Kolejne dni po ukazaniu się tragicznego artykułu
były horrorem dla siódemki Gryfonów. Nie zobaczyli Vicky po tym, jak
nauczyciele zabrali ją z Wielkiej Sali. Podejrzewali, że pojechała do domu, do
braci i na pogrzeb rodziców, jednak gdy w poniedziałek nadal nie było jej w
szkole, zaczęli się poważnie niepokoić. Nauczyciele odmawiali powiedzenia im
czegokolwiek, podobnie jak nie pozwolili im wcześniej zjawić się na pogrzebie.
- To nie podlega żadnej dyskusji. – powiedziała wściekła już profesor
McGonagall, gdy po raz kolejny przyszli do jej gabinetu. – Panna Howells mogła
wyjechać, ponieważ dotyczy to jej rodziny. Wy natomiast nadal macie zajęcia i
nie wolno wam ich opuszczać.
Dziewczyny
odchodziły od zmysłów, a Phoebe co rusz wybuchała płaczem. Wszyscy czuli się
okropnie, że nie mogą wspierać przyjaciółki w tak trudnym dla niej czasie, a
bezsilność doprowadzała ich do szaleństwa. Syriusz wysyłał kilka sów dziennie,
próbując skontaktować się z Krukonką, jednak nie otrzymał żadnej odpowiedzi,
przez co chodził coraz bardziej poddenerwowany, a to skutkowało tym, że każdy
bał się do niego odezwać. James i Remus polowali na Dumbledore’a, chcąc od
niego uzyskać jakieś informacje, jednak dyrektor jakby wyparował. Chociaż
osobiście podejrzewali, że unika ich i to bardzo skutecznie.
W końcu, w
kolejny poniedziałek, zobaczyli Vicky pod salą do transmutacji. Wyglądała jak
zjawa, wychudzona, z bladą cerą i opuchniętymi oczami. Natychmiast podbiegli do
niej, dziewczyny próbowały ją przytulić, a ona delikatnie je odepchnęła. Remus
objął ją ramieniem, spodziewając się odtrącenia, ale to nie nastąpiło. Chwilę
później jednak przyszła profesor McGonagall i Krukonka wymknęła się spod jego
ramienia i weszła do sali.
Tego dnia
otrzymali wyniki egzaminów, lecz nikogo nie cieszyły dobre stopnie. Nawet Peter
nie tryskał energią, że udało mu się zdać wszystko na tyle dobrze, by móc
kontynuować swoje przedmioty na siódmym roku. Vicky na każdej przerwie im
znikała, a gdy już się pojawiała, to nie dopuszczała ich do siebie. Wcześniej
ciągle roześmiana, teraz stała się milcząca, a z jej oczu bił taki smutek, że
wszyscy mieli pustkę w głowie, jak ją pocieszyć.
W końcu przyszedł
30 czerwca i czas było spakować się i wrócić do domu. Gdy Ekspres
Londyn-Hogwart ruszył ze stacji Hogsmeade, ósemka przyjaciół po raz pierwszy
nie wiedziała co robić w drodze. Gryfoni bali się śmiać, by nie urazić
Krukonki, jednak ta szybko oparła czoło o szybę pociągu i zasnęła. James i
Syriusz wymienili spojrzenia i zaproponowali reszcie partię Eksplodującego
Durnia, a Lily i Remus poszli spełniać obowiązki prefektów. Powoli zaczęli się
rozluźniać i w końcu nawet można było usłyszeć śmiech, dochodzący z ich
przedziału.
- Idzie pani z wózkiem, co kto chce, to dawać monety i od razu kupię
wszystko. – zarządził Lupin wchodząc do przedziału.
- O nie, nie wiem gdzie mam pieniądze. – zawiedziona Lily
przeszukiwała wszystkie kieszenie, jednak nie znalazła nawet złamanego knuta.
- Powiedz co chcesz, to Ci kupię. – zaoferował się Potter, mierzwiąc
sobie włosy. Złoty znicz latał mu koło ucha.
- Nie ma mowy. Nie będziesz mi niczego fundował. – dziewczyna
spojrzała na niego krzywo.
- Na Merlina, Evans – Gryfon wywrócił oczami. – Kupisz mi coś, jak
będziemy wracać.
Na taki układ
pani prefekt się zgodziła i już chwilę później każdy jadł swoje ulubione
przysmaki. Na parapecie koło Vicky położyli jej ukochane Musy-Świstusy.
- Czy to nie dziwne, że przed nami ostatni rok? Jak szybko to minęło.
– Ruby westchnęła i położyła nogi na Remusie i Syriuszu, którzy siedzieli obok
niej.
- Jeszcze niedawno w ogóle ze sobą nie rozmawialiśmy. – zauważył
James.
- Bo byliście zdziecinniałymi półgłówkami. – Phoebe wypluła z
obrzydzeniem fasolkę. – Zgniłe jajo.
- Bez przesady. Robiliśmy tylko więcej kawałów. – Black wyszczerzył
zęby, czym normalnie wywoływał kilka omdleń wśród dziewczyn w szkole.
- Potem przerzuciłeś się na podrywanie dziewczyn i nie wiem, co było
gorsze. Chociaż ostatnio przystopowałeś, co się… - Ruby nie dokończyła myśli,
bo nagle Vicky z krzykiem zalała się łzami, gwałtownie siadając prosto.
Syriusz siedzący tuż obok, momentalnie ją objął, a
ona zanosząc się głośnym płaczem, mocno się w niego wtuliła. Przyjaciele
popatrzyli po sobie przerażeni, czekając, aż się uspokoi. W końcu jej histeria
zamieniła się w ciche łkanie i pomrukiwanie.
- Oni ich zabili… A.. a.. a potem… w trumnach… oni… oni otworzyli
oczy… - Łapa pocałował ją w czoło i kołysał lekko, szepcząc do ucha
uspokajające słowa.
W końcu po paru
minutach Howells znów zasnęła w jego ramionach, jednak nikt już nie miał nastroju
do rozmowy. Każdy pogrążył się we własnych myślach, zastanawiając się czy od
teraz wszyscy będą musieli się nieustannie martwić o swoich bliskich. Tragedia
przyjaciółki tak dobitnie uświadomiła im, że zaczęła się wojna, że poza
Hogwartem nic ich nie chroni, że cała siódemka poczuła się o co najmniej kilka
lat starsza.
W końcu pociąg
zaczął powoli wjeżdżać na stację Kings Cross, a uczniowie Hogwartu wychodzili z
przedziałów, niosąc swoje ciężkie bagaże. James podniósł się powoli z siedzenia
i przeciągnął. Rozejrzał się dookoła i mimo woli na jego usta wkradł się
uśmiech. Evans wyglądała tak słodko, jak spała, że gdyby jej nie znał, nigdy by
nie powiedział, że ma taki charakterek. Głowę miała opartą na ramieniu również
śpiącej Phoebe, a jej usta były lekko uchylone, przez co kosmyk rudych włosów
przykleił się do dolnej wargi. Potem zobaczył Petera, któremu stróżka śliny
płynęła w stronę brody, na widok czego Potter parsknął śmiechem. Po drugiej
stronie spała Ruby z nogami na Remusie, którego zmęczona twarz w końcu trochę
się wygładziła. Syriusz spał obejmując Vicky, która była czas kurczowo go
uczepiona. James westchnął cicho. Kochał swoich przyjaciół i jedyne czego
chciał, to żeby byli szczęśliwi i bezpieczni. Wiedział, że wysiadając z pociągu
wszyscy będą o wiele bardziej narażeni na niebezpieczeństwo niż w Hogwarcie.
Nie mógł jednak dłużej zwlekać i w końcu obudził wszystkich, a ci w popłochu
zaczęli zbierać swoje rzeczy, bo pociąg się zatrzymał.
Na peronie już
stali Fleamont i Euphemia Potter i machali energicznie do swoich dwóch synów.
Chociaż Syriusz Black nie był krwią z ich krwi, to kochali go jak własne
dziecko. Pani Potter zawsze marzyła o dużej rodzinie, niestety los im na to nie
pozwolił. Narodziny Jamesa były dla niej najszczęśliwszym dniem życia i gdy
tylko go ujrzała, wiedziała, że dla tego chłopca zrobi wszystko. Zdawała sobie
sprawę, że może trochę za bardzo z mężem go rozpieszczali, jednak gdy zaczynała
mu czegoś zabraniać, to od razu czuła wyrzuty sumienia. Wszystko zaczęło się
zmieniać, gdy poszedł do szkoły. Później już w każde wakacje w ich domu było
słychać śmiech nie jednego, ale kilku chłopców, bo James nalegał, by koledzy mogli
go odwiedzać. W zeszłe wakacje Syriusz wprowadził się do nich na stałe i to
były najpiękniejsze dwa miesiące w życiu małżeństwa Potterów, gdy mieli przy
sobie dwóch synów, którzy dawali im tyle radości, której nie odnaleźliby już
nigdzie. Teraz patrzyli jak ich pierworodny wynosił z pociągu walizkę swoją i
rudowłosej dziewczyny, którą, jak podejrzewali, była Lily Evans. Chwilę później
James przejmował już od Ramusa kolejne kufry i jak osiem bagaży stało na
peronie, reszta gromady wysypała się z Ekspresu Hogwart. Lupin, za nim dwie
ładne blondynki, których nie można było rozróżnić, niski, grubszy Peter i w
końcu ich drugi syn, trzymający w ramionach jakąś dziewczynę.
Państwo Potter
podeszli do nich i od razu chwycili Jamesa i Syriusza w objęcia.
- Jak ja za wami tęskniłam, chłopcy! – zaświergotała Euphemia, tuląc
ich do piersi.
- Ma…mo… puść nas… nie można… oddychać. – Rogacz za wszelką cenę
próbował się wydostać, ale przypominało to walkę z diabelskimi sidłami. Im
bardziej się wyrywał, tym mocniej go ściskała.
- Remus! – w końcu ich zostawiła i rzuciła się na wystraszonego
Lupina. – Kiedy nas odwiedzisz? Jesteśmy w kontakcie z Twoimi rodzicami i gdy
tylko się nimi nacieszysz, to zgodzili się, żebyś przyjechał.
- Dziękuję, pani Potter. Na pewno niedługo się zjawię, by
skontrolować, co Ci dwaj wyprawiają i czy za bardzo pani krwi nie psują.
- Uroczy jesteś, Słońce. Peter! Ty oczywiście też musisz przyjechać.
Ale koleżanek nie znamy. James, przedstaw nas.
Podczas gdy
dziewczyny się poznawały z państwem Potter, podeszło do nich dwóch wysokich i
przystojnych mężczyzn. Oboje byli bardzo eleganccy, a zimna uroda sprawiała, że
spojrzenie każdej kobiety zatrzymywało się na nich chwilę dłużej. Lily widząc
ich przyszło do głowy, że wyglądają jak absolwenci Slytherinu, bo chociaż nie
darzyła wychowanków tego domu sympatią, nie mogła zaprzeczyć, że Ślizgoni to
najbardziej intrygujący chłopacy w całej szkole.
- Dzień dobry, jestem Michael Howells, brat Vicky. – ukłonił się
delikatnie starszy z mężczyzn.
- Nicolas. – drugi prawie niezauważalnie skinął głową.
Vicky od razu
podbiegła do braci i przytuliła się do Nicolasa, a Michael położył jej dłoń na
ramieniu.
- Zostalibyśmy dłużej i porozmawiali, ale niestety musimy już jechać,
zabrać siostrę do domu. – odezwał się przepraszającym tonem starszy z braci.
Przyjaciele
jeszcze kilka minut żegnali się z Krukonką, ale wiedzieli, że jedyne o czym
marzy, to spędzić czas z rodzeństwem, dlatego w końcu ją puścili i zaczęli się
żegnać ze sobą. Chwilę później podeszli do nich Patrick i Ursula Marshall z
Julią i Jaredem u boku. Młodsza siostra bliźniaczek skończyła właśnie pierwszy
rok w Hogwarcie jako Puchonka, a brat miał dopiero rozpocząć naukę. Pojawili
się również ojciec Remusa i matka Petera, co sprawiło, że Gryfoni się rozstali i
każdy poszedł w swoją stronę.
- Ta Vicky, to jakaś taka ponura, co? Nie wyglądała jakby pasowała do
Waszego towarzystwa. – zagadnęła Euphemia Potter synów, na co Syriusz spojrzał
na nią z oburzeniem.
- To dłuższa historia mamo. – wtrącił szybko James. – Zaraz wam
opowiem. Ale nie czytacie Proroka?
Nicolas Lucas
Howells zawsze był inny niż reszta jego rodziny. Nigdy nie potrzebował być w
ciągłym ruchu, robić coś bez przerwy, byle nie popaść w rutynę. Często wolał
usiąść sam w ogrodzie, iść na spacer lub zamknąć się w bibliotece z książką.
Vicky była do niego najbardziej podobna, pewnie dlatego miał do niej taką
słabość, ale mimo wszystko był o wiele większym outsiderem od niej. Również
jako jedyny z rodziny w Hogwarcie nie trafił do Ravenclawu, a jego domem stał
się Slytherin. Bardzo się bał jak rodzina zareaguje na tę wiadomość, jednak oni
cieszyli się, bo uważali, że to nikomu nie zaszkodziło, póki potrafił odróżnić
dobro od zła. Nicolasa nie bawiła czarna magia, dlatego trzymał się z daleka od
rok młodszego Lucjusza Malfoya i jego znajomych, chociaż Ci wyraźnie dawali mu
do zrozumienia, że jest mile widziany w ich towarzystwie. W końcu był
czarodziejem Czystej Krwi, a to przecież się dla nich liczyło najbardziej.
Siedział teraz w
wiklinowym fotelu na tarasie rodzinnego domu, a między palcami trzymał
papierosa. Jak już położyli z Michaelem Vicky spać, odmówił spędzenia reszty
wieczoru z bratem i jego rodziną, a także ze swoją narzeczoną. Musiał być sam.
Gdy zobaczył swoją malutką siostrzyczkę w tak okropnym stanie, poczuł olbrzymie
wyrzuty sumienia. On mieszkał w Irlandii, spodziewał się dziecka, Mike miał już
żonę i córki, z którymi wyprowadził się do Walii, a ich siostra miała zostać w
Anglii sama. Odmówiła kategorycznie wyjazdu z którymkolwiek z nich, twierdząc,
że nie mogłaby mieszkać nigdzie indziej.
Westchnął.
Zaciągnął się papierosem i zamknął oczy. Była niepełnoletnia i nie mogli jej
zostawić samej. A jednak ani on, ani Michael nie mogli zrezygnować z pracy, bo
w tych niespokojnych czasach każda para rąk była potrzebna. Przeniesienie
również nie wchodziło w rachubę, bo szefowie wyraźnie dali im do zrozumienia,
że albo zostają, albo wylatują. Na samą myśl o tamtej kłótni zagotowało się w
nim. Tu chodziło o Vicky! Czuł się jak ostatni drań, nie mogąc zaopiekować się
siostrą, chociaż tak bardzo tego pragnął. Powinien rzucić pracę i wrócić do
Anglii, do rodzinnego domu.
Zgasił
niedopalonego papierosa, posiedział jeszcze chwilę na dworze i wrócił do domu.
Musiał przeprowadzić poważną rozmowę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz