poniedziałek, 5 czerwca 2017

Rozdział 14

Ten dom to największa zaraza Hogwartu...

                Październik mijał powoli, a grupka przyjaciół coraz bardziej się od siebie odsuwała. Huncwoci przeżywali pierwszy w swojej karierze kryzys przyjaźni. Remus odmawiał przebywania z Syriuszem, a Peter i James rozpaczliwie próbowali ich ze sobą pogodzić. Mecz Gryfoni-Krukoni zbliżał się wielkimi krokami, więc Rogacz coraz więcej czasu spędzał na boisku. Gdy akurat nie trenował albo nie dokładał wszelkich starań by Huncwoci znów byli sobą, spędzał sporo czasu z Lily. Wiedział, że inaczej się do niej nie zbliży, więc zaczął się z nią uczyć. Pomagał jej w transmutacji i obronie przed czarną magią, a ona cierpliwie sprawdzała jego wypracowania z eliksirów. Z radością zauważał, że coraz częściej na niego ukradkiem spogląda, a gdy ją na tym przyłapywał, czerwieniła się po cebulki włosów. Ona sama była zaskoczona jakie ciepło ogarnia całe jej ciało, gdy dosiada się do niej wieczorem i odrabiają zadania domowe.
                Ruby i Phoebe większość czasu spędzały z Remusem, a czasem dołączały do nich Lily i Vicky. Obie siostry Marshall były załamane faktem, że nie mogą znaleźć miłości swojego życia, bo ilość nauki skutecznie uniemożliwia im randkowanie. Świadomość, że związek Evans-Potter był bardziej rzeczywisty niż kiedykolwiek, jeszcze bardziej sprawiała, że dziewczyny były zdeterminowane by się z kimś w końcu umówić.
 Howells cały czas narzekała na swoje smocze jajo, które „chyba nie ma zamiaru się wykluć w tym stuleciu”. Przesiadywała przy kociołku całe godziny i na głos czytała podręczniki, bo sama musiała się uczyć, a do tego miała nadzieję, że dzięki temu smoczek będzie rozpoznawać jej głos i na jej polecenie spali żywcem Syriusza. Rzadko wpadała już na Regulusa, głównie przez to, że większość czasu spędzała z jajem. Przez pewien czas celowo na oczach Łapy rozmawiała z Regiem, ale w końcu doszła do wniosku, że to zbyt szczeniackie. Chociaż brakowało jej młodszego Blacka tak, że aż miała ochotę czasem pobiec do lochów i czekać na niego nawet kilka godzin, jeśli byłaby taka potrzeba, nigdy tego nie zrobiła.
                Lupin poświęcał całego siebie nauce, chociaż z każdym dniem coraz bardziej się denerwował, że nigdzie nie znajdzie pracy. Kto w końcu chciałby zatrudnić takiego potwora? Fenrir Greyback odebrał mu wszystko w zaledwie kilka sekund. Dobrze, że miał chociaż przyjaciół… Myśli o Syriuszu sprawiały mu ból i wiedział, że ten żałuje, bo powtarzał mu to do znudzenia, wręcz zasypiał i budził się do jego przeprosin. Było tylko kwestią czasu, jak się pogodzą.

                3 listopada przyszedł nagle, jakby niespodziewanie. Niby kolejny zwykły czwartek w Hogwarcie, ale czymś jednak się wyróżniał. Syriusz spał na swoim łóżku z czterema kolumienkami, słońce świeciło mu na twarz, a oddech miał spokojny. Wtedy na jego głowę z wielką siłą opadła poduszka.
- Wszystkiego najlepszego, Łapciu! – krzyczał James przy wtórze głośnych śmiechów Remusa i Petera.
- Sto lat! – Pettigrew rzucił w niego pudełkiem wypełnionym słodyczami.
- Dzięki, Glizdku. – Syriusz wyszczerzył zęby i od razu wyciągnął z pudła jedną czekoladową żabę.
                Potter i Peter zaczęli się ubierać, a Lupin siedział na swoim łóżku, przyglądając się swoim dłoniom. Black zerkał na niego co jakiś czas, nie wiedząc jak się zachować. Brakowało mu przyjaciela i miał nadzieję, że niedługo wszystko wróci do normy. Remus odchrząknął, wstał i podszedł do niego.
- Wszystkiego najlepszego, Łapo – wyciągnął do niego rękę.
                Syriusz popatrzył na nią chwilę, chwycił i przyciągnął chłopaka do siebie, mocno obejmując.
- Brakowało mi cię, Luniaczku. – powiedział, gdy w końcu go puścił.
- Tak, mi ciebie też. Ale nadal uważam cię za debila. Dlatego nie dostaniesz prezentu. – Remus walnął go w ramię i poszedł do łazienki.
Syriusz zaśmiał się, co bardzo przypominało szczekanie psa.
- Wiem, Luniaczku, wiem.

                Na śniadaniu co chwilę ktoś wykrzykiwał w jego stronę życzenia urodzinowe, przez co z ust nie schodził mu uśmiech. Chociaż jedna Krukonka nadal go zawzięcie ignorowała, to miał nadzieję, że może coś się tego dnia zmieni. Jadł właśnie kolejnego tosta, gdy po jego obu stronach usiadły identyczne dziewczyny i pocałowały go w oba policzki.
- Wszystkiego najlepszego! – wykrzyknęły równocześnie siostry Marshall.
- Dziękuję, Ślicznotki. – również je ucałował, na co uśmiechnęły się pięknie.
- Wszystkiego najlepszego, Matołku. – Lily uśmiechnęła się ciepło, siadając naprzeciwko.
- Dzięki, Evans!
                Nagle przed nim zmaterializował się jakiś pakunek. Otworzył go i jego oczom ukazał się zegarek.
- Otwiera się. – Phoebe pokazała mu odpowiedni przycisk. – Tarcza odskakuje, a w środku masz pudełeczko, oczywiście nie takie małe, jest zaczarowane. Nikt nie dotykał wcześniej tego zegarka, jego twórca wykonywał go w rękawiczkach. Ma pamięć ciała, jak złote znicze. Więc jak go dotkniesz, tylko ty będziesz mógł go otworzyć. To od naszej trójki.
                Patrzył na prezent z otwartymi ustami, nie wiedząc co ma powiedzieć, więc tylko podziękował i od razu założył zegarek na rękę. Nagle usłyszeli donośny głos, który przebił się przez gwar.
- Wszystkiego najlepszego, braciszku!
Syriusz spojrzał w tamtą stronę i ujrzał Regulusa, salutującego mu z kpiącym uśmieszkiem.
- Dzięki, Zarazo! – odkrzyknął, na co młodszy Black się roześmiał i opuścił Wielką Salę.
                Chwilę później od stołu Ravenclawu wstała pewna brunetka i skierowała swoje kroki w stronę Gryfonów. Nie miała ani trochę ochoty tam iść, ale musiała pamiętać, że mimo wszystko zaopiekował się nią w wakacje.
- Wszystkiego najlepszego, Pacanie. – Vicky uderzyła Syriusza z otwartej ręki przez głowę, po czym rzuciła na jego stolik kartkę urodzinową i czekoladowego smoka.
                Twarz Blacka rozjaśnił uśmiech i gdy odwrócił się do niej, ona już szła w stronę wyjścia.
- Dziękuję, Vicky! – krzyknął za nią, na co ta machnęła tylko ręką.
                Spojrzał na kartkę, która ukazywała jego postać, którą spalał dorosły czarny hebrydzki smok. Parsknął śmiechem, otworzył ją i przeczytał życzenia: „Żebyś w końcu sobie wyhodował mózg. Bo inaczej to się z tobą stanie.”.
- Chyba nadal cię nie lubi. – Ruby patrzyła zszokowana na ruszający się obrazek.
- Ale chociaż przestała udawać, że nie istnieję.

                Wieczorem siódemka Gryfonów siedziała w Pokoju Wspólnym i popijała kremowe piwo, które Huncwoci przynieśli po lekcjach z Hogsmeade. Dziewczyny siedziały na kanapie, Remus z Jamesem grali w szachy, Peter tradycyjnie jadł, a Syriusz tylko przyglądał im się z fotela.
- Jak ci minęły urodziny? – zapytała w końcu Phoebe, którą znudziło patrzenie na grających chłopaków.
- Całkiem nieźle. Vicky nawet się do mnie odzywała na opiece nad magicznymi stworzeniami.
- Może jest chora. – zamyślił się Lupin, przez co dostał od jubilata poduszką. – Hej!
- A może w końcu się pogodzimy. Męczą mnie te ciągłe kłótnie. A właśnie! Rogaczu, nie dostałem nic od ciebie! – zaraz po tych słowach coś ciężkiego ugodziło go w twarz.
- Dostałeś.
- Wal się. – rozpakował paczkę i oczy mu się zaświeciły. – Łoaaa!
                Na jego kolanach leżała książka o mugolskich motocyklach. Zafascynowany zaczął ją pobieżnie przeglądać.
- No, to się nazywają urodziny! – mruknął z zadowoleniem i odgryzł czekoladowemu smokowi ogon.
               

                Pierwszy weekend listopada przyniósł ze sobą wiatr, deszcz i temperaturę zdecydowanie zbyt niską, żeby siedzieć na trybunach boiska do quidditcha albo co więcej grania na nim. Mimo to, cały zamek w sobotę obudził się w atmosferze ogólnego podniecenia, bo oto sezon miał się rozpocząć. Mecze drużyn Gryffindoru i Ravenclawu zawsze przynosiły wiele emocji, bo obie drużyny były zaskakująco dobre. W tym roku nerwy były jeszcze większe, bo obie drużyny miały mieć prawie połowę składów nową i nikt jeszcze nie widział ich w akcji. Zarówno Gryfoni, jak i Krukoni zadbali o to, by ich treningi były zamknięte, więc cały Hogwart wstrzymywał oddech w oczekiwaniu na to starcie.
                Obie drużyny wchodząc i wychodząc z Wielkiej Sali zostały nagrodzone gromkimi brawami. W szkole rozgrywki quidditcha były wydarzeniem ważnym dla wszystkich, a przy okazji pozwalały zapomnieć chociaż na chwilę o codziennych obowiązkach.
                Gdy James szedł przez błonia razem z resztą drużyny, dostrzegł przed sobą rudą głowę, która również zmierzała w stronę stadionu. Uśmiechnął się pod nosem i gdy wyprzedzali ją, Phoebe, Ruby, Vicky i Pandorę odezwał się na tyle głośno, żeby wszyscy dookoła mogli go usłyszeć:
- Evans, nie życzysz mi powodzenia? – był już przed dziewczynami, więc odwrócił się i szedł tyłem, uśmiechając się pięknie i czekając na jej reakcję.
                Lily zwyczajowo zarumieniła się, a oczy jej rozbłysnęły.
- Powodzenia, Potter.

                Evans stała podekscytowana koło przyjaciół i wpatrywała się w miejsce, skąd miała za chwilę wyjść drużyna Gryfonów.
- Zaraz zwariuję! – krzyknęła Phoebe. – Dlaczego pierwszy mecz jest zawsze taki emocjonujący!
- Wyobraźcie sobie co by było, gdyby grali ze Slytherinem! – zaśmiała się Ruby, a Syriusz spojrzał na nią z niesmakiem.
- Ten dom to największa zaraza Hogwartu…
- Zamknij się, Black. – warknęła Vicky i mimowolnie zerknęła w stronę trybuny zajmowanej przez Ślizgonów.
Nigdzie go nie widziała, ale nie miała też czasu się przyjrzeć, bo wokół niej rozległ się ogłuszający wrzask i spojrzała na boisko, gdzie już pojawiły się obie drużyny. Jej wzrok przyciągnęła od razu śmiejąca się do siebie i radośnie machająca do wszystkich para.
- Kto to jest, ta dziewczyna koło Jamesa? – Remus krzyknął i wskazał w odpowiednim kierunku.
- To ta Emily Clearwater! – odkrzyknął Syriusz, a twarz Lily stężała. – Wyrobiła się przez wakacje! A James cały czas powtarza, że jest najlepsza!
- A ta co teraz dobiegła? – Ruby właczyła się do rozmowy.
- A to jest nowa ścigająca! Sandra Silverstone! Rok niżej od nas!
- Bardzo ładne sobie te ścigające dobrał. – powiedziała przez zęby Evans tak cicho, że ledwo ją dosłyszeli.
- Nie martw się, Lils! One są typowymi sportsmenkami.  Nic, tylko ciągle gadają o quidditchu.
- To ją uspokoiłeś. – zaśmiała się Phoebe, a Lily od razu zgromiła ją wzrokiem.
                Nie była zazdrosna. Co to, to nie. Ale widok Jamesa w otoczeniu dwóch tak ładnych dziewczyn, w dodatku pasjonujących się tym, co on… Nie napawał jej entuzjazmem.

                Regulus Black stał na trybunach razem z całą szkołą, ale nie poszedł tam, żeby oglądać mecz. Obserwował Vicky Howells, jak stoi koło jego brata i gorąco kibicuje… wszystkim. Z każdego gola cieszyła się jak dziecko, a on nie potrafił ukryć uśmiechu. Merlinie, co to jest za wariatka. Zaraz jednak się chmurzył, bo wiedział, że stoi nie koło niego, tylko koło Syriusza. Słyszał głos Cindy koło siebie, ale nie miał ochoty skupiać się na tym, co mówi. Niechętnie odwrócił wzrok i spojrzał na boisko, bo zauważył, że cała widownia wstrzymała oddech. No tak, James Potter strzelił gola, a Flynn Hayes, szukający Gryfonów leciał ramię w ramię z szukającą Krukonów, Mandy Golduck.

                Dla Jamesa kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie, a później nagle wszystko zniknęło. Po pierwsze, strzelił drugiego gola pod rząd, podczas gdy Hayes i Golduck ganiali za zniczem. Po drugie zauważył, jak Lily Evans podskakuje na trybunach wywijając nad głową szalikiem Gryffindoru. Po trzecie ogłuszył go ryk widowni, gdy Hayes złapał znicza. Po czwarte, sekundę po tym wszystkim poczuł okropny ból z tyłu głowy. I wtedy nagle opadł w ciemność.

                Na boisku zaległa cisza. Nikt się nie odezwał, tylko wszyscy z zapartym tchem obserwowali lecącego ku ziemi Pottera. McGonagall zareagowała instynktownie i w ostatniej chwili powstrzymała go przed upadkiem.

                Czuł przeszywający ból w czaszce. Wiedział, że leży na ziemi i miał nadzieję, że znów zemdleje, żeby tylko przeszło. Wtedy coś przesłoniło mu słońce i otworzył oczy, a nad sobą ujrzał twarz Lily Evans.
- Wszystko w porządku? – zapytała wystraszona.
- Wygląda na to, że teraz już tak. – uśmiechnął się lekko i ponownie stracił przytomność.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz