poniedziałek, 2 stycznia 2017

Rozdział 5

Przypominało to walkę z diabelskimi sidłami

Kolejne dni po ukazaniu się tragicznego artykułu były horrorem dla siódemki Gryfonów. Nie zobaczyli Vicky po tym, jak nauczyciele zabrali ją z Wielkiej Sali. Podejrzewali, że pojechała do domu, do braci i na pogrzeb rodziców, jednak gdy w poniedziałek nadal nie było jej w szkole, zaczęli się poważnie niepokoić. Nauczyciele odmawiali powiedzenia im czegokolwiek, podobnie jak nie pozwolili im wcześniej zjawić się na pogrzebie.
- To nie podlega żadnej dyskusji. – powiedziała wściekła już profesor McGonagall, gdy po raz kolejny przyszli do jej gabinetu. – Panna Howells mogła wyjechać, ponieważ dotyczy to jej rodziny. Wy natomiast nadal macie zajęcia i nie wolno wam ich opuszczać.
                Dziewczyny odchodziły od zmysłów, a Phoebe co rusz wybuchała płaczem. Wszyscy czuli się okropnie, że nie mogą wspierać przyjaciółki w tak trudnym dla niej czasie, a bezsilność doprowadzała ich do szaleństwa. Syriusz wysyłał kilka sów dziennie, próbując skontaktować się z Krukonką, jednak nie otrzymał żadnej odpowiedzi, przez co chodził coraz bardziej poddenerwowany, a to skutkowało tym, że każdy bał się do niego odezwać. James i Remus polowali na Dumbledore’a, chcąc od niego uzyskać jakieś informacje, jednak dyrektor jakby wyparował. Chociaż osobiście podejrzewali, że unika ich i to bardzo skutecznie.
                W końcu, w kolejny poniedziałek, zobaczyli Vicky pod salą do transmutacji. Wyglądała jak zjawa, wychudzona, z bladą cerą i opuchniętymi oczami. Natychmiast podbiegli do niej, dziewczyny próbowały ją przytulić, a ona delikatnie je odepchnęła. Remus objął ją ramieniem, spodziewając się odtrącenia, ale to nie nastąpiło. Chwilę później jednak przyszła profesor McGonagall i Krukonka wymknęła się spod jego ramienia i weszła do sali.
                Tego dnia otrzymali wyniki egzaminów, lecz nikogo nie cieszyły dobre stopnie. Nawet Peter nie tryskał energią, że udało mu się zdać wszystko na tyle dobrze, by móc kontynuować swoje przedmioty na siódmym roku. Vicky na każdej przerwie im znikała, a gdy już się pojawiała, to nie dopuszczała ich do siebie. Wcześniej ciągle roześmiana, teraz stała się milcząca, a z jej oczu bił taki smutek, że wszyscy mieli pustkę w głowie, jak ją pocieszyć.
               
                W końcu przyszedł 30 czerwca i czas było spakować się i wrócić do domu. Gdy Ekspres Londyn-Hogwart ruszył ze stacji Hogsmeade, ósemka przyjaciół po raz pierwszy nie wiedziała co robić w drodze. Gryfoni bali się śmiać, by nie urazić Krukonki, jednak ta szybko oparła czoło o szybę pociągu i zasnęła. James i Syriusz wymienili spojrzenia i zaproponowali reszcie partię Eksplodującego Durnia, a Lily i Remus poszli spełniać obowiązki prefektów. Powoli zaczęli się rozluźniać i w końcu nawet można było usłyszeć śmiech, dochodzący z ich przedziału.
- Idzie pani z wózkiem, co kto chce, to dawać monety i od razu kupię wszystko. – zarządził Lupin wchodząc do przedziału.
- O nie, nie wiem gdzie mam pieniądze. – zawiedziona Lily przeszukiwała wszystkie kieszenie, jednak nie znalazła nawet złamanego knuta.
- Powiedz co chcesz, to Ci kupię. – zaoferował się Potter, mierzwiąc sobie włosy. Złoty znicz latał mu koło ucha.
- Nie ma mowy. Nie będziesz mi niczego fundował. – dziewczyna spojrzała na niego krzywo.
- Na Merlina, Evans – Gryfon wywrócił oczami. – Kupisz mi coś, jak będziemy wracać.
                Na taki układ pani prefekt się zgodziła i już chwilę później każdy jadł swoje ulubione przysmaki. Na parapecie koło Vicky położyli jej ukochane Musy-Świstusy.
- Czy to nie dziwne, że przed nami ostatni rok? Jak szybko to minęło. – Ruby westchnęła i położyła nogi na Remusie i Syriuszu, którzy siedzieli obok niej.
- Jeszcze niedawno w ogóle ze sobą nie rozmawialiśmy. – zauważył James.
- Bo byliście zdziecinniałymi półgłówkami. – Phoebe wypluła z obrzydzeniem fasolkę. – Zgniłe jajo.
- Bez przesady. Robiliśmy tylko więcej kawałów. – Black wyszczerzył zęby, czym normalnie wywoływał kilka omdleń wśród dziewczyn w szkole.
- Potem przerzuciłeś się na podrywanie dziewczyn i nie wiem, co było gorsze. Chociaż ostatnio przystopowałeś, co się… - Ruby nie dokończyła myśli, bo nagle Vicky z krzykiem zalała się łzami, gwałtownie siadając prosto.
Syriusz siedzący tuż obok, momentalnie ją objął, a ona zanosząc się głośnym płaczem, mocno się w niego wtuliła. Przyjaciele popatrzyli po sobie przerażeni, czekając, aż się uspokoi. W końcu jej histeria zamieniła się w ciche łkanie i pomrukiwanie.
- Oni ich zabili… A.. a.. a potem… w trumnach… oni… oni otworzyli oczy… - Łapa pocałował ją w czoło i kołysał lekko, szepcząc do ucha uspokajające słowa.
                W końcu po paru minutach Howells znów zasnęła w jego ramionach, jednak nikt już nie miał nastroju do rozmowy. Każdy pogrążył się we własnych myślach, zastanawiając się czy od teraz wszyscy będą musieli się nieustannie martwić o swoich bliskich. Tragedia przyjaciółki tak dobitnie uświadomiła im, że zaczęła się wojna, że poza Hogwartem nic ich nie chroni, że cała siódemka poczuła się o co najmniej kilka lat starsza.
               

                W końcu pociąg zaczął powoli wjeżdżać na stację Kings Cross, a uczniowie Hogwartu wychodzili z przedziałów, niosąc swoje ciężkie bagaże. James podniósł się powoli z siedzenia i przeciągnął. Rozejrzał się dookoła i mimo woli na jego usta wkradł się uśmiech. Evans wyglądała tak słodko, jak spała, że gdyby jej nie znał, nigdy by nie powiedział, że ma taki charakterek. Głowę miała opartą na ramieniu również śpiącej Phoebe, a jej usta były lekko uchylone, przez co kosmyk rudych włosów przykleił się do dolnej wargi. Potem zobaczył Petera, któremu stróżka śliny płynęła w stronę brody, na widok czego Potter parsknął śmiechem. Po drugiej stronie spała Ruby z nogami na Remusie, którego zmęczona twarz w końcu trochę się wygładziła. Syriusz spał obejmując Vicky, która była czas kurczowo go uczepiona. James westchnął cicho. Kochał swoich przyjaciół i jedyne czego chciał, to żeby byli szczęśliwi i bezpieczni. Wiedział, że wysiadając z pociągu wszyscy będą o wiele bardziej narażeni na niebezpieczeństwo niż w Hogwarcie. Nie mógł jednak dłużej zwlekać i w końcu obudził wszystkich, a ci w popłochu zaczęli zbierać swoje rzeczy, bo pociąg się zatrzymał.
                Na peronie już stali Fleamont i Euphemia Potter i machali energicznie do swoich dwóch synów. Chociaż Syriusz Black nie był krwią z ich krwi, to kochali go jak własne dziecko. Pani Potter zawsze marzyła o dużej rodzinie, niestety los im na to nie pozwolił. Narodziny Jamesa były dla niej najszczęśliwszym dniem życia i gdy tylko go ujrzała, wiedziała, że dla tego chłopca zrobi wszystko. Zdawała sobie sprawę, że może trochę za bardzo z mężem go rozpieszczali, jednak gdy zaczynała mu czegoś zabraniać, to od razu czuła wyrzuty sumienia. Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy poszedł do szkoły. Później już w każde wakacje w ich domu było słychać śmiech nie jednego, ale kilku chłopców, bo James nalegał, by koledzy mogli go odwiedzać. W zeszłe wakacje Syriusz wprowadził się do nich na stałe i to były najpiękniejsze dwa miesiące w życiu małżeństwa Potterów, gdy mieli przy sobie dwóch synów, którzy dawali im tyle radości, której nie odnaleźliby już nigdzie. Teraz patrzyli jak ich pierworodny wynosił z pociągu walizkę swoją i rudowłosej dziewczyny, którą, jak podejrzewali, była Lily Evans. Chwilę później James przejmował już od Ramusa kolejne kufry i jak osiem bagaży stało na peronie, reszta gromady wysypała się z Ekspresu Hogwart. Lupin, za nim dwie ładne blondynki, których nie można było rozróżnić, niski, grubszy Peter i w końcu ich drugi syn, trzymający w ramionach jakąś dziewczynę.
                Państwo Potter podeszli do nich i od razu chwycili Jamesa i Syriusza w objęcia.
- Jak ja za wami tęskniłam, chłopcy! – zaświergotała Euphemia, tuląc ich do piersi.
- Ma…mo… puść nas… nie można… oddychać. – Rogacz za wszelką cenę próbował się wydostać, ale przypominało to walkę z diabelskimi sidłami. Im bardziej się wyrywał, tym mocniej go ściskała.
- Remus! – w końcu ich zostawiła i rzuciła się na wystraszonego Lupina. – Kiedy nas odwiedzisz? Jesteśmy w kontakcie z Twoimi rodzicami i gdy tylko się nimi nacieszysz, to zgodzili się, żebyś przyjechał.
- Dziękuję, pani Potter. Na pewno niedługo się zjawię, by skontrolować, co Ci dwaj wyprawiają i czy za bardzo pani krwi nie psują.
- Uroczy jesteś, Słońce. Peter! Ty oczywiście też musisz przyjechać. Ale koleżanek nie znamy. James, przedstaw nas.
                Podczas gdy dziewczyny się poznawały z państwem Potter, podeszło do nich dwóch wysokich i przystojnych mężczyzn. Oboje byli bardzo eleganccy, a zimna uroda sprawiała, że spojrzenie każdej kobiety zatrzymywało się na nich chwilę dłużej. Lily widząc ich przyszło do głowy, że wyglądają jak absolwenci Slytherinu, bo chociaż nie darzyła wychowanków tego domu sympatią, nie mogła zaprzeczyć, że Ślizgoni to najbardziej intrygujący chłopacy w całej szkole.
- Dzień dobry, jestem Michael Howells, brat Vicky. – ukłonił się delikatnie starszy z mężczyzn.
- Nicolas. – drugi prawie niezauważalnie skinął głową.
                Vicky od razu podbiegła do braci i przytuliła się do Nicolasa, a Michael położył jej dłoń na ramieniu.
- Zostalibyśmy dłużej i porozmawiali, ale niestety musimy już jechać, zabrać siostrę do domu. – odezwał się przepraszającym tonem starszy z braci.
                Przyjaciele jeszcze kilka minut żegnali się z Krukonką, ale wiedzieli, że jedyne o czym marzy, to spędzić czas z rodzeństwem, dlatego w końcu ją puścili i zaczęli się żegnać ze sobą. Chwilę później podeszli do nich Patrick i Ursula Marshall z Julią i Jaredem u boku. Młodsza siostra bliźniaczek skończyła właśnie pierwszy rok w Hogwarcie jako Puchonka, a brat miał dopiero rozpocząć naukę. Pojawili się również ojciec Remusa i matka Petera, co sprawiło, że Gryfoni się rozstali i każdy poszedł w swoją stronę.
- Ta Vicky, to jakaś taka ponura, co? Nie wyglądała jakby pasowała do Waszego towarzystwa. – zagadnęła Euphemia Potter synów, na co Syriusz spojrzał na nią z oburzeniem.
- To dłuższa historia mamo. – wtrącił szybko James. – Zaraz wam opowiem. Ale nie czytacie Proroka?


                Nicolas Lucas Howells zawsze był inny niż reszta jego rodziny. Nigdy nie potrzebował być w ciągłym ruchu, robić coś bez przerwy, byle nie popaść w rutynę. Często wolał usiąść sam w ogrodzie, iść na spacer lub zamknąć się w bibliotece z książką. Vicky była do niego najbardziej podobna, pewnie dlatego miał do niej taką słabość, ale mimo wszystko był o wiele większym outsiderem od niej. Również jako jedyny z rodziny w Hogwarcie nie trafił do Ravenclawu, a jego domem stał się Slytherin. Bardzo się bał jak rodzina zareaguje na tę wiadomość, jednak oni cieszyli się, bo uważali, że to nikomu nie zaszkodziło, póki potrafił odróżnić dobro od zła. Nicolasa nie bawiła czarna magia, dlatego trzymał się z daleka od rok młodszego Lucjusza Malfoya i jego znajomych, chociaż Ci wyraźnie dawali mu do zrozumienia, że jest mile widziany w ich towarzystwie. W końcu był czarodziejem Czystej Krwi, a to przecież się dla nich liczyło najbardziej.
                Siedział teraz w wiklinowym fotelu na tarasie rodzinnego domu, a między palcami trzymał papierosa. Jak już położyli z Michaelem Vicky spać, odmówił spędzenia reszty wieczoru z bratem i jego rodziną, a także ze swoją narzeczoną. Musiał być sam. Gdy zobaczył swoją malutką siostrzyczkę w tak okropnym stanie, poczuł olbrzymie wyrzuty sumienia. On mieszkał w Irlandii, spodziewał się dziecka, Mike miał już żonę i córki, z którymi wyprowadził się do Walii, a ich siostra miała zostać w Anglii sama. Odmówiła kategorycznie wyjazdu z którymkolwiek z nich, twierdząc, że nie mogłaby mieszkać nigdzie indziej.
                Westchnął. Zaciągnął się papierosem i zamknął oczy. Była niepełnoletnia i nie mogli jej zostawić samej. A jednak ani on, ani Michael nie mogli zrezygnować z pracy, bo w tych niespokojnych czasach każda para rąk była potrzebna. Przeniesienie również nie wchodziło w rachubę, bo szefowie wyraźnie dali im do zrozumienia, że albo zostają, albo wylatują. Na samą myśl o tamtej kłótni zagotowało się w nim. Tu chodziło o Vicky! Czuł się jak ostatni drań, nie mogąc zaopiekować się siostrą, chociaż tak bardzo tego pragnął. Powinien rzucić pracę i wrócić do Anglii, do rodzinnego domu.
                Zgasił niedopalonego papierosa, posiedział jeszcze chwilę na dworze i wrócił do domu. Musiał przeprowadzić poważną rozmowę.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz