niedziela, 22 stycznia 2017

Rozdział 8

Anglicy, na górę.


22 sierpnia 1977 roku, Howells siedziała w ogrodzie, który wyglądał jakby ktoś bardzo nie chciał otaczać się niczym przyjemnym dla oka i kręciła leniwie różdżką nad kubkiem z kawą, sprawiając, że łyżeczka mieszała cukier. Przyglądała się każdemu chwastowi, w myślach planując kompletną rewolucję.            
                Gdy napój zesłany z niebios w połowie zniknął, wstała. Wygładziła teatralnie strój i stanęła na brzegu tarasu z różdżką uniesioną tak, jak dyrygent unosi batutę. I wtedy zaczęła się magia. Bez choćby jednego słowa, jedynie z uśmiechem na ustach, rzucała zaklęcie po zaklęciu, a kolorowe promienie dawały wspaniały pokaz. Pół godziny później skończyła. Z zadowoleniem ponownie usiadła i wzięła kubek do rąk, podziwiając swoje dzieło. Nareszcie nie było chwastów, starych mebli, śmieci, kolekcji butelek po Ognistej Whisky i Kremowym Piwie, nieskończonej ilości zniszczonych przez Syriusza i Jamesa bliżej niezidentyfikowanych przedmiotów. Trawa była równo przystrzyżona, kwiatki, które cudem się uchowały dostały dostęp do słońca, krzewy zostały przycięte a żywopłot wyrównany. Zamruczała zadowolona i przymknęła oczy.

                Syriusz wrócił do domu późno wieczorem i zobaczył Vicky siedzącą w fotelu i czytającą książkę. Rozłożył się na kanapie, wyciągając nogi na kolana dziewczyny, by zwrócić na siebie jej uwagę. Ta jedynie przewróciła stronę i nie zaszczyciła go ani jednym spojrzeniem. Zapomniał o jej urodzinach. Każdy z przyjaciół pamiętał, nawet Michael i Nicolas wpadli na parę godzin, a on…
- Śmierdzisz, Psie.
                Black parsknął śmiechem. Usiadł normalnie i wyrwał jej książkę z rąk, nie zwracając uwagi na okrzyki protestu. Chwycił ją mocno za głowę i zmusił by na niego spojrzała, a ona zgubiła jedno uderzenie serca, zaskoczona tym niespodziewanym obrotem sprawy.
- Mam coś dla ciebie. – puścił ją po krótkiej chwili intensywnego wpatrywania się w jej ciemne oczy i sięgnął za swoje plecy. – Wszystkiego najlepszego, Zołzo.
                Vicky spojrzała na to coś, co jej wręczył i zachłysnęła się z oburzenia. Przed sobą miała bardzo dorodną, pękniętą i szczerbatą doniczkę.
- Kpisz sobie? – oczy groźnie się jej zwęziły, a różdżka leżąca na wyciągnięcie ręki kusiła niebezpiecznie.
Syriusz westchnął.
- Nie mogłem bardzo długo wymyślić odpowiedniego prezentu dla ciebie. To jest jego pierwsza część, a drugą otrzymasz po powrocie. – spojrzała na niego pytająco. – To jest świstoklik. – z zadowoleniem zobaczył jak jej oczy się rozjaśniły. – Do Paryża. Niestety, ciężko jest z takimi rzeczami i udało mi się załatwić wyjazd tylko na jedną noc i wyboru w miejscach też za dużego nie miałem… - urwał jednak, bo Howells rzuciła się na niego i oplotła go rękami i nogami.
- Dziękuję, dziękuję, dziękuję! – piszczała mu do ucha. – Ale to musiało kosztować fortunę. – uświadomiła to sobie i momentalnie jej uśmiech przygasł. – Nie mogę go przyjąć. Nie powinieneś mi robić takich drogich prezentów.
- Tym się nie przejmuj. Już go nie oddam. Jutro o 9 się przenosimy. Lily i James mają się tu pojawić chwilę po 8. – Vicky była coraz bardziej zdziwiona.
- Oni razem? My razem? My w czwórkę? CO?!
                Syriusz zaśmiał się gardłowo i opowiedział, jak przy ostatniej wizycie Evans w Dolinie Godryka zgodzili się polecieć z nimi i jeszcze tego samego dnia James udał się z nim do Ministerstwa Magii i tam dopłacił za możliwość teleportacji dodatkowych dwóch osób. Chwilę później poszli na piętro spakować się, a po szybkiej kąpieli położyli się do łóżka. Zazwyczaj zasypiali po przeciwległych brzegach zbliżając się do siebie, gdy Vicky miała gorszą noc. Tym razem jednak dziewczyna przeturlała się do Blacka i objęła go, kładąc też głowę na jego torsie.
- Dziękuję. Jesteś najlepszym co się ostatnio w moim życiu dzieje.
                Syriusz nic nie odpowiedział, tylko objął ją mocno i parę minut później oboje zasnęli.


                Chwilę po 9 Syriusz, James, Lily i Vicky wylądowali na jednej z opustoszałych uliczek Paryża. Spojrzeli po sobie i ruszyli. Mieli plan, by w pierwszej kolejności znaleźć nocleg, a po zostawieniu zbędnego bagażu ruszyć zwiedzać. Blackowi w Ministerstwie podano adres jednego z pensjonatów dla czarodziejów i tam planowali dotrzeć.
- Nie ustaliliśmy, jak chcemy wziąć pokoje. – odezwała się nagle zaniepokojona Lily.
- To chyba oczywiste? – James wyszczerzył swoje idealne zęby, na co dziewczyna prychnęła lekceważąco.
- To, że zgodziłam się z tobą tutaj przyjechać, nie znaczy, że będziemy mieć razem pokój.
- Myślę, że wszystko się wyjaśni, jak zaczniemy coś załatwiać. – Vicky wskazała schludny budynek, który mieścił się między sklepem zoologicznym i księgarnią.
                Ludzie zdawali się go nie zauważać, nie zaszczycając nawet przelotnym spojrzeniem. Ich wzrok prześlizgiwał się z jednej sąsiedniej kamienicy, na drugą. Wymienili podniecone spojrzenia i weszli do środka.
                Od razu wyczuli, że to miejsce jest przesiąknięte magią. Za biurkiem siedziała starsza kobieta w absurdalnie mocnym makijażu, absurdalnie fioletowych włosach i absurdalnie różowej szacie. Białe świeczki unosiły się w powietrzu, a gdziekolwiek by nie spojrzeli stały kwiaty. Ściany miały kolor śmietany, a namalowane na nich rośliny i motyle nieustannie się poruszały. Te drugie co jakiś czas uciekały z murów, zataczały koło i wracały na miejsce. Rozglądali się dookoła zdumieni.
                Czarownica podniosła nagle głowę i przykleiła do twarzy tak absurdalnie szeroki uśmiech, że James pomyślał, że zaraz jej usta się złączą z uszami.
- Oh! – klasnęła w dłonie. – invités!
                Spojrzeli po sobie skonsternowani. W tym całym podnieceniu, że będą w Paryżu nie pomyśleli, że nie znają francuskiego.
- Dzień dobry, jesteśmy z Anglii… - Syriusz nawet nie zdążył nic więcej powiedzieć, a kobieta znów klasnęła w dłonie, płosząc kota, który dotychczas leżał niezauważony za biurkiem.
- Anglicy! Wtaici „u madame Rosie”! – Vicky wepchnęła sobie do ust pięść, żeby się nie roześmiać, a James miał oczy jak spodki. – U nas ostatni niewiele Anglicy. Ale to nic, nic. Zaraz ja sprawdzić czy coś tu dla was wolni. – zajrzała do jakiegoś notesu i mina jej odrobinę posmutniała. – Przykro, ale ostatnie dwa pokoi zostaly, a jedno niestety z dwa osobne lóżka! – wyrzuciła w powietrze ręce, jakby w geście rozpaczy.
- Jak to jedno z dwoma osobnymi łóżkami? – pisnęła przerażona Lily. – Co my teraz zrobimy?
- Możemy my spać na tym jednym, a chłopacy… - Vicky nie skończyła, bo przerwał im oburzony okrzyk kobiety.
- „U madame Rosie” nie ma, że chlopak spal z chlopak! Ani dziewczyna z dziewczyna! „U madame Rosie” tylko dziewczyna i chlopak!
                Howells spojrzała na Blacka i odchrząknęła cicho.
- Jeśli wam to ułatwi życie, to my weźmiemy ten z jednym. – zwróciła się do Evans i Pottera, który chyba jednak liczył na drugi pokój.
- Pewnie, my i tak normalnie śpimy razem, więc co za… - Syriusz urwał nagle, uświadamiając sobie, co właśnie powiedział. – Nieważne. Nic nie mówiłem.
                Ale było już za późno. Wiedział, że czeka ich dokładne przesłuchanie.
- Magnifique! Anglicy, na górę. – po tych słowach zaprowadziła ich do sypialni i po krótkiej rozmowie w końcu wyszła i poszła z Lily i Jamesem do ich pokoju.
                Vicky spojrzała świdrującym spojrzeniem na Blacka, a on marzył tylko o tym, by zapaść się pod ziemię. Musiał jednak wyjść z tego z twarzą. Przybrał nonszalancką pozę i uśmiechnął się po huncwocku.
- I co tak na mnie patrzysz? W końcu pewnie by się wydało, nawet jakby mi się nie wymsknęło.
                Dziewczyna prychnęła i odwróciła się do niego plecami. Wiedziała, że w końcu do tego dojdzie. Teraz będzie próbował tylko wyjść na wielkiego casanovę. Otarła ze złością samotną łzę, nienawidząc się za tę słabość.



                Przemierzali ulice Paryża, napawając się jego niepowtarzalnym pięknem. Miasto ma niesamowity klimat i nawet jeśli komuś się nie podoba, nie może zaprzeczyć, że atmosfera jest tam inna niż gdziekolwiek indziej. Zaczęli od łuku triumfalnego, na który nie było wstępu dla mugoli, jednak czarodzieje z łatwością mogli się tam przelewitować. Dziewczyny zachwycały się widokiem Wieży Eiffela w oddali i nie mogły się już doczekać wieczoru, bo właśnie wtedy mieli iść na pole Marsowe i tam pozostać, aż do powrotu do pensjonatu. Syriusz wyciągnął z plecaka aparat i poprosił o zrobienie zdjęcia jakiegoś czarodzieja, który podziwiał widoki z żoną i dziećmi. Gdy zeszli na dół przeszli się całą aleją Champs Elysees, aż do Luwru, gdzie weszli na godzinę, bo Lily koniecznie chciała zobaczyć kilka dzieł sztuki. Stamtąd udali się do katedry Notre Dame, a następnie metrem pod Moulin Rouge. Huncwoci bardzo chcieli wejść do środka na kabaret, który reklamował ogromny plakat z mrugającą do przechodniów kształtną blondynką w kusej sukience. Dziewczyny sprowadziły ich jednak na ziemię wskazując kolejkę do kas długą na kilka godzin stania. Tak im się przynajmniej wydawało.
- Zaraz zobaczycie do czego jesteśmy zdolni. – chłopcy wypięli się dumnie i ruszyli do następnych w kolejności do kupna biletów dziewczyn.
- Okej, skoro ich nie ma, to powiedz mi teraz co się dzieje. – Lily przyglądała się uważnie przyjaciółce, oczekując, że wyczyta coś z jej twarzy.
- Jak to co się dzieje? – Vicky stwierdziła, że najlepiej będzie udawać, że nie wie o co chodzi.
- Nie obrażaj mojej inteligencji. Co się dzieje między tobą a Blackiem? Widzę, że nie jest jak zawsze. – pomachała jej ostrzegawczo palcem przed nosem, co miało wyglądać groźnie, a wyszło komicznie.
Szczególnie, że Evans jest zdecydowanie od Howells niższa i przypominała w tamtym momencie skrzata, który stara się być przerażający, a jest no cóż… skrzatem. Vicky westchnęła.
- Naprawdę, Lil, nic nie ma. Po ataku na Marshallów mam znów koszmary i Syriusz zostaje ze mną, żebym się nie bała. – odwróciła zawstydzona wzrok, a Gryfonka mocno ją przytuliła.
- To nic wstydliwego, że prześladują cię złe sny. I tak jesteś silna. Peter albo Ruby już dawno by sikali pod siebie w nocy, jakby śnili tyle koszmarów co ty. – dziewczyny roześmiały się i skończyły rozmowę, bo właśnie wrócili napuszeni chłopacy, wachlując się ostentacyjnie każdy dwoma biletami.

                Dwie godziny później siedzieli już z szampanem na Polu Marsowym, podziwiając Wieżę Eiffela. James i Syriusz zachwycali się dziewczynami z przedstawienia, czego Vicky i Lily nawet nie komentowały. Popijały tylko wino i rozmarzone patrzyły na ikonę Paryża.
- Dziękuję wam! To najwspanialszy prezent urodzinowy, jaki mogliście mi dać. – Howells obdarzyła przyjaciół najpiękniejszym uśmiechem na jaki ją było stać.
- Nie ma za co, ale w zasadzie to prezent od Łapci, my jesteśmy tu dla towarzystwa. – Rogacz wyszczerzył zęby. – No i osobiście liczyłem, że w tak romantycznym mieście Evans w końcu ulegnie. – poczochrał swoją nieokrzesaną czuprynę i poruszał sugestywnie brwiami, na co Vicky i Syriusz ryknęli śmiechem, a Lily niebezpiecznie zmrużyła zielone oczy.
- Ty niedorozwinięty gumochłonie, co ty sobie wy… - nie skończyła, bo James szybko ją pocałował. Opadła jej szczęka i przez chwilę ruszała tylko ustami, nie wydając z siebie żadnego dźwięku.
- Lilka, wyglądasz jak karp wyciągnięty z wody. – Howells wychyliła w jej stronę kieliszek, a później pociągnęła zdrowego łyka. – Jakie to pyszne…
                Evans postanowiła tego nie komentować w żaden sposób. Oczywiście nie mogła wiedzieć, że poczerwieniała na całej twarzy pod kolor włosów i że wszyscy to widzieli. Łącznie z Potterem, który wprost nie posiadał się z radości.
                Siedzieli i rozmawiali tak bardzo długo, aż w końcu Lily czknęła głośno i chwyciła Vicky za łokieć.
- Muszę siiii-hik!-kuuuu – wyjęczała i dziewczyny poszły szukać toalety.
                Na Jamesa podziałało to jak kubeł zimnej wody. Usiadł prosto i wbił w Syriusza jaśniejące spojrzenie. Ten widząc to, parsknął śmiechem.
- Tak, wydaje mi się, że podobasz się idealnej pannie Prefekt-Evans.
- Nie o to chodzi. O co chodzi z Vicky? – Black soczyście zaklął w myślach i gorączkowo zaczął rozmyślać, co ma powiedzieć.
Miał już nadzieję, że przyjaciel sobie daruje.
- O nic. O czym ty mówisz? – nieświadomie przybrał strategię Howells, by udawać głupiego.
- Doskonale wiesz. – Rogacz pogroził mu palcem. – Powiedziałeś, że sypiacie ze sobą. Co ty odwalasz?
- Merlinie, nic nie robię, ona ma koszmary i…
- Dorcas wie o tym? – Syriusz momentalnie zamknął usta.
Ta uwaga zbiła go z tropu.
- Co ma z tym wspólnego Dorcas? – zapytał bardzo powoli, próbując myśleć trzeźwo, mimo wyraźnego szumu w głowie.
                Nie doczekał się jednak odpowiedzi, bo dziewczyny wróciły rozchichotane i Vicky padła koło niego opierając się mu o kolana, a Lily to samo zrobiła koło Jamesa. Syriusz spojrzał na niego i wiedział, że na razie ma spokój, bo ten wpatrywał się w Rudą z zachwytem w oczach.

               
                Do pokojów wrócili grubo po 2 w nocy. Black wyszedł z łazienki, gdy Vicky już leżała w łóżku. Miała zamknięte oczy, a brązowe włosy rozrzucone na poduszce wydały mu się nagle wyjątkowo długie. Oparł się o framugę drzwi i chwilę tak stał, i na nią patrzył. W końcu po paru minutach wszedł do łóżka i nie do końca wiedział jak się zachować. Ostatecznie zdecydował się na delikatne pogłaskanie jej po głowie i pozostanie na swojej stronie łóżka. Mimo, że był wykończony intensywnym dniem, nie mógł zasnąć. Zaczynał się zastanawiać czy to, że zaproponował jej wprowadzenie się, było dobrym pomysłem. Czy ten wyjazd był dobrym pomysłem. Nie miał pojęcia co o tym myśleć i znowu czuł, że wszystko wymyka mu się spod kontroli. Już się podniósł, by napisać list do Dorcas, gdy przypomniał sobie, że nie zabrał ani pergaminu, ani pióra, ani sowy. Sfrustrowany opadł z powrotem na poduszki i zamknął oczy, czekając na zbawienny sen, by uciec od własnych myśli.

                O 10 opuścili „U madame Rosie” żegnani okrzykami „Au revoir!”, które słyszeli jeszcze, gdy skręcali w prostopadłą uliczkę. Pojechali znów pod Moulin Rouge i stamtąd przez Plac Pigalle dotarli do bazyliki Sacré-Cœur. Tam spędzili ostatnie chwile w Paryżu i równo o 15 potłuczona doniczka-świstoklik zabrała ich przed dom Syriusza. Pożegnali się i Łapa z Vicky weszli do domu, a James został z Lily, która miała za chwilę wezwać Błędnego Rycerza.
- Cieszę się, że zgodziłaś się polecieć. Mam nadzieję, że ci się podobało. – Rogacz zdawał się być skrępowany i cały czas masował sobie kark.
- Oczywiście, że mi się podobało. – Lily wyszczerzyła się i uniosła prawą rękę z różdżką nad ulicą, a już po chwili trzypiętrowy, wściekle fioletowy autobus zatrzymał się przed nimi.
Zerknęła szybko na Pottera i po chwili zawahania stanęła na palcach i pocałowała go w policzek, czerwieniąc się przy tym jak piwonia.
- Do zobaczenia, James. – weszła do pojazdu i ledwo zdążyła mu pomachać, a z zawrotną prędkością odjechali.
                Rogacz włożył ręce do kieszeni spodni i wesoło pogwizdując, sprężystym krokiem ruszył w stronę domu.


                Vicky siedziała w domu sama, bo Syriusz zaraz po odłożeniu plecaka zniknął. Spacerowała po wszystkich pokojach i wiedziała, że nie może już dłużej tu mieszkać. Ostatni tydzień wakacji chce spędzić w swoim domu. Gdy zakończyła wędrówkę, poszła do swojej sypialni.
                Kończyła właśnie pakować ciuchy do kufra, gdy usłyszała, że ktoś wchodzi do domu. Nie przejmując się tym, sprzątała swoje pozostałe rzeczy, a chwilę później poczuła, że ktoś stoi w drzwiach. Odwróciła się i zobaczyła przed sobą Blacka.
- Co ty robisz?
                Był wyraźnie wstrząśnięty. Przez krótką chwilę miała ochotę zrezygnować ze swojego pomysłu, ale postanowiła być twarda.
- Wracam do domu. – uniosła zadziornie podbródek.
- Ale… ale… - nie potrafił wydusić z siebie słowa. W końcu jednak się opanował i przybrał obojętny wyraz twarzy. – Jak sobie chcesz. Tutaj ta druga część twojego prezentu, który ci obiecałem.
                Bezceremonialnie wręczył jej do rąk średniej wielkości pudełko. Otworzyła je niepewnie, a ze środka patrzyły na nią duże miodowe oczy.
- Kot. – stwierdziła bezbarwnym głosem.
- To serwal afrykański. – odpowiedział również bez emocji.
- Nie znoszę kotów. – podniosła głowę i spojrzała mu w oczy. – Kocham psy, ale kotów nie lubię.
- Chciałem dać ci psa, ale w Hogwarcie by się na niego nie zgodzili. Jak ci się coś nie podoba, to możesz go tu zostawić. – Syriusz odwrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju.
                Kilkanaście minut później usłyszał, jak zamyka za sobą drzwi wejściowe. Puścił parapet, który ściskał, patrząc na wysprzątany przez nią zaledwie dwa dni wcześniej ogród. Jak to możliwe, że w tak krótkim czasie wszystko się zmieniło. Poszedł do jej sypialni.
                Kota nie było.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz