poniedziałek, 9 stycznia 2017

Rozdział 6

Zamieszkasz ze mną.
               
                W Dolinie Godryka widać było, że wakacje rozpoczęły się na dobre. Wszędzie biegały stada rozwrzeszczanych dzieci, a grupki nastolatków przyglądały się im krzywo. Słońce grzało mocno i już w drugim tygodniu lipca wszyscy mogli się chwalić piękną opalenizną. James i Syriusz leżeli w parku, w cieniu dużego drzewa i przyglądali się kilku dziewczynom, które co rusz zerkały w ich stronę i zaczynały chichotać.
- Łapciu, myślisz, że moglibyśmy zaprosić te dziewczyny nad jezioro? – Potter zmierzwił swoje kruczoczarne włosy lewą ręką.
- Nie jestem pewien czy mam ochotę je w ogóle poznawać. – mruknął Black, co sprawiło, że jego przyjaciel wyprostował się gwałtownie.
- Słucham? Ty? TY, Syriusz Black, nie masz ochoty poderwać kilku dziewczyn? – chłopak był w głębokim szoku.
- Nie, nie mam ochoty. Co w tym dziwnego? Nie są jakoś specjalnie interesujące. – Syriusz otaksował je krytycznym spojrzeniem.
- Każda z nich mogłaby startować w konkursie na Miss Wielkiej Brytanii. – James podniósł powątpiewająco brew, a ciekawość wzrastała w nim coraz bardziej.
- Na Merlina, to zaproś je jak chcesz. Pojedziemy nad to jezioro.
- Chodzi o jakąś dziewczynę?
- Powiedziałem, że możesz je zaprosić.
- To dziewczyna, tak?
- Powiedziałem, zaproś je! – Black wstał raptownie i odszedł rozzłoszczony, zostawiając Pottera zdziwionego pod drzewem.
                James przestał zwracać uwagę na rozchichotane nastolatki i pogrążył się w rozmyślaniach. To było do Łapy bardzo niepodobne. Zawsze to on wychodził z inicjatywą podrywania wszystkiego, co się rusza, a teraz nagle nie jest zainteresowany. O co w tym wszystkim chodzi? Ta Dorcas Meadowes chyba całkowicie już mu zawróciła w głowie.

                Był wściekły. Był bardziej niż wściekły. Jak mógł pozwolić sobie na chwilę słabości. Kopnął z całej siły leżący mu na drodze kamień. Zapomniał się i teraz James zacznie się tym interesować. Dlaczego, na Merlina, dlaczego musiał się tak zamyślić i palnąć takie głupstwo. Prawdę, ale jednak głupstwo. Przecież to byłby koniec wszystkiego, gdyby on się dowiedział… Gdyby jego najlepszy przyjaciel… Nawet nie chciał o tym myśleć. Musiał się opanować i znów zacząć odgrywać rolę, w której jest taki dobry. Sprawdzała się przez tyle lat i teraz przez jedną rzecz nagle zaczyna mu się wszystko walić.
                Wbiegł do domu Potterów, musnął przelotnie ustami policzek Euphemii, dzięki czemu jej twarz od razu rozjaśnił uśmiech, po czym wbiegł po schodach na piętro. Zatrzasnął za sobą drzwi i rzucił się na swoje łóżko, chowając głowę pod kołdrą. Miał ochotę krzyczeć. Dać upust tej totalnej bezsilności. Wiedział, że w końcu go to zje od środka. Przestaje być silny. Zaczął krzyczeć, zagłuszając ten rozpaczliwy akt bezradności poduszką. To Ona sprawia, że staje się słaby. I zdawał sobie sprawę, że tylko Ona jest w stanie mu ulżyć, pomóc mu się poskładać z powrotem.
                Wstał i podszedł do biurka. Chwycił za pióro i zaczął pisać do Dorcas.


                Lily Evans obudziła się tuż przed południem. Leżała chwilę nieruchomo w łóżku, wpatrując się w sufit, który nie był sufitem jej ukochanego dormitorium. Brakowało jej Hogwartu jak jeszcze nigdy, a na myśl o nowym roku szkolnym czuła przyjemny skurcz w żołądku. Nigdy by się do tego na głos nie przyznała, ale miał z tym trochę wspólnego fakt, że Gryfoni zdobyli Puchar Quidditcha, co oznaczało jedno – obiecaną randkę z Jamesem Potterem. Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie głupkowato i schowała twarz pod poduszką. Kto by pomyślał, że ona, która od pierwszego wejrzenia nienawidziła jednego z największych szkolnych żartownisiów, będzie z niecierpliwością czekała na ich spotkanie.
                Nie wiadomo, ile jeszcze by tak leżała, gdyby nie mała sówka pukająca zawzięcie w szybę. Lily wstała i otworzyła ptaku, który od razu wyciągnął nóżkę w jej stronę.
- Cześć, Piger. Co Ruby ode mnie chce? – Gryfonka pogłaskała zwierzątko, a następnie otworzyła klatkę jej własnej sowy, Roxy, by tam odpoczęło i napiło się świeżej wody.
                Lily zaczęła czytać i po chwili już wypadła z pokoju. Na schodach cudem uniknęła tragedii, ale w końcu udało jej się w całości dotrzeć do kuchni, gdzie przy stole pani Evans czytała gazetę. Spojrzała znad okularów na swoją młodszą córkę i uśmiechnęła się.
- Dzień dobry, Śpiochu. Spałaś do tej godziny, a taka zmęczona? – zapytała rozbawiona, widząc jej rozpaczliwą walkę o oddech.
- Cześć… Mamo, Ruby do mnie napisała. Planują z Phoebe pojechać do Vicky za kilka dni. Jej bracia wyjeżdżają pojutrze, więc na pewno ucieszyłaby się, jakby nie była sama. Mogę jechać?
- Oczywiście, że tak. – Mary wstała i przytuliła mocno córkę. – Jestem z ciebie taka dumna.
- Ale dlaczego? – Lily wyglądała na zagubioną.
- Ponieważ potrafisz docenić wartość przyjaźni.

                Dzień wyjazdu jak na złość nie chciał nadejść. Lily czekała spakowana od tego samego wieczora, kiedy dostała list od przyjaciółek, a gdy następnego dnia dostała sowę od Remusa, że on i Huncwoci też planują jechać, nie mogła znaleźć dla siebie miejsca. Zastanawiała się czy nie zmienić ciuchów na bardziej dziewczęce, ale szybko się opamiętała. Nie jedzie tam dla Pottera.
                Wieczór przed wyjazdem był nie do zniesienia. Przez kilka godzin rzucała się w łóżku, nie mogąc zasnąć. Chciała jak najszybciej wyrwać się z domu. Skrycie cieszyła się, że chociaż przez kilka pięknych dni nie będzie musiała patrzeć na swoją starszą siostrę, Petunię.
                Siostry były kiedyś najlepszymi przyjaciółkami, jednak wizyta pewnego oryginalnego, starszego pana w dzień jedenastych urodzin Lily zmienił wszystko. Albus Dumbledore przyszedł, chociaż może lepszym określeniem byłoby, że przybył do ich domu, by poinformować rodzinę Evans, że Lilyanne jest czarownicą i została przyjęta do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Rodzice jak już otrząsnęli się z szoku, byli bardzo szczęśliwi i podnieceni. „Mamy w rodzinie czarownicę! To nie cudowne?” powtarzali później cały czas. Petunia jednak odebrała to zupełnie inaczej. Odsunęła się od siostry i można by nawet pomyśleć, że ją znienawidziła, co jednak nie jest prawdą. Po prostu była zazdrosna, że ona sama nie została wyróżniona w taki sposób. Przez to znienawidziła magię, wszystko co z nią związane, a siostrę zaczęła nazywać „dziwadłem” i nie chciała mieć z nią nic do czynienia.
                Lily na początku bardzo odczuła utratę Petunii, jednak w Hogwarcie zyskała nowe siostry i przestała się przejmować tą rodzoną. Skoro jej nie zależało na ich kontakcie, to dlaczego Rudowłosej miałoby zależeć.

                W końcu nadszedł długo wyczekiwany dzień i Lily przestała tak entuzjastycznie do niego podchodzić. To nie był wyjazd jak co roku, by spędzić czas z przyjaciółkami na zabawie, ciesząc się wakacjami. Jechała tam wspierać Vicky po bolesnej stracie i dotrzymywać jej towarzystwa.
                O godzinie 13 w salonie Evansów z kominka wyszły dwie identyczne, blondwłose dziewczyny. Porozmawiały chwilkę z rodzicami Lily i kilka minut później wszystkie trzy zniknęły w zielonych płomieniach. Rudowłosa nigdy nie preferowała tego typu podróżowania, ale miało ono swoje plusy. Na przykład fakt, że już kilka sekund po wypowiedzeniu adresu stała na dywanie w salonie Howellsów. Rozejrzała się zaciekawiona po pomieszczeniu, ale jej wzrok zatrzymał się na postaci skulonej na kanapie.
                Vicky wyglądała jeszcze gorzej niż w Hogwarcie. Wychudzona, całkiem blada z przetłuszczonymi włosami. Można by odnieść wrażenie, że za chwilę się rozpadnie. Skierowała na nią puste spojrzenie brązowych oczu i Lily wiedziała już, że to zdecydowanie nie będzie przyjemna wizyta.

                Parę godzin później, gdy dziewczyny siedziały w ciszy, w salonie pojawiły się kolejne osoby. Pierwszy wyszedł chłopak o miodowych włosach i jasnych oczach, z twarzą pooraną licznymi bliznami. Remus otrzepał popiół z koszulki i wyszedł z kominka, robiąc miejsce kolejnym. Wtedy nastąpił huk, a na sam środek pokoju wytoczył cię niski, o pucołowatej twarzy Peter. Vicky wybuchła histerycznym śmiechem i pomogła mu wstać. Pettigrew przytulił ją lekko zmieszany i zaraz usiadł na kanapie przy stoliku z miską z czekoladkami. Remus od razu porwał Howells w ramiona i tak stali, gdy z kominka wyszła kolejna postać, na widok której Lily spąsowiała. Wysoki, czarnowłosy, o czekoladowych oczach, którymi zachwycał zza prostokątnych okularów. Stanął przy jednym z foteli, a wtedy pojawiła się już ostatnia osoba. Syriusz rozejrzał się stalowoszarymi oczami, z których bił taki smutek, że ciężko było znieść to spojrzenie. Jego wzrok padł na Vicky i westchnął. Razem z Jamesem wzięli ją w swoje objęcia.
- Nie smuć się, Mała. Już tu jesteśmy. – szepnął Potter, a ona ku zaskoczeniu wszystkich uśmiechnęła się.
- Przepraszam was, nie mogę się ogarnąć ze sobą. Odkąd Nicolas i Michael wyjechali nie umiem się odnaleźć tutaj. Teraz jest tak… pusto. – westchnęła cicho.
               

- I tak po prostu cię zostawili? – oburzył się Peter, a reszta odczuwała podobne emocje, co wyraźnie odbijało się na ich twarzach.
- Ustaliliśmy, że tak będzie najlepiej. Mają mnie odwiedzać co najmniej raz na dwa tygodnie, a za miesiąc będę już pełnoletnia.  – Vicky wzruszyła ramionami i wypiła łyk gorącej czekolady.
- Ale mówiłaś, że Nicolas chciał zostać… - Ruby zmarszczyła lekko brwi, co tylko dodało jej uroku.
- Tak, ale nie było takiej możliwości. Leanne ma niedługo urodzić, on pracuje, nie ma sensu, żeby mnie nańczył. Ma już swoje życie, a ja, jak już mówiłam, niedługo będę pełnoletnia.
                Zapadła głucha cisza, podczas której każdy wpatrywał się w swój kubek. Nad ich głowami uparcie bzyczała mucha, a świece na stole stawały się coraz mniejsze. Wszyscy gorączkowo rozmyślali jak pomóc przyjaciółce, która najwyraźniej nie potrafiła sobie poradzić z pustką w domu. Im dłużej z nią byli, tym coraz bardziej odżywała i widzieli w niej jakąś część dawnej Krukonki.
- Będziemy do Ciebie przyjeżdżać cały czas. – zaproponował Remus, unosząc głowę.
- O, to jest dobry pomysł! – Phoebe się wyraźnie ożywiła. – Co kilka dni będziemy się zmieniać.
- Przestańcie, nie widzicie, że to jest bez sensu? Teraz ze mną będziecie. Nie mogę oczekiwać, że będziecie się mną opiekować przez cały czas. – Vicky skrzyżowała ręce na piersi i gwałtownym ruchem głowy odrzuciła swoje długie, brązowe włosy na plecy.
                Wybuchła zażarta dyskusja, podczas której próbowali ustalić jak by to miało wyglądać. Ogólny harmider nie podobał się Peterowi. Był przerażony na myśl, że miałby spędzić kilka dni sam na sam z Vicky, której się bał okrutnie, a słyszał, że przyjaciele biorą go pod uwagę w swoich planach. Dziewczyny go przerażały, a ona szczególnie. Już sama jej twarz wyglądała, jakby była cały czas zła. Na dodatek była bardzo sarkastyczna, co dla biednego Pettigrew zawsze było pułapką.
- Zamieszkasz ze mną. – odezwał się nagle Syriusz, wywołując natychmiast ciszę w pomieszczeniu.
- Słucham? – Howells patrzyła na niego oczami jak spodki, podobnie jak pozostała szóstka.
- Dostałem w spadku po wuju Alfredzie dom w Dolinie Godryka. I tak miałem się wyprowadzić. – spojrzał na wstrząśniętego Jamesa i uśmiechnął się lekko. – Ale nie potrafiłem się na to zebrać, by nie zranić Euphemii i Fleamonta. Jednak teraz, w tych okolicznościach… Vicky potrzebuje kogoś blisko, a mi w tym wielkim domu przyda się towarzystwo. Oboje na tym korzystamy. – wzruszył beztrosko ramionami, przywołując na twarz swój huncwocki uśmiech.
- Ale… ale… - Vicky nie była w stanie wydusić z siebie słowa.
- Ale przecież mieszkasz z nami. – Rogacz miał minę zranionego dziecka, któremu rodzice zabrali sprzed nosa cukrowe pióro.
- Zmiana otoczenia może ci dobrze zrobić. – odezwała się Phoebe, ignorując Pottera, a Lily ochoczo jej przytaknęła.
- Tym bardziej, że w okolicy będzie też James, więc nie będziesz musiała spędzać całych dni z tym pomyleńcem. – Ruda wskazała niedbale Syriusza, który ryknął śmiechem, na co Peter ze strachu prawie spadł z krzesła.
- Ten dom jest duży. Dostaniesz swój pokój. – Black cały czas szczerzył swoje idealnie proste, białe zęby. – Będziesz nawet mogła mi pomóc urządzić wszystkie pomieszczenia.
- Och, dziękuję ci, Łaskawco. – mimo ironicznego tonu widać było, że zaczyna jej się ten pomysł podobać.
- No, to ustalone! – Ruby klasnęła zachwycona w dłonie. – Póki tu jesteśmy to pomożemy ci się spakować.
                Wtedy Lupin, który od tej szalonej propozycji siedział cicho, nagle wstał od stołu i wyszedł z jadalni. Przyjaciele spojrzeli po sobie zaskoczeni, a Vicky po chwili otrząsnęła się z szoku i wyszła za nim.
- Co mu się stało? – zapytał Peter.
                Nikt mu nie odpowiedział, tylko wpatrywali się w drzwi, za którymi zniknął.

                Vicky znalazła go na schodach przed domem. Usiadła obok i położyła głowę na jego ramieniu.
- Hej. – powiedziała cicho.
- Hej.
- Co się dzieje?
- Boję się o ciebie. – Remus westchnął ciężko i oparł swoją głowę o jej.
- Dlaczego?
- Syriusz rani dziewczyny. A ty jesteś moją przyjaciółką. Nie chcę żeby zranił ciebie. – na te słowa Howells wybuchła niepohamowanym śmiechem.
- Oj, Remus, Remus. I ty sądzisz, że ja mogłabym się zakochać w Syriuszu Blacku? – pokręciła z niedowierzaniem głową.
- Nie wiem, Vicky. On ma swoje sztuczki. – spojrzał na nią z troską w oczach. – Dość już wycierpiałaś.
                Umilkła. Wiedziała, że Lupin chce dla niej jak najlepiej. Wiedziała też, że nie chodzi o to, że jest zazdrosny. Byli najlepszymi przyjaciółmi, jak brat i siostra. Naprawdę się o nią martwił i bardzo ją to rozczuliło.
- Dziękuję ci, ale naprawdę potrzebuję nie być teraz sama. Nawet jeśli to oznacza, że musiałabym znosić tego arystokratę przez większość czasu. Do tego zawsze będę mogła tu wrócić. – skinęła głową w stronę domu.
- Masz rację. Z Syriuszem przynajmniej nie będziesz miała jak się tyle smucić. Już on o to zadba. – roześmiali się oboje i jeszcze chwilę tak siedzieli, rozmawiając i trzymając się pod ręce.
                Remus Lupin i Vicky Howells spotkali się w księgarni Esy i Floresy, na ulicy Pokątnej. Oboje z zachwytem przyglądali się tym wszystkim książkom, a krążąc tak z głowami uniesionymi w stronę regałów, wpadli na siebie. Jedenastoletni chłopiec jakoś utrzymał się na nogach, ale dziewczynka upadła. Pomógł jej wstać i żadne z nich nie przypuszczało wtedy, że to drugie stanie się dla niego największym oparciem i najlepszym przyjacielem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz