tej szkole, okazywał się prędzej czy później
jakimś psychopatą. – mówiła tak szybko, że ledwo nadążali – Ale dzisiaj ten…
ten.. ten PUCHON, przekroczył wszelkie granice mojej wyobraźni. Wyobraźcie
sobie, że siedzę sobie spokojnie na numerologii. Skupiam się i po raz kolejny
odczytuję liczbę cyklu życia, bo potrzebowaliśmy tego do dalszych ćwiczeń, a tu
nagle ląduje przede mną kartka. Myślę sobie, jakiś liścik i oczywiście to był
liścik. A treść brzmiała następująco: „umówisz się ze mną?”. Widziałam, że ten
wypłosz się na mnie patrzy, a nie wygląda nawet na takiego, jaki jest, więc
odpisałam, że chętnie i przez sekundę, przez jedną, krótką sekundę pomyślałam,
że może okaże się on miłym chłopakiem i w końcu coś mi się ułoży. Ale wtedy on
musiał odpisać. I wiecie co przeczytałam na tym cholernym pergaminie? Nie
wiecie? To ja wam powiem. „Okej, to dzisiaj wyślę sowę do mamy czy mogę i myślę, że w weekend możemy się spotkać. Ale
przyjdę z kolegą, bo się trochę wstydzę. Mam nadzieję, że nie masz nic
przeciwko.” Mam. Nadzieję. Że. Nie. Masz. Nic. Przeciwko. – ostatnie słowa
wypowiedziała tak cicho, że było to bardziej przerażające, niż gdyby zaczęła
krzyczeć na wszystkich.
Nikt nie odważył
się odezwać i w spokoju próbowali przetrawić te informacje. Jednak w końcu
siostry Marshall nie wytrzymały i wybuchły głośnym śmiechem, a chwilę później
dołączyła do niej reszta Gryfonów. Howells patrzyła na nich z nienawiścią w
oczach i czekała, aż się uspokoją, wbijając w materac długie paznokcie.
- Słyszałem wiele określeń na Puchonów, ale żeby porównać ich do
ziemniaków? – w końcu wykrztusił z siebie Syriusz, czym wywołał kolejny napad
śmiechu u przyjaciół.
- Tylko tyle do Ciebie dotarło z tego co mówiłam? – oczy Vicky zrobiły
się małe jak szparki, a oświetlenie w pomieszczeniu lekko zamigotało.
- Jak tak bardzo Ci brakuje randek, to mogę się z Tobą umówić. – wyszczerzył
się arystokrata, a Lily zakryła całą twarz w dłoniach, bo łzy śmiechu
niekontrolowanie popłynęły z jej oczu.
- Przed chwilą powiedziałam, że mam dość niedorozwojów, a Ty
proponujesz mi randkę, Black?
Jeszcze przed
kilkanaście minut nie mogli się uspokoić i wszyscy się zgodzili, że Vicky jest
skazana na życie z milionem kotów i zostanie nauczycielką w Hogwarcie.
- A propos kotów! – wykrzyknęła Phoebe – Widziałam, że Filch ma nową
przyjaciółkę. Zwracał się do niej Pani Mason, więc może tak się nazywała jego
żona.
- Ty masz jakąś obsesję. Skąd Ci się wzięło, że miał kiedykolwiek
żonę? – Ruby spoglądała na siostrę jak na wariatkę
- Musiał mieć i coś musiało się stać, bo dlaczego byłby taki niemiły?
- Bo jest starym zgredem i tylko próbuje utruć wszystkim życie.
Szczególnie nam. Chociaż sam nie wiem czy to jednak nie jest urozmaicanie.
Wesoło z nim czasem mamy. – James się zamyślił.
Nikt z uczniów
nie lubił Argusa Filcha, a on nienawidził ich. Jednak Hogwart bez gburowatego
woźnego to nie byłby ten sam Hogwart.
Lily rozsiadła
się wygodnie w fotelu i patrzyła jak Remus i Vicky rozkładają szachy, a Phoebe
i Ruby grają w eksplodującego durnia. Peter gdzieś zniknął, a Syriusz pojawił
się w Pokoju Wspólnym Gryffindoru chwilę później. Spojrzał na Howells i
pokręcił głową. Już dawno wszyscy się przyzwyczaili, że Krukonka spędza czasem
wieczory nie w swoim domu. Zazwyczaj zostawała od razu na noc i po prostu spała
z którąś z przyjaciółek, bo łóżka były tak duże, że spokojnie można było się w
dwie osoby wyspać.
- A ty gdzie idziesz? – zapytała Evans, bo widziała, że trzyma w ręce
miotłę.
- Na trening. Muszę trochę poćwiczyć, bo jak James nie wydobrzeje…
- A nie wydobrzeje. – wtrąciła Ruby obserwując uważnie odsłaniające
się karty.
- … to mam go zastąpić w jutrzejszym meczu. Ostatni raz grałem w
wakacje, bo Rogacz prosił mnie, bym z nim trochę potrenował. Ciężko to widzę.
Po tych słowach zniknął za portretem Grubej Damy.
- Vicky, wstawaj, dzisiaj mecz Gryfonów. – Howells otworzyła oczy i
jęknęła przeciągle.
Między niebieskimi kotarami łóżka przedzierało się słońce i świeciło
prosto w jej lewe oko. Krukonka usiadła na brzegu łóżka i przeciągnęła się. Jej
współlokatorki też wyglądały na zmęczone, dwie snuły się po dormitorium jak
cienie, a dwie jeszcze leżały. Vicky kilkakrotnie już zastanawiała się czemu
tak naprawdę nie może się dogadać z
dziewczynami, z którymi dzieli sypialnię od tylu lat.
Pandora Ifans
była słodka, ale bardzo dziwna. Drobna, blondwłosa czarownica fascynowała się
zaklęciami, a jej pasją była astronomia. Od pierwszego roku powtarzała, że
marzy, by nazwać swoją córkę Luna. Howells lubiła ją, ale krępowało ją
świdrujące spojrzenie dużych oczu dziewczyny, do którego nie mogła się
przyzwyczaić. Do tego Pandora większość czasu spędzała na wymyślaniu nowych
zaklęć i nie kwapiła się do integracji z innymi uczniami.
- Widziałyście gdzieś moją różdżkę? Na dzisiejszy mecz muszę zmienić
barwy mojego szala na barwy Gryffindoru… - Ifans zniknęła pod łóżkiem i chwilę
później pojawiła się znów, ale bez zguby.
- Może zostawiłaś ją w łazience? – podsunęła Alicja Dale, rozczesując
swoje długie, ciemne włosy.
Z nią Vicky się dogadywała bardzo dobrze i do
początku czwartego roku spędzały ze sobą dużo czasu. Alicja jednak zaczęła się
wtedy spotykać z Christianem Bellem z Gryffindoru i poświęcała mu każdą wolną
chwilę, uczyli się również razem, także od tamtej pory widywały się tylko w
dormitorium i na lekcjach.
Patricia Johnson
i Margaret Flower, które dopiero zaczynały się powoli budzić, były nierozłączne
od pierwszej podróży do Hogwartu. Zaprzyjaźniły się i sprawiały wrażenie, jakby
nie chciały stałego towarzystwa kogoś innego. Zawsze były bardzo miłe, nie
unikały rozmowy, a gdy robiły sobie wspólne wieczory w dormitorium, to bawiły
się z nimi, ale czuć było dystans. Na dłuższą metę wolały trzymać się w dwie.
Howells czasem
żałowała, że nie przydzielili jej do Gryffindoru. Tam miała przyjaciół i tak
naprawdę do ich domu przynależała, ale Tiara zdecydowała, że powinna trafić do
Ravencalw. Krukoni są wspaniałymi ludźmi, ale nie potrafiła znaleźć z nimi
wspólnego języka. Miała kilku znajomych, z którymi spędzała czas, gdy nie
dzielili lekcji z Gryfonami, ale nie można było tego nazwać przyjaźnią.
Gdy już się cała
wyszykowała, zaczekała na współlokatorki i razem poszły na śniadanie. W Sali
Wejściowej ktoś nagle zasłonił jej oczy, a w jej nozdrza wkradł się intensywny,
ale przyjemny, męski zapach. Pomacała dłonie chłopaka, jednak nie rozpoznała
ich.
- Nie mam pojęcia kim jesteś. – westchnęła i z utęsknieniem czekała, aż
będzie mogła zjeść jajecznicę.
- No wiesz co, nawet nie próbowałaś zgadnąć. – James zawiedziony
opuścił ręce, a Krukonka szybko się odwróciła.
- Co ty tu robisz?! Nie powinieneś być w Skrzydle Szpitalnym? Nie
wyglądasz na zdrowego. – zmierzyła go oceniającym wzrokiem i skrzyżowała ręce
na piersi.
- Pomfrey dała mi końską dawkę jakiegoś jej nowego eliksiru i trochę
mi lepiej. Powiedziała, że na kilka godzin powinno wystarczyć, bym dał radę
zagrać w meczu, ale potem czeka mnie kilka dni kuracji i odpoczynku. –
tłumaczył ścigający Gryffindoru, gdy szli w stronę przyjaciół, który patrzyli
na niego zaskoczeni.
- A fy czo? – zapytała Ruby z pełnymi ustami.
- Nie mogłem sobie odpuścić meczu. Jak wczorajszy trening, Łapo? –
zapytał Potter, nakładając sobie kilka tostów. Był głodny jak wilk.
- Tragicznie. Cieszę się, że jednak jakoś możesz zagrać, bo ja się
kompletnie nie nadaję. Może jakbym więcej poćwiczył… Nie zdawałem sobie sprawy
na jak wysokim poziomie gracie. Z trybun nie wygląda to aż tak zaawansowanie.
Jeśli nadążasz za Bellem i tą młodą Clearwater, to podziwiam. – Syriusz był
trochę urażony, że nie jest tak dobry w quidditcha, by móc zastąpić Jamesa, ale
nie dziwił się, bo drużyna cztery dni w tygodniu trenuje, nieważne czy jest
słońce, czy deszcz lub śnieg.
- Ile ta Clearwater ma lat? Wygląda na dwanaście… - Phoebe spojrzała
pytająco na Rogacza.
- Trzynaście. Ale jest naprawdę dobra. Ma dziewczyna talent.
Pojawienie się
Jamesa na śniadaniu podniosło morale drużyny i dało nadzieję Gryfonom, Krukonom
i Puchonom, że może uda się uchronić Puchar Quidditcha przed łapami Ślizgonów.
Jednak jego przyjaciele widzieli, że nadal jest z nim ciężko i jeśli szukający
szybko nie złapie znicza, to będzie źle.
Syriusz, Remus,
Peter, Phoebe, Ruby, Vicky i Rubeus Hagrid, gajowy Hogwartu, zajęli już miejsca
wśród morza ludzi w barwach Gryffindoru. Hagrid trzymał wielką flagę z głową
lwa, a Syriusz i Remus wypuścili fajerwerki, które aż do pojawienia się graczy
na boisku, miały po kolei wymieniać nazwiska członków drużyny.
- A gdzie jest Lily? – spytał gajowy Hogwartu, rozglądając się ze
zmarszczonymi brwiami.
- Gdzieś musiała się zgubić, bo szła z nami aż do stadionu. – Ruby też
zaczęła wypatrywać przyjaciółki.
Tymczasem Lily
Evans stała pod drzwiami szatni Gryfonów, bijąc się z myślami. Nie była pewna
czy chce zrobić to, co planowała, ale pragnęła pomóc drużynie. Cały czas
rozdarta w końcu zebrała się w sobie i weszła do środka. Zespół siedział w
ciszy po przemowie ich kapitana i nikt nie zwrócił na nią uwagi. Chwilę później
wstali, chwycili miotły i ruszyli do wyjścia. Na samym końcu był wysoki,
czarnowłosy chłopak w okularach. Jedną ręką zrobił na swojej głowie jeszcze
większy bałagan, a w brzuchu Rudowłosej coś się ścisnęło. Była zaskoczona
reakcją swojego organizmu, w końcu to Potter. Podeszła do niego i dotknęła
lekko ramienia, a ten odwrócił się. Na jej widok bardzo się zdziwił, ale nic
nie powiedział. Widziała w jego oczach pytanie i wzięła głęboki oddech. Raz
hipogryfowi śmierć.
Wspięła się na
palce i przyłożyła usta do jego ucha.
- Jeśli zdobędziecie ten Puchar, to umówię się z Tobą po wakacjach,
Potter. – wyszeptała, a następnie szybko odwróciła się na pięcie i wybiegła, by
zająć miejsce na trybunach.
Nie chciała, żeby
zobaczył na jej policzkach rumieńce.

Jily to życie <3 Chcę ich więcej w następnych rozdziałach! Chociaż oczywiście uwielbiam Vicky i dobrze o tym wiesz :)
OdpowiedzUsuńZiemniak wygrywa wszystko. Hufflepuff? Jeszcze nigdy nie byłem tak zajebiście zawiedziony :p Ale Newt był Puchonem, więc w sumie nie są tacy źli :P (ale nadal bym się nie przyznała, gdyby tam mnie przydzielili xd)
Jily miał być głównym wątkiem, ale w następnych rozdziałach okazało się, że mi nie wyszło... Będą się oczywiście pojawiać (staram się teraz coraz więcej o nich pisać!), ale inne shipy też się pojawią.
UsuńGryffindor - odwaga, Slytherin - ambicja, Ravenclaw - inteligencja, Huffleuff - potato <3 najlepszy obrazek świata.
Newt to w ogóle jest cinnamon roll character, a bycie Puchonem tylko dodaje mu uroku :D