poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Rozdział 12


Ale ja cię nie znoszę.


                Syriusz dobiegł do Wieży Ravenclawu i zastukał mocno do drzwi. Wtedy odezwała się kołatka w kształcie orła:
- Czym kończy się wieczór, a zaczyna ranek?
- Nie mam pojęcia, wpuść mnie.
- Czym kończy się wieczór, a zaczyna ranek?
- Nie wiem! Skoro mnie nie wpuścisz, to chociaż zawołaj kogoś z Pokoju Wspólnego! – krzyknął rozpaczliwie.
- Czym kończy się wieczór, a zaczyna ranek? – kołatka była nieustępliwa.
                Chłopak przeklął siarczyście i już chciał uderzyć pięścią w ścianę, gdy uświadomił sobie, że i tak ma już coś tam połamane.

                Pandora podskakiwała lekko kierując się do dormitorium. Nagle zobaczyła zbliżającą się Vicky i uśmiechnęła się szeroko.
- Cześć! Mam nadzieję, że miło spędziłaś resztę dnia w Hogsmeade? – zagadnęła ją wesoło, na co Howells parsknęła śmiechem.
- Można tak powiedzieć.
- Och, spójrz! Ktoś nie może wejść do… ojej. – stanęły przed Syriuszem i zmierzyły go od stóp do głów.
- Czego tutaj szukasz? Patil jest w Hufflepuffie. Masz tyle dziewczyn, że mylą ci się domy? – jad w głosie Vicky tak zaskoczył Blacka, że na chwilę stracił wątek.
- W zasadzie to przyszedłem do ciebie. – odpowiedział, gdy w końcu się otrząsnął.
- To ja już pójdę. – Pandora wyminęła go szybko i podeszła do drzwi.
- Czym kończy się wieczór, a zaczyna ranek? – zapytała kolejny raz kołatka znudzonym głosem.
- Hmm… Literą R! – wejście się otworzyło, a dziewczyna zniknęła.
                Vicky stała i nie patrzyła na Gryfona. Była tak wzburzona, że miał czelność się pojawić w jej Wieży, że całą siłą woli musiała się powstrzymywać, żeby na niego nie nawrzeszczeć. Po co on tu w ogóle przyszedł?! Już starczy jej, że ma jednego Blacka na głowie.
- Vicky… - zaczął Syriusz niepewnie i urwał widząc jej wzrok.
- Och, teraz jestem Vicky?
- Proszę cię, posłuchaj mnie. – w tym momencie był gotowy paść przed nią na kolana i już miał to zrobić, gdy lekko skinęła głową, dając mu pozwolenie, by mówił. – Nie spotykaj się z moim bratem.
- Słucham? – uniosła wysoko brwi.
- On jest… To mój brat, znam go… On jest… Nie chcę, żebyście się widywali… - umilkł, bo właśnie jej oczy zrobiły się maleńkie jak szparki.
- Czekaj, czekaj. Bo nie wiem czy dobrze zrozumiałam. Ty – wskazała na niego. – nie chcesz, żebym ja – wskazała na siebie. – spotykała się z Regulusem? – machnęła ręką w bliżej nieokreślonym kierunku, a Syriusz słysząc to imię w jej ustach warknął cicho.
- Tak.
- Chyba sobie kpisz. – zaśmiała się histerycznie. – A więc teraz, Black, uświadom coś sobie. – podeszła do niego tak blisko, że zaparło mu dech w piersiach. Nos miała zadarty do góry, żeby móc mu spojrzeć w oczy, a nadal nie sięgała mu nawet do brody, chociaż była dość wysoka. – Będę się spotykać, umawiać, przytulać, całować, rozmawiać z kimkolwiek chcę i ty nie masz tutaj nic do gadania. – odwróciła się na pięcie i podeszła do drzwi, a wtedy Syriusz złapał ją za rękę.
- Jakie siedmioliterowe słowo nawet największy mędrzec wypowie błędnie? – zapytała kołatka budząc się do życia.
- Nie pozwolę ci… - Black urwał, gdy Vicky wyrwała swoją dłoń z jego uścisku.
- Ty mi nie pozwolisz?! – wrzasnęła głośno, a echo szybko potoczyło się korytarzem. – Ty jesteś ostatnią osobą, która miałaby prawo mi czegokolwiek zabronić!
                Spojrzała na niego z odrazą, odpowiedziała kołatce na pytanie („błędnie”) i zniknęła za drzwiami, zostawiając Syriusza samego. Stał tak jeszcze chwilę, ale w końcu przeklinając oddalił się w stronę Skrzydła Szpitalnego.

                Następnego dnia siedząc przed kolacją w Pokoju Wspólnym, Lily obserwowała z zaskoczeniem swoich przyjaciół. Remus czytał książkę, zerkając co jakiś czas na Blacka z mordem w oczach. Syriusz nie rozmawiał z nikim, tylko wpatrywał się w kominek i bawił swoją dłonią, którą ponoć poharatał dość mocno w nocy. James i Peter grali w szachy, a siostry Marshall pisały wypracowanie. Nic nie było jak zawsze, a ona sama też nie siedziała z książką. Kiedy się wszystko tak pozmieniało? Zawsze Huncwoci planowali coraz to nowe kawały, żartowali, kochali się jak bracia. Teraz się nagle wyciszyli i nie robią żadnych problemów wychowawczych. Bliźniaczki też nigdy nie brały się za wypracowania wcześniej, niż dzień przed ich oddaniem, a z tego co wiedziała, to co aktualnie pisały, było zadane na piątek.
                W końcu podniosła się z fotela, czując się niestosownie do swojego wieku staro.
- Dalej, dzieciaki, idziemy na kolację. – klasnęła głośno w dłonie, a siedem zaskoczonych spojrzeń skierowało się w jej stronę. – Zaraz się dowiemy, kto będzie nas uczył obrony przed czarną magią.

                Kolacja przebiegała w atmosferze ogólnego podniecenia, bo plotka, że zmieni się nauczyciel od obrony przed czarną magią obiegła szkołę bardzo szybko. W Wielkiej Sali było jak w ulu, bo wszyscy uczniowie rozmawiali gorączkowo. Gdy powoli zbliżało się zakończenie posiłku, Vicky wstała od stołu Krukonów i podbiegła do przyjaciół Gryfonów.
- Już się nie mogę doczekać. – Phoebe podskakiwała w miejscu, trącając co chwilę łokciem Petera, który nie mógł przez to dokończyć owsianki.
- Phoebs, uspokój się, błagam. – jęknął, a dziewczyna posłuchała go, jednak noga nadal podrygiwała jej z emocji.
                Po piętnastu minutach dyrektor wstał, a na Sali zaległa cisza. Dumbledore rozejrzał się dookoła z ciepłym uśmiechem.
- Chciałbym wam coś ogłosić. Otóż okazało się, że profesor Thompson nie mógł dłużej piastować posady nauczyciela obrony przed czarną magią, dlatego musieliśmy znaleźć zastępcę. – wszyscy wstrzymali oddechy. – I z miłą przyjemnością pragnę wam przedstawić osobę, którą pewnie spora część z was kojarzy jeszcze ze szkoły. Oto profesor Dorcas Meadowes, która od jutra rozpocznie z wami zajęcia.
                W Wielkiej Sali zaległa cisza, a po chwili uczniowie zaczęli klaskać. Vicky zawyła ze śmiechu, ściągając na siebie spojrzenie przyjaciół.
- Ciekawe, Black, jak Dorcas zareaguje jak pozna Jasmine! – wstała od stołu i ruszyła do wyjścia cały czas trzymając się za brzuch, który rozbolał ją już od śmiechu.
                Syriusz patrzył za nią i cały się nachmurzył widząc, że w drzwiach wpada na jego obślizgłego brata i ponownie wybucha głośnym śmiechem. Patrzył tak na nich przez chwilę, aż w końcu James uderzył go w potylicę.
- Hej! – odwrócił się w jego stronę oburzony. – Mózg ci odjęło?!
- Na co się tak gapisz? – zapytał rozbawiony i spojrzał na drzwi. Szczęka mu opadła. – O cholibka…
- Hmm? – Phoebe podążyła za ich wzrokiem i uśmiechnęła się zadziornie. – No tak, Regulus, któżby inny.
- Co o tym wiesz? – Black miał ochotę chwycić ją za kołnierz koszuli, żeby szybciej mówiła.
- A co ciebie to obchodzi, Łapo? – warknął Remus, ściągając na siebie uwagę pozostałych. – Masz swoją panienkę, a w sumie to nawet dwie. Mało ci? Jeszcze Vicky byś chciał dla siebie zagarnąć?
- Luniu, nie rozumiem co ci ostatnio odbija. – westchnął Syriusz kręcąc głową. – Zawsze taki byłem, a teraz nagle się rzucasz.
- Bo nigdy wcześniej nie chodziło o moją przyjaciółkę.


                Vicky i Regulus śmiali się w drzwiach i sami do końca nie wiedzieli z czego. Może z tego, że po raz kolejny na siebie wpadli, a może dlatego, że mieli akurat dobry humor. Howells była uradowana, że Syriusz ma okazję mieć ładną aferę u swoich dziewczyn, a młody Black od wczorajszej wizyty w Hogsmeade chodził ciągle dziwnie zadowolony.
- Chodźmy stąd. – chwycił ją za ramię i pociągnął w stronę wyjścia z zamku, widząc przelotnie, jak jego brat się im przygląda. Uśmiechnął się pod nosem.
                Vicky dała się mu poprowadzić i nawet nie protestowała. Wyszli na błonia i w milczeniu szli w stronę jeziora. Obojgu napad śmiechu już minął i teraz nie wiedzieli jak się zachować. Pierwszy raz nie dogryzali sobie i wyglądali jak normalni uczniowie, na normalnym spacerze.
- To tu chcesz mnie zgwałcić i zabić? – Howells odwróciła się do niego, gdy zatrzymał się pod rozłożystym bukiem na brzegu.
- Tak, dokładnie taki miałem plan, Skarbie. – uśmiechnął się szeroko.
- Nie nazywaj mnie tak. – zmrużyła oczy.
- Wiesz, że jak tak robisz – przymrużył oczy przedrzeźniając ją. – to wcale nie wyglądasz groźnie, tylko bardzo zabawnie?
- Ale ja cię nie znoszę. – warknęła siadając na trawie.
- I wzajemnie. – rozłożył się koło niej i zaczął bawić się trawą.
               
Siedzieli tak blisko pół godziny co jakiś czas tylko na siebie zerkając, ale nie odzywając się do siebie. Nie zdawali sobie sprawy, że w Wieży Gryffindoru ktoś przygląda się im przez zaczarowaną mapę, o której istnieniu nie mieli nawet pojęcia.
Syriusz zaciskał mocno zęby wpatrując się uparcie w te dwie, cholerne kropeczki. Jak oni mogą… Co oni sobie wyobrażają… Przeklęty Regulus!
- Co za barbarzyństwo… - mruknął do siebie, a James spojrzał na niego z zainteresowaniem.
- Co tam oglądasz? – podszedł do niego i spojrzał mu przez ramię. – Nudzisz się?
- Czemu ona się z nim spotyka? – jęknął Black i zwiesił smętnie głowę.
- Hmmm… Może jest dla niej miły i nie obraża jej na każdym kroku?

- Howells, ty jesteś naprawdę chora psychicznie. – Regulus skrzywił się teatralnie.
- Czego znowu się mnie czepiasz, gadzie? – spojrzała na niego z góry.
Leżał z głową na jej kolanach, a ona całą sobą powstrzymywała się, żeby nie zacząć bawić się jego włosami. Pomyślała, że przydałby jej się złoty znicz Jamesa, żeby czymkolwiek zająć ręce.
-  Bo to nie jest normalne, że planujesz kibicować Gryfonom, skoro grają z Krukonami w pierwszym meczu. – popatrzył na nią z niesmakiem.
                Wzruszyła ramionami.
- I co? I tak przegramy puchar i tak. A tam gra James. – uśmiechnęła się lekko.
                Poderwał się nagle do góry tak, że ich oczy były na tym samym poziomie.
- To dlatego będziesz za nimi? – syknął.
- Merlinie, uspokój się. To mój przyjaciel i jest szansa, że w końcu odwieczna wojna Evans-Potter skończy się i nastanie era słodkiej miłości. – wsadziła sobie dwa palce do ust. - Naprawdę mam czasem wrażenie, że zamieniłeś się na mózgi z gumochłonem. Jak mogłeś pomyśleć w ogóle, że James mi się podoba?
                Żeby nie zobaczyła zakłopotania na jego twarzy, wrócił do poprzedniej pozycji.
- A bo ja wiem. Nie wiem jakie macie tam układy w tej swojej sekcie. Hej! – wrzasnął, bo Vicky się poderwała, a jego głowa mocno uderzyła o ziemię.
                Wsparł się na łokciach i zobaczył tylko jej plecy odchodzące szybko w stronę zamku.
- Obyś zleciała ze schodów, Howells! – krzyknął za nią, na co odpowiedziała mu jak zwykle środkowym palcem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz