niedziela, 15 stycznia 2017

Rozdział 7


Nogi ze stołu!

                James siedział z zachmurzoną miną przy stole i wściekle atakował widelcem jajecznicę. Euphemia Potter przyglądała mu się smutna, ale jednocześnie poirytowana.
- Synku… Mi i ojcu też brakuje Syriusza, ale on mieszka pięć minut drogi stąd.
- Wiem…
- I jest pięć razy w tygodniu na obiedzie.
- Wiem.
- Widujecie się praktycznie codziennie!
- Wiem!
- Więc przestań się zachowywać jak pięcioletnie dziecko! – fuknęła pani Potter, gwałtownie uderzając kubkiem z herbatą o blat.
                Rogacz nic nie odpowiedział, tylko spojrzał na nią posępnym wzrokiem. Chociaż Syriusz nie mieszkał z nimi już dwa tygodnie, to chłopak nadal nie mógł się z tym pogodzić. Przyzwyczaił się do jego ciągłej obecności i w domu, i w Hogwarcie. Byli nierozłączni, odkąd Łapa uciekł z domu i było to tak naturalne, bo przecież byli braćmi! Nie rodzonymi, to fakt, ale braćmi. Z żadnym innym Huncwotem nie był tak zżyty jak z nim.
                Westchnął ciężko, a chwilę później ktoś wszedł przez drzwi wejściowe.
- Halo, halo! – radosny głos Syriusza rozniósł się po całym domu.
                Euphemia spojrzała na Jamesa z politowaniem, pokręciła głową i po przywitaniu się ze swoim drugim synem, wyszła do ogrodu. Black usiadł na krześle wyciągając swoje długie nogi i kładąc stopy na stół.
- Nogi ze stołu! – dało się słyszeć krzyk pani Potter z podwórza.
                Syriusz roześmiał się serdecznie.
- Kocham tę kobietę. Zna mnie tak dobrze, że nie musi nawet widzieć co robię, by to wiedzieć.
- Tak, fajnie.
- Co jest, Rogaty? – arystokrata podrapał się po nieogolonym podbródku i przyglądał się przyjacielowi z niekrytym zainteresowaniem.
- Jakbyś ją tak bardzo kochał, to byś się nie wyprowadził. – warknął James.
                Syriusz wzniósł oczy w stronę sufitu, kręcąc z niedowierzaniem głową. Rozbrajała go tęsknota Rogacza, ale rozmawiali o tym już nie raz. Tak czy inaczej planował się wyprowadzić, a Vicky tylko ułatwiła to. Jego myśli od razu pomknęły do domu, a uśmiech wkradł się na usta. Jego serce rosło z każdym dniem widząc, jak przyjaciółka odżywa i zaczyna dochodzić do siebie. Powoli wracała dawna Howells i wiedział, że to była dobra decyzja, by zamieszkała z nim. Często się kłócili, cały czas sobie docinali, ale dzięki temu nie mieli czasu na nudę. Bardzo dużo czasu spędzali z Jamesem, a Remus, Peter i dziewczyny też często przyjeżdżali.
                Black otrząsnął się z rozmyślań i spojrzał na Pottera. Skończył już jeść i siedział teraz ze skrzyżowanymi ramionami i wpatrywał się uparcie w okno.
- James. Ile można. – załamał ręce zrezygnowany.
- No dobra, już dobra. Miałem chwilę słabości. – Rogacz machnął niedbale ręką. – To co dzisiaj robimy?



                Phoebe czytała podręcznik wróżbiarstwa, gdy nagle usłyszała głośny huk. Odłożyła książkę i już miała podejść do okna, gdy usłyszała rozdzierający krzyk na parterze. Wypadła z pokoju, a po schodach wbiegała już jej przerażona matka.
- Szybko, budź Jareda! Musimy uciekać. – Ursula Marshall zniknęła w jednym z pokojów, a po chwili pojawiła się znów na korytarzu trzymając mocno za łokieć Julię.
- Mamo, co się dzieje? – dziewczynka pytała przerażona, ale nie doczekała się odpowiedzi.
                Gdy Phoebe i Jared znaleźli się na dole, ich matka wraz z Ruby i najmłodszą z sióstr czekali już przy drzwiach wychodzących na ogród. Gdy wybiegli na zewnątrz usłyszeli, jak ktoś włamał się do domu.
- Chwyćcie mnie za ręce. – czwórka dzieci posłusznie wykonała polecenie, a chwilę przed teleportacją bliźniaczki zobaczyły kilka wpadających na podwórze zamaskowanych postaci.


                Patrick Marshall siedział spokojnie w biurze, pracując nad najnowszym zleceniem. Był dyrektorem działu marketingu w jednej z większych firm w całej Wielkiej Brytanii i bardzo lubił swoją pracę. Nie musiałby przyjmować tylu zleceń, jednak odnoszące sukces kampanie reklamowe przynosiły mu najwięcej satysfakcji, gdy sam brał udział w ich tworzeniu. Pozwalał sobie jednak na pewne udogodnienia, których zwykli pracownicy nie posiadali. Na przykład obecność telewizora w biurze. Patrick zerkał tylko na niego co jakiś czas, bo włączony miał program na którym bez przerwy nadawano najświeższe wiadomości. Właśnie rozmyślał nad jakimś wyjątkowo chwytliwym hasłem reklamowym, gdy kątem oka zauważył coś niepokojącego na ekranie. Spojrzał w tamtą stronę i poczuł się, jakby podłoga zawalała mu się pod stopami. W wiadomościach pokazywali jego dom, a raczej coś, co było jego domem, a teraz było tylko kupą gruzu.
                Zerwał się na równe nogi, ale nie miał pojęcia co ma teraz zrobić. Zaczęła ogarniać go panika. Już miał wybiec z gabinetu, gdy huknęło, a jego rodzina cała i zdrowa zmaterializowała się przed nim. Rzucili się na niego, a jemu łzy ulgi zaczęły spływać po policzkach.
- Musimy iść do Ministerstwa. – odezwała się po chwili jego żona poważnym głosem, a on kiwnął głową.


                Syriusz wrócił wieczorem do domu, po spędzeniu męskiego dnia z Jamesem. Było to im obojgu potrzebne i w końcu wyglądało na to, że Potter przestanie tak bardzo rozpaczać z powodu jego wyprowadzki.
- Kochanie, wróciłem! – krzyknął, oczekując wrzasków, gdzie się znowu włóczył, zamiast dzieciom lekcje pomóc odrabiać.
Gdy nie usłyszał żadnego odzewu zaniepokoił się. Wbiegł do salonu, a na kanapie siedziała Vicky w pozycji embrionalnej i kołysała się gwałtownie do przodu i do tyłu, blada jak ściana. Szybko podbiegł  i uklęknął przed nią, chwytając za ramiona.
- Co się dzieje? – był śmiertelnie przerażony.
Przecież było już tak dobrze.
- Syriuszu… -  jęknęła tak rozpaczliwie, że miał dreszcze na całym ciele. – Oni znowu zaatakowali.
                Zbladł. Nie musiała mówić kto.
- Co? Skąd wiesz?
- Pokazywali w mugolskiej telewizji zawalony dom.
- Na gacie Merlina, nie stresuj mnie. – odetchnął. – Może to nie to, co myślisz.
- Syriuszu… – spojrzała na niego zrozpaczonym wzrokiem. – To był dom Phoebe i Ruby.


                Lily chodziła jak na szpilkach. Odkąd zobaczyła w południowych wiadomościach, że ci… ci… ci mordercy znów zaatakowali, nie mogła się uspokoić. Od razu wysłała Roxy z listem do przyjaciółek, ale nadal nie otrzymała odpowiedzi, chociaż minęło tyle godzin. Jej rodzice razem z nią byli bardzo zaniepokojeni. Chociaż nie byli czarodziejami, wiedzieli, że to, co się stało, oznaczało coś bardzo złego. Szczególnie po tak gwałtownej reakcji ich młodszej córki.
                Już miała po raz kolejny dostać ataku histerii, gdy usłyszała pukanie w szybę. Odwróciła się gwałtownie w tamtą stronę, jednak zamiast swojej sówki ujrzała ogromnego puchacza. Otworzyła okno, a on wyciągnął w jej stronę nóżkę, do której przyczepionych było kilka listów. Na pierwszym z nich zobaczyła swoje nazwisko. Ledwo odczepiła go, a puchacz zahukał i odfrunął. Otworzyła szybko list, a jej oczom ukazała się pospiesznie nakreślona notatka szyfrem, który Huncwoci wymyślili po ataku śmierciożerców, w którym zginęli rodzice Vicky.

Lily,
Phoebe i Ruby żyją, jej rodzinie też nic nie jest. One z matką, Julią i Jaredem zdążyli w ostatniej chwili się deportować, a ich ojciec był w pracy. Teraz ministerstwo gdzieś ich ukrywa. Ojciec mi powiedział. Bądź ostrożna i pisz często czy wszystko z Tobą w porządku.
Kochający,
James

PS. Jakby Samson nie uciekł od razu, to daj mu trochę wody, proszę. Słowo, ten ptak kiedyś padnie z wycieńczenia.

                Lily usiadła szybko na fotelu, bo poczuła, że nogi się pod nią uginają. Przeczytała list jeszcze raz. „Phoebe i Ruby żyją, jej rodzinie też nic nie jest” , chyba nigdy jeszcze nie odczuwała takiej ulgi.


                Syriusza obudził rozdzierający nocną ciszę krzyk. Gwałtownie się podniósł i próbował wstać, ale zaplątał się w kołdrę i spadł na ziemię. Przeklinając, w końcu wyplątał się z pułapki, chwycił różdżkę i wybiegł z sypialni. Krzyk nie ustawał, a on był coraz bardziej przerażony. Wpadł do pokoju Vicky, ale nie zobaczył nikogo niepożądanego, tylko ją szamoczącą się na łóżku. Szybko jej dosięgnął i próbował obudzić. W końcu zlana potem otworzyła przestraszone oczy, a gdy odnalazła jego, wypuściła głośno powietrze.
- Koszmary… - Black nie dokończył.
- Wróciły. – szepnęła cicho.
                Położyła się, a on usiadł na brzegu łóżka, głaszcząc ją delikatnie po głowie. A było już tak dobrze! Cholerni śmierciożercy. Cholerny Voldemort! Zagotowało się w nim. A na myśl, że jego rodzina to popiera… Szybko odgonił od siebie te myśli. Gdy po 15 minutach Howells się w końcu uspokoiła, a jej oddech się wyrównał, Łapa wstał i ruszył do wyjścia. Gdy był już przy drzwiach usłyszał jej cichy głos, jakby walczyła sama ze sobą.
- Syriusz. – odwrócił się do niej. – Możesz dziś ze mną zostać?


                Phoebe i Ruby z rodziną dalej się ukrywały, jednak zaczęły w końcu wysyłać przyjaciołom sowy, co nareszcie ich uspokoiło. Pan Potter nie był skłonny udzielać im codziennie informacji i powoli nastolatkowie zaczęli go irytować, przez co Syriusz i James usłyszeli kilka mocnych zdań skierowanych w ich stronę.
                Tygodnie mijały, Lily martwiła się o swoje trzy przyjaciółki, a częstotliwość wizyt w Dolinie Godryka sukcesywnie zwiększała, co natomiast wprawiało w zachwyt Pottera. Remus spędzał dużo czasu z rodzicami, a Peter prawie się nie odzywał. Black nieoficjalnie przeniósł się już do pokoju Vicky, bo koszmary nadal ją męczyły i obecność chłopaka dobrze na nią wpływała. Nikomu o tym nie mówili i utrzymywali oficjalną wersję, że noc to ich ulubiona pora dnia, bo w końcu nie muszą patrzeć na swoje „głupie ryje”.
               
                Urodziny Vicky zbliżały się nieuchronnie i dziewczyna nie mogła się już doczekać, gdy będzie mogła używać czarów poza szkołą bez żadnych konsekwencji. Black doprowadzał ją do szału machając jej przed nosem swoją różdżką i rzucając zaklęciami na prawo i lewo, tymczasem ona nie mogła nawet używać accio i po każdą potrzebną jej rzecz musiała iść. Wspólne mieszkanie z Syriuszem było z początku bardzo dziwnym doświadczeniem, jednak z czasem odkrywała z zaskoczeniem, że nie jest on takim całkiem bezmózgim gumochłonem, za jakiego go miała. Potrafił być bardzo troskliwy i opiekuńczy, a jego żarty nie zawsze były prostackie. Zawsze go lubiła, jednak nigdy nie widziała w nim głębszej osobowości. Był po prostu… płytki. W pełnym znaczeniu tego słowa. Tymczasem z każdym dniem ją zaskakiwał i odkrywała jak złożoną osobowość ma jej współlokator.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz