wtorek, 13 lutego 2018

Rozdział 16

Niech chłopak pomęczy się trochę w niepewności.

Tydzień później odbył się mecz Slytherin-Hufflepuff, jednak nie dostarczył zbyt wielu emocji. Ślizgoni zmiażdżyli Puchonów najpierw wbijając im kafla za kaflem, a po pół godzinie Regulus Black złapał znicza. Cały Hogwart wrócił do szkoły w niemrawych nastrojach, bo kolejny mecz miał odbyć się dopiero w marcu.

                Ruby od paru dni chodziła ciągle rozkojarzona, czym doprowadzała do szału nie tylko przyjaciół, ale i nauczycieli.
- MARSHALL! – ktoś wrzasnął jej do ucha, przez co sama krzyknęła wystraszona.
                Rozejrzała się dookoła i zobaczyła zdenerwowaną Phoebe.
- Ja rozumiem, że ten Puchon zawrócił ci w głowie…
- Ten Puchon ma na imię Miles. – warknęła.
- … ale to nie oznacza, że masz wszystkich dookoła ignorować!
                Ruby rozejrzała się dookoła. Siedziała przy stole Gryffindoru w Wielkiej Sali, a wszyscy przyjaciele patrzyli na nią z troską. Nawet Vicky z nimi była. Kiedy ona się tutaj znalazła?
- No, może trochę się ostatnio zamyślam. – zarumieniła się zerkając w stronę Hufflepuffu.
- Proszę cię! Lily i James za sobą szaleją… - nie zwróciła uwagi na oburzenie Evans. – … Vicky i Regulus też jakoś się normalnie zachowują… - zignorowała również mocne uderzenie w ramię. – … Nawet Syriusz nie obnosi się ze swoim związkiem z Jasmine. Tylko ty nie potrafisz sobie poradzić z randkowaniem. Wiesz chociaż jaka jest pora dnia?
                Druga z bliźniaczek intensywnie myślała, wiedząc, że jak tylko spojrzy na sklepienie, to da po sobie poznać, że nie ma zielonego pojęcia. A tak, miała 33,33% szans na trafienie.
- Obiad? – zaryzykowała.
- Nie! Jest cholerna kolacja! – Phoebe wyglądała jakby dostała jakiegoś ataku, uderzając mocno kielichem w stół.
- Ty chyba jesteś zazdrosna. – Black wycelował w nią parówką, którą akurat miał nabitą na widelec.
                Dziewczyna wciągnęła gwałtownie powietrze, nie mogąc się otrząsnąć po tej obeldze.
- Tak, to może być to. – James przyznał przyjacielowi rację i wrócił do jedzenia kremu dyniowego.
                Przez jakiś czas jedli w ciszy, jedynie Phoebe mamrotała coś niezrozumiałego pod nosem. Nagle profesor Dumbledore wstał, a na Wielkiej Sali zapanowała cisza. Uśmiechnął się dobrodusznie.
- Przeszkodzę wam na chwilę w jedzeniu, bo pewnie za chwilę część was uda się do swoich Pokojów Wspólnych, a muszę ogłosić pewną ważną informację. Wraz z nauczycielami postanowiliśmy ubarwić ten rok szkolny, gdyż ostatnio zrobiło się troszkę nudno. – spojrzał znacząco w stronę Huncwotów, którzy się lekko zawstydzili. – Właśnie dlatego zostanie wyprawiony Bal Noworoczny! – po Sali rozniósł się szept podniecenia. – Express Hogwart odjedzie ze stacji King’s Cross 31 grudnia o godzinie 9, żeby każdy, kto wraca na święta do rodziny, mógł spokojnie zdążyć się przygotować do zabawy. Możecie jeść dalej. – skończył i usiadł, wracając do rozmowy z profesorem Slughornem.
                Syriusz i James wymienili spojrzenia i kiwnęli głowami, a Lily od razu wyczuła w tym kłopoty.
- Evans… - Rogacz rozczochrał sobie włosy. – Pójdziesz ze mną na ten bal?
- Nie próżnujesz, co? – zaśmiała się serdecznie.
- Na co czekać. – wzruszył ramionami. – Taki kąsek ktoś by mi mógł sprzątnąć sprzed nosa.
- Zastanowię się nad twoją propozycją. – odpowiedziała ugodowo.
                Bardzo chciała z nim iść. Tak naprawdę planowała się zgodzić, ale nie może przecież tak od razu na wszystko mówić „tak”. Niech chłopak pomęczy się trochę w niepewności.

                Regulus obserwował grupkę Gryfonów, wychodzącą z Wielkiej Sali, myśląc nad oświadczeniem dyrektora. Bal. W domu rodzice wyprawiali bardzo dużo bali i bankietów, ale to miało być coś zupełnie innego. Tym razem mógł iść z kimkolwiek chce, mógł się faktycznie bawić. Matka nie będzie go przedstawiała nieskończonej ilości wpływowych ludzi czy co gorsza ich córkom, które w jej opinii były idealnymi kandydatkami na synową. Mimowolnie zastanawiał się czy Syriusz myśli o tym wszystkim to samo.
- Regi, idziemy razem? – Cindy odezwała się dotykając lekko jego policzka.
                Chwycił ją za nadgarstek i odtrącił jej dłoń od swojej twarzy. Nie lubił, gdy go dotykała.
- Gdzie? – zapytał, unosząc brwi.
- Na bal. – odpowiedziała ze śmiechem.
                Merlinie, jaka ta dziewczyna jest głupia. I dlaczego musiała się przyczepić akurat do niego.
- Nie. – stwierdził, że nie może owijać w bawełnę.
Był taktowny przez wiele lat i nadal go nękała.
- Nie? – zamrugała szybko oczami. – Ale dlaczego?
- Bo nie chcę z tobą tam iść. – wstał od stołu i odszedł w stronę wyjścia.

                Ósemka przyjaciół była już w Sali Wejściowej, gdy ktoś do nich podbiegł.
- Ruby! – dziewczyna odwróciła się na dźwięk swojego imienia i uśmiechnęła szeroko.
- Miles! O co chodzi? – zapytała nonszalancko próbując oprzeć się o balustradę, jednak spadła tylko z jednego stopnia schodów i upadłaby na sam dół, gdyby nie to, że James ją chwycił.
- Tak chciałem zapytać… czy nie poszłabyś ze mną… no wiesz… na ten bal? – masował się po karku widocznie zestresowany.
- Hmm… No sama nie wiem… - Ruby popatrzyła na przyjaciół, którzy posyłali jej pełne politowania spojrzenia. – No dobrze, wiem. Bardzo chętnie pójdę z tobą na bal. – pisnęła, powstrzymując się by nie klasnąć przy tym w dłonie.
- Super, cieszę się. – Puchon uśmiechnął się i odszedł, wyraźnie czując się niezręcznie sam w towarzystwie jej przyjaciół.
                Patrzyli chwilę za nim, a wtedy z Wielkiej Sali wyszedł Regulus. Vicky spojrzała na niego i on również na nią spojrzał. Przystanął i wyglądał, jakby chciał podejść, ale po chwili namysłu zrezygnował i odszedł szybkim krokiem w kierunku lochów. Phoebe zerknęła na Krukonkę, jednak ta nie dała po sobie nic poznać. Przecież nawet nie chciała iść z nim na ten głupi bal.

                Remus czytał książkę w dormitorium, wygodnie wyciągnięty na swoim łóżku. Reszta Huncwotów gdzieś wybyła i nareszcie miał chwilę spokoju. Oczywiście, nie trwało to zbyt długo, bo nie doszedł nawet do końca rozdziału, a James wpadł jak huragan do pokoju.
- Lunatyku! Obmyślamy plan kolejnego kawału!
                Lupin popatrzył na niego z uniesionymi brwiami, a w jego spojrzeniu było coś takiego, że Rogacz zatrzymał się z bardzo starym kawałkiem pergaminu w ręce.
- O co chodzi? – zapytał i rozczochrał swoje włosy.
- Co ty tutaj robisz? – Remus uniósł brwi jeszcze wyżej.
- Jak to co? Przyszedłem po mapę. – pomachał pergaminem.
                Lunatyk zerknął na zegarek.
- A pamiętasz, że od pół godziny masz patrol z Lily w lochach? – widząc przerażenie na twarzy przyjaciela, uśmiechnął się szeroko.
                Potter rzucił mu mapę, chwycił szatę i odznakę, a następnie pobiegł szybko ku wyjściu.
- Prefekt naczelny… - Remus pokręcił głową z politowaniem.

                Lily stała ze skrzyżowanymi rękami i tupała niecierpliwie nogą, żeby wyglądać groźniej, obserwując zbliżającego się szybko Jamesa. Dobiegł do niej, podniósł w geście powitania rękę i oparł dłonie na kolanach, dysząc ciężko. Dała mu chwilę na uspokojenie oddechu, po czym klepnęła go w ramię.
- Wiesz ile tu się Ślizgonów kręci?! – warknęła.
- Zapewne całkiem skoro, skoro mają w lochach swój Pokój Wspólny. – Potter spojrzał na nią, jak na idiotkę.
Zmrużyła oczy.
- Co ty nie powiesz mądralo. Wyobraź sobie, że wiem, bo Severus myślał, że czekam na niego!
                Twarz chłopaka stężała.
- Chciał coś od ciebie?
- Nie, odjęłam jemu i jego kolegom parę punktów za bezczelność. – była wyraźnie z siebie zadowolona.
                James zaśmiał się i chwycił ją za rękę, jednak ta szybką ją puściła.
- Jesteśmy w pracy, Potter. – uniosła zadziornie podbródek i ruszyła w głąb lochów.
                Uniósł z rozbawieniem oczy ku górze i poszedł za nią.


                Tygodnie mijały, a Vicky wiedziała już chyba wszystko o smokach czarnych hebrydzkich. Przeczytała każdą dostępną książkę w bibliotece, zakupiła wszystko co mogła w Hogsmeade, nawet profesor Basil udostępniła jej kilka pozycji z prywatnej kolekcji jej męża. Czekała tylko na dostawę najnowszej pozycji słynnego zaklinacza smoków, którą podobno w większości poświęcił tej rasie. Przywiązała się do jaja tak bardzo, że dzień bez odwiedzenia kociołka, w którym czekało na wyklucie, był dla niej dniem straconym.
                Wyszła właśnie na błonia, z zamiarem poczytania swojemu maleństwu, gdy drogę zastąpiła jej burza brązowych włosów. Zatrzymała się i spojrzała na przeszkodę, powstrzymując się, żeby nie jęknąć. A miał być taki piękny dzień.
- Cindy Wright. – westchnęła, a na twarz przywołała znudzoną minę.
                Ślizgonka była sama i podeszła do niej tak blisko, że prawie dotknęły się nosami.
- Wybacz, nie mam ochoty się z tobą całować. – zakpiła.
- Denerwujesz mnie, Kujonko. – warknęła Cindy.
                Vicky popatrzyła na nią jak na idiotkę i wyprostowała się. Dziewczyna patrzyła na nią z dołu z coraz bardziej niepewną miną.
- Ty też mnie denerwujesz jak kłapiesz ozorem w bibliotece. Ostatnio często tam przychodzisz. – zauważyła poirytowana Howells.
- Chodzę tam z Regim. Coś lubi spędzać tam czas od niedawna. Nie wiem dlaczego. – odchrząknęła, zdając sobie sprawę z kim rozmawia. – A ty lepiej trzymaj się od niego z daleka.
                Krukonka uniosła brwi pod samą czapkę i lekko cofnęła głowę.
- Nie widziałam Blacka od bardzo dawna. Nie licząc waszych wizyt w bibliotece. – zrobiło jej się gorąco.
                Stały tak chwilę, patrząc sobie w oczy, gdy ktoś dotknął ramienia Vicky. Zobaczyła zaskoczenie na twarzy Cindy, więc spojrzała na tego kogoś.
- Reg? – cała sytuacja była coraz dziwniejsza.
- Co jest, Słonko? Jakieś kłopoty? – uśmiechnął się szeroko, obejmując ją ramieniem.
                Ona sapnęła, a Ślizgonka zrobiła się cała czerwona.
- O co tutaj chodzi? – zapytała rozzłoszczona.
- Sama chciałabym to wiedzieć. – Howells uniosła ręce w obronnym geście, zrzucając z siebie ramię chłopaka. – Albo w sumie nie chciałabym. Wy sobie wszystko tutaj ładnie wyjaśnijcie, a ja idę.
                Odeszła parę kroków, usłyszała za sobą „No to cześć”, a następnie u jej boku zmaterializował się Regulus. Prychnęła i przyspieszyła kroku. Dogonił ją i chwycił za ramię zmuszając by się zatrzymała.
- Zajęta jestem. – wyszarpnęła rękę z jego uścisku i poszła dalej.
- Dokąd idziesz, Howells? – zapytał pojawiając się przed nią. Szedł tyłem, by móc na nią patrzeć.
- Do mojego dziecka. Które tak przy okazji mam z twoim bratem. – uśmiechnęła się złośliwie.
                Zatrzymał się tak nagle, że wpadła na niego i tradycyjnie by się przewróciła, gdyby jej nie złapał. Przybliżył swoją twarz do jej twarzy, a ona poczuła dziwny skurcz w żołądku.
- Nie mów tak nawet. – warknął.
- Kiedy to prawda. Mamy projekt z opieki nad magicznymi stworzeniami. – patrzył na nią z niezrozumieniem. Przewróciła oczami. – Hodujemy jajo smoka. A teraz mógłbyś mnie już puścić?
                Spełnił jej prośbę i szli dalej do chatki z kociołkami.
- Czego Cindy chciała od ciebie? – zapytał, patrząc na nią z ukosa.
- Uświadomić mi, że ją denerwuję i kazała trzymać się od ciebie z daleka. – prychnęła. – Jakbym miała z tobą cokolwiek do czynienia.
                Ponownie ją zatrzymał, a ona zaczynała być coraz bardziej poirytowana. W takim tempie nigdy nie dotrze do swojego jaja.
- Ale ty mnie denerwujesz, Howells.
- I wzaje… - nie dokończyła, bo w tym momencie Ślizgon chwycił ją za głowę, przyciągnął do siebie i pocałował mocno.


3 komentarze:

  1. Cześć, wpadłam na twojego bloga kilka miesięcy temu, naprawdę mi się spodobał :) planujesz napisać kolejny rozdział?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej :) bardzo się cieszę, że Ci się tutaj spodobało ;) kolejny rozdział jest już napisany, tylko brak mi ostatnio czasu na publikowanie, ale postaram się zrobić to w najbliższym czasie, może nawet uda mi się dzisiaj ;)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Cześć! Kiedy można się spodziewać kolejnych rozdziałów? :D Czekam z niecierpliwością

    OdpowiedzUsuń