James siedział z
zachmurzoną miną przy stole i wściekle atakował widelcem jajecznicę. Euphemia
Potter przyglądała mu się smutna, ale jednocześnie poirytowana.
- Synku… Mi i ojcu też brakuje Syriusza, ale on mieszka pięć minut
drogi stąd.
- Wiem…
- I jest pięć razy w tygodniu na obiedzie.
- Wiem.
- Widujecie się praktycznie codziennie!
- Wiem!
- Więc przestań się zachowywać jak pięcioletnie dziecko! – fuknęła
pani Potter, gwałtownie uderzając kubkiem z herbatą o blat.
Rogacz nic nie
odpowiedział, tylko spojrzał na nią posępnym wzrokiem. Chociaż Syriusz nie
mieszkał z nimi już dwa tygodnie, to chłopak nadal nie mógł się z tym pogodzić.
Przyzwyczaił się do jego ciągłej obecności i w domu, i w Hogwarcie. Byli
nierozłączni, odkąd Łapa uciekł z domu i było to tak naturalne, bo przecież
byli braćmi! Nie rodzonymi, to fakt, ale braćmi. Z żadnym innym Huncwotem nie
był tak zżyty jak z nim.
Westchnął ciężko,
a chwilę później ktoś wszedł przez drzwi wejściowe.
- Halo, halo! – radosny głos Syriusza rozniósł się po całym domu.
Euphemia
spojrzała na Jamesa z politowaniem, pokręciła głową i po przywitaniu się ze
swoim drugim synem, wyszła do ogrodu. Black usiadł na krześle wyciągając swoje
długie nogi i kładąc stopy na stół.
- Nogi ze stołu! – dało się słyszeć krzyk pani Potter z podwórza.
Syriusz roześmiał
się serdecznie.
- Kocham tę kobietę. Zna mnie tak dobrze, że nie musi nawet widzieć co
robię, by to wiedzieć.
- Tak, fajnie.
- Co jest, Rogaty? – arystokrata podrapał się po nieogolonym podbródku
i przyglądał się przyjacielowi z niekrytym zainteresowaniem.
- Jakbyś ją tak bardzo kochał, to byś się nie wyprowadził. – warknął
James.
Syriusz wzniósł
oczy w stronę sufitu, kręcąc z niedowierzaniem głową. Rozbrajała go tęsknota
Rogacza, ale rozmawiali o tym już nie raz. Tak czy inaczej planował się
wyprowadzić, a Vicky tylko ułatwiła to. Jego myśli od razu pomknęły do domu, a
uśmiech wkradł się na usta. Jego serce rosło z każdym dniem widząc, jak
przyjaciółka odżywa i zaczyna dochodzić do siebie. Powoli wracała dawna Howells
i wiedział, że to była dobra decyzja, by zamieszkała z nim. Często się kłócili,
cały czas sobie docinali, ale dzięki temu nie mieli czasu na nudę. Bardzo dużo
czasu spędzali z Jamesem, a Remus, Peter i dziewczyny też często przyjeżdżali.
Black otrząsnął
się z rozmyślań i spojrzał na Pottera. Skończył już jeść i siedział teraz ze
skrzyżowanymi ramionami i wpatrywał się uparcie w okno.
- James. Ile można. – załamał ręce zrezygnowany.
- No dobra, już dobra. Miałem chwilę słabości. – Rogacz machnął niedbale
ręką. – To co dzisiaj robimy?
Phoebe czytała
podręcznik wróżbiarstwa, gdy nagle usłyszała głośny huk. Odłożyła książkę i już
miała podejść do okna, gdy usłyszała rozdzierający krzyk na parterze. Wypadła z
pokoju, a po schodach wbiegała już jej przerażona matka.
- Szybko, budź Jareda! Musimy uciekać. – Ursula Marshall zniknęła w
jednym z pokojów, a po chwili pojawiła się znów na korytarzu trzymając mocno za
łokieć Julię.
- Mamo, co się dzieje? – dziewczynka pytała przerażona, ale nie
doczekała się odpowiedzi.
Gdy Phoebe i
Jared znaleźli się na dole, ich matka wraz z Ruby i najmłodszą z sióstr czekali
już przy drzwiach wychodzących na ogród. Gdy wybiegli na zewnątrz usłyszeli,
jak ktoś włamał się do domu.
- Chwyćcie mnie za ręce. – czwórka dzieci posłusznie wykonała
polecenie, a chwilę przed teleportacją bliźniaczki zobaczyły kilka wpadających
na podwórze zamaskowanych postaci.
Patrick Marshall
siedział spokojnie w biurze, pracując nad najnowszym zleceniem. Był dyrektorem
działu marketingu w jednej z większych firm w całej Wielkiej Brytanii i bardzo
lubił swoją pracę. Nie musiałby przyjmować tylu zleceń, jednak odnoszące sukces
kampanie reklamowe przynosiły mu najwięcej satysfakcji, gdy sam brał udział w
ich tworzeniu. Pozwalał sobie jednak na pewne udogodnienia, których zwykli
pracownicy nie posiadali. Na przykład obecność telewizora w biurze. Patrick
zerkał tylko na niego co jakiś czas, bo włączony miał program na którym bez
przerwy nadawano najświeższe wiadomości. Właśnie rozmyślał nad jakimś wyjątkowo
chwytliwym hasłem reklamowym, gdy kątem oka zauważył coś niepokojącego na
ekranie. Spojrzał w tamtą stronę i poczuł się, jakby podłoga zawalała mu się
pod stopami. W wiadomościach pokazywali jego dom, a raczej coś, co było jego
domem, a teraz było tylko kupą gruzu.
Zerwał się na
równe nogi, ale nie miał pojęcia co ma teraz zrobić. Zaczęła ogarniać go
panika. Już miał wybiec z gabinetu, gdy huknęło, a jego rodzina cała i zdrowa
zmaterializowała się przed nim. Rzucili się na niego, a jemu łzy ulgi zaczęły
spływać po policzkach.
- Musimy iść do Ministerstwa. – odezwała się po chwili jego żona poważnym
głosem, a on kiwnął głową.
Syriusz wrócił
wieczorem do domu, po spędzeniu męskiego dnia z Jamesem. Było to im obojgu
potrzebne i w końcu wyglądało na to, że Potter przestanie tak bardzo rozpaczać
z powodu jego wyprowadzki.
- Kochanie, wróciłem! – krzyknął, oczekując wrzasków, gdzie się znowu
włóczył, zamiast dzieciom lekcje pomóc odrabiać.
Gdy nie usłyszał żadnego odzewu zaniepokoił się.
Wbiegł do salonu, a na kanapie siedziała Vicky w pozycji embrionalnej i
kołysała się gwałtownie do przodu i do tyłu, blada jak ściana. Szybko
podbiegł i uklęknął przed nią, chwytając
za ramiona.
- Co się dzieje? – był śmiertelnie przerażony.
Przecież było już tak dobrze.
- Syriuszu… - jęknęła tak
rozpaczliwie, że miał dreszcze na całym ciele. – Oni znowu zaatakowali.
Zbladł. Nie
musiała mówić kto.
- Co? Skąd wiesz?
- Pokazywali w mugolskiej telewizji zawalony dom.
- Na gacie Merlina, nie stresuj mnie. – odetchnął. – Może to nie to,
co myślisz.
- Syriuszu… – spojrzała na niego zrozpaczonym wzrokiem. – To był dom
Phoebe i Ruby.
Lily chodziła jak
na szpilkach. Odkąd zobaczyła w południowych wiadomościach, że ci… ci… ci
mordercy znów zaatakowali, nie mogła się uspokoić. Od razu wysłała Roxy z
listem do przyjaciółek, ale nadal nie otrzymała odpowiedzi, chociaż minęło tyle
godzin. Jej rodzice razem z nią byli bardzo zaniepokojeni. Chociaż nie byli
czarodziejami, wiedzieli, że to, co się stało, oznaczało coś bardzo złego.
Szczególnie po tak gwałtownej reakcji ich młodszej córki.
Już miała po raz
kolejny dostać ataku histerii, gdy usłyszała pukanie w szybę. Odwróciła się
gwałtownie w tamtą stronę, jednak zamiast swojej sówki ujrzała ogromnego
puchacza. Otworzyła okno, a on wyciągnął w jej stronę nóżkę, do której
przyczepionych było kilka listów. Na pierwszym z nich zobaczyła swoje nazwisko.
Ledwo odczepiła go, a puchacz zahukał i odfrunął. Otworzyła szybko list, a jej
oczom ukazała się pospiesznie nakreślona notatka szyfrem, który Huncwoci
wymyślili po ataku śmierciożerców, w którym zginęli rodzice Vicky.
Lily,
Phoebe
i Ruby żyją, jej rodzinie też nic nie jest. One z matką, Julią i Jaredem
zdążyli w ostatniej chwili się deportować, a ich ojciec był w pracy. Teraz
ministerstwo gdzieś ich ukrywa. Ojciec mi powiedział. Bądź ostrożna i pisz często
czy wszystko z Tobą w porządku.
Kochający,
James
PS.
Jakby Samson nie uciekł od razu, to daj mu trochę wody, proszę. Słowo, ten ptak
kiedyś padnie z wycieńczenia.
Lily usiadła
szybko na fotelu, bo poczuła, że nogi się pod nią uginają. Przeczytała list
jeszcze raz. „Phoebe i Ruby żyją, jej rodzinie też nic nie jest”
,
chyba nigdy jeszcze nie odczuwała takiej ulgi.
Syriusza obudził
rozdzierający nocną ciszę krzyk. Gwałtownie się podniósł i próbował wstać, ale
zaplątał się w kołdrę i spadł na ziemię. Przeklinając, w końcu wyplątał się z
pułapki, chwycił różdżkę i wybiegł z sypialni. Krzyk nie ustawał, a on był
coraz bardziej przerażony. Wpadł do pokoju Vicky, ale nie zobaczył nikogo
niepożądanego, tylko ją szamoczącą się na łóżku. Szybko jej dosięgnął i
próbował obudzić. W końcu zlana potem otworzyła przestraszone oczy, a gdy
odnalazła jego, wypuściła głośno powietrze.
- Koszmary… - Black nie dokończył.
- Wróciły. – szepnęła cicho.
Położyła się, a
on usiadł na brzegu łóżka, głaszcząc ją delikatnie po głowie. A było już tak
dobrze! Cholerni śmierciożercy. Cholerny Voldemort! Zagotowało się w nim. A na
myśl, że jego rodzina to popiera… Szybko odgonił od siebie te myśli. Gdy po 15
minutach Howells się w końcu uspokoiła, a jej oddech się wyrównał, Łapa wstał i
ruszył do wyjścia. Gdy był już przy drzwiach usłyszał jej cichy głos, jakby
walczyła sama ze sobą.
- Syriusz. – odwrócił się do niej. – Możesz dziś ze mną zostać?
Phoebe i Ruby z
rodziną dalej się ukrywały, jednak zaczęły w końcu wysyłać przyjaciołom sowy,
co nareszcie ich uspokoiło. Pan Potter nie był skłonny udzielać im codziennie
informacji i powoli nastolatkowie zaczęli go irytować, przez co Syriusz i James
usłyszeli kilka mocnych zdań skierowanych w ich stronę.
Tygodnie mijały,
Lily martwiła się o swoje trzy przyjaciółki, a częstotliwość wizyt w Dolinie
Godryka sukcesywnie zwiększała, co natomiast wprawiało w zachwyt Pottera. Remus
spędzał dużo czasu z rodzicami, a Peter prawie się nie odzywał. Black
nieoficjalnie przeniósł się już do pokoju Vicky, bo koszmary nadal ją męczyły i
obecność chłopaka dobrze na nią wpływała. Nikomu o tym nie mówili i utrzymywali
oficjalną wersję, że noc to ich ulubiona pora dnia, bo w końcu nie muszą
patrzeć na swoje „głupie ryje”.
Urodziny Vicky
zbliżały się nieuchronnie i dziewczyna nie mogła się już doczekać, gdy będzie
mogła używać czarów poza szkołą bez żadnych konsekwencji. Black doprowadzał ją
do szału machając jej przed nosem swoją różdżką i rzucając zaklęciami na prawo
i lewo, tymczasem ona nie mogła nawet używać accio i po każdą potrzebną jej
rzecz musiała iść. Wspólne mieszkanie z Syriuszem było z początku bardzo
dziwnym doświadczeniem, jednak z czasem odkrywała z zaskoczeniem, że nie jest
on takim całkiem bezmózgim gumochłonem, za jakiego go miała. Potrafił być
bardzo troskliwy i opiekuńczy, a jego żarty nie zawsze były prostackie. Zawsze
go lubiła, jednak nigdy nie widziała w nim głębszej osobowości. Był po prostu…
płytki. W pełnym znaczeniu tego słowa. Tymczasem z każdym dniem ją zaskakiwał i
odkrywała jak złożoną osobowość ma jej współlokator.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz